Z maluchami w długą podróż autem

Czterolatka zadająca mnóstwo pytań i półtoraroczny bąbel – idealni kompani do długiej podróży autem – jak sobie z nimi radzimy?

Oczywiście każde z naszych dzieci ma zupełnie inny temperament, więc niczym managerowie do każdego dziecka mamy trochę inne podejście. Pamiętam pierwszą podróż z trzymiesięczną wówczas córką, gdy siedziałam razem z nią z tyłu i prawie całą pięciogodzinną trasę śpiewałam jej piosenki świąteczne Michaela Buble… Od tamtego momentu nabrałam już doświadczenia i teraz podróże wyglądają inaczej. Nasz dekalog udanego (czytaj: w miarę do zniesienia) podróżowania autem z dzieciakami.

  1. Pora wyjazdu

To kluczowe zadanie na dobry start. Nie mam pojęcia jaka to jest dobra pora – trzeba ją sobie wypracować. Niektórzy nasi znajomi podróżują nocą, inni – w porze drzemki poobiedniej. My nie chcieliśmy tracić pół dnia na wyruszenie w trasę. Z drugiej strony – nie lubimy prowadzić nocą. Zatem najczęściej wyruszamy około godziny 09.00, tuż po drugim śniadaniu (a przynajmniej jego pożywniejszej części, bo w samochodzie dzieciaki zaraz znowu będą krzyczeć: jeść! lub am! am!). Czasami wyruszamy tuż po pracy – około 17-18. A jeżeli już musimy urwać dzień, to próbujemy wyjechać ok. 15.00 – tak, aby postój kolacyjny wypadł na 18.00.

2. Nowe zabawki

gustavo-belemmi-67037Zawsze działa w samolocie, więc może i też w aucie. Ale nie zawsze chodzi o zupełnie nową zabawkę ze sklepu. Wystarczy zabawka zapomniana, wyciągnięta z szafy, odziedziczona po rodzinie, albo coś małego kupionego na stacji benzynowej – przyciąga uwagę dzieci na dłużej niż ulubione, wypróbowane zabawki. Najlepiej, gdy coś się otwiera, zamyka, naciska, przesuwa itp. I nie zawsze musi być to zabawka – ostatnio np. przetrwaliśmy kawałek trasy dzięki etui do okularów i słomce do napojów. Czasami sprawdza się też pusty kubek po kawie.

3. Przekąski
alex-munsell-18754Nigdy chyba nie zrozumiem tego fenomenu – można to w zasadzie porównać do popcornu w kinie. Niezależnie od tego ile i co zjedzą moje dzieci tuż przed wyjazdem, mogę być pewna, że do 5 minut po wyruszeniu będą chcieli coś zjeść. Obowiązkowo więc mam pod nogami plecak z przekąskami. Staram się, żeby były w miarę możliwości zdrowe (no i bez alergenów). Mam więc kilka rzeczy z poniżej listy: banany, jabłka, inne owoce sezonowe, owoce suszone i rodzynki, liofilizowane truskawki, ekologiczne grube paluszki bez cukru i soli (wypiekane a nie zalewane ługiem), chrupki kukurydziane lub kukurydziane trójkąty, musy w tubce, kanapki z pasztetem wegańskim (najczęściej na chlebie jaglanym z ziarnami chia). Sama czasem się dziwię ile dzieci mogą wsunąć podczas podróży. Moje dzieciaki jedzą (szczególnie młodszy) samodzielnie i dość dobrze dają sobie radę z gryzieniem i połykaniem – zatem nie zawsze się zatrzymujemy, żeby coś podjadły.

4. Niestety iPad

Jak już się najedzą, pobawią i pora spać, ale przecież wcale im się do tego nie spieszy – wspomagamy się iPadem. Swego czasu zastanawialiśmy się jak go przymocować tak, aby jedno i drugie widziało wyświetlane bajki. Rozwiązaniem okazał się podnoszony przedni podłokietnik, do którego przymocowujemy etui z iPadem i napawamy się ciszą, jaka na początku zapada :)

W zupełnej ostateczności, np. w sytuacji, gdy jesteśmy w centrum miasta w korku i mamy 20 minut do celu, a dzieciaki mają już naprawdę dość – wspomagamy się telefonami i aplikacjami dla dzieciaków (o których pewnie kiedyś jeszcze napiszę). Najmłodszemu frajdę sprawia oglądanie zdjęć lub robienie własnych filmów.

5. Audiobooki

Najlepiej atrakcyjne dla dzieciaków. U nas na chwilę obecną wzięcie ma książka o Pupach, którą czyta Wiktor Zborowski. Mała ma ubaw po pachy, a mały chyba jeszcze nie wie o co chodzi, ale śmieje się ze starszą siostrą.

6. Postoje

Postoje staramy się zsynchronizować z porami na posiłek, wyprostowanie kości i wizytę w toalecie. Z reguły postój zaczynamy od posiłku, potem zabawa, a na końcu toaleta – inaczej wiecie jak to mogłoby się skończyć… Na tym etapie postoje robimy co ok. 3 godziny i trwają u nas ok. 30 minut.

Dla dzieciaków niezwykle ważne jest to, żeby sobie pobiegały, wyszalały się, zmęczyły, a dla nas – no cóż, wiemy, że taki układ pozwoli nam lepiej znieść podróż.

Oczywiście zdarzają się również postoje nieplanowane (przynajmniej przez nas), ale takie skracamy do minimum – robimy co trzeba i ładujemy się z powrotem do auta.

7. Pory drzemek

laura-lee-moreau-72069Te z reguły następują po postojach, choć starsza córka nie zawsze zasypia. Dzieci najedzone, wybiegane, toaleta odhaczona. Zachęcamy ich do patrzenia w okno i czekamy czy przewijające się obrazy je znużą, aż usną. Jeśli nie, czasem działa cicho włączone radio, a czasem dajemy dzieciakom trochę pomarudzić. Jak już nic nie działa lub jedno nie daje spać drugiemu – posiłkujemy się iPadem (patrz punkt 4.)

8. Dużo cierpliwości

Oj tak, nowość w rodzicielstwie…najtrudniejsze bywa jednak wyczucie pomiędzy cierpliwością a konsekwencją. Staramy się dzieciakom odpowiadać na zadawane z prędkością kałasznikowa pytania „z tyłu”, ale w pewnym momencie następuje przeciążenie i mówimy, że teraz czas dla nas. Z drugiej strony – kiedy jak nie w podróży wytłumaczyć dzieciom dokąd jedziemy, jakie to miejsce i co tam spodziewamy się znaleźć.

9. Gry podróżne

Śpiewanie, opowiadanie co za oknem, zgadywanki, kto pierwszy zobaczy…? – można na różne sposoby. Mały uwielbia się nakrywać bluzą i bawimy się w A kuku!, udając, że nie ma go w samochodzie. Dla starszej córki zabieramy czasem Zagadki Czu Czu, ale w samochodzie nie bardzo wychodzi jej kolorowanie, więc rzadko z nich korzysta. Oczywiście jest też mnóstwo gier magnetycznych, ale nasze dzieciaki muszą jeszcze poczekać.

10. Konsekwencja

Jak już przychodzi pora na wyciszenie – warto konsekwentnie jej przestrzegać, mimo protestów z tylnego siedzenia. Na początku jest trudno, bo dzieciaki mogą dać popalić, ale z każdą podróżą jest coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.  Dzieciaki też się „docierają” same ze sobą w podróży i z trasy na trasę jest coraz lepiej. Po kilku podróżach w te wakacje ostatnio udało mi się nawet przeczytać ebooka :) także jest o co walczyć :-D.

Wpis ten dotyczy podróży z dziećmi we dwoje. W pojedynkę jest dużo trudniej, ale mam już i takie za sobą w różnych konfiguracjach.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych punktów Wam pomoże – no i chętnie czekam na Wasze sposoby.

Z niemowlakiem samochodem na Hel

Za nami pierwsza wspólna (mama+niemowlę) trasa z Warszawy do Helu. Poszło całkiem nieźle. Jak przetrwać z niemowlakiem, rozplanować sobie trasę, a po drodze znaleźć miejsca na kawę i przewijaki?

Istotne jest rozplanowanie bagaży i podróży. Obowiązkowo przeciwsłoneczne zasłony w szybach, żeby malec nie dał koncertu z powodu świecącego w oczy słońca. Do tego dobrym i pożytecznym gadżetem jest lusterko do samochodu montowane przed malcem – pozwala na kontrolowanie jego zachowania bez konieczności oglądania się do tyłu (a oglądanie się na dziecko w trakcie jazdy może skończyć się tragicznie. Z córką miałam taki epizod, na szczęście u siebie w garażu i na bardzo niskich prędkościach, rysy pozostały do dziś :)). Przy foteliku mam też małą reklamówkę na zabawki, które zmieniam na każdym postoju– chodzi o to, żeby dziecko nie znudziło się jedną zabawką i mogło dłużej się zając same sobą.

Nie jestem zwolenniczką wożenia fotelika na przednim siedzeniu. Po pierwsze nie jest to najbezpieczniejsze miejsce w samochodzie i trzeba pamiętać o dezaktywacji poduszki powietrznej z przodu. Po drugie mały berbeć zawsze dekoncentruje i jest pokusa, żeby patrzeć na niego, a nie na drogę. Wybieram zatem miejsce z tyłu za pasażerem. Dlaczego nie za kierowcą? Podobno za pasażerem bezpieczniej, a w dodatku stojąc na czerwonym świetle mogę prawą ręką pobujać fotelik, gdy mały płacze.

Co jeszcze? Przede wszystkim żelazna zasada, którą przypomniała mi jedna doświadczona mama przy okazji walki ze smoczkiem – reżim dnia dziecka powinien opierać się na triadzie sen-karmienie-aktywność. Jeśli najedzone, wytulone i zabawione dziecko wsadzicie do fotelika i zaczniecie podróż, jest duża szansa, że zaśnie (przy mojej córce co prawda to nie działało, ale przy synku działa).  Tak też właśnie robiliśmy. U nas w trasie składa się to mniej więcej na cykl 3 godzin. Godzina na karmienie i zabawę, następne 2 godziny na jazdę i znowu godzina na karmienie i zabawę. Dobrze na postojach wyciągnąć malca z fotelika i pozwolić „rozprostować mu kości” – poleżeć na płaskim, położyć trochę na brzuszku, pozwolić pofikać. Wiadomo, że nikt nie będzie nosił ze sobą w trasie maty do zabawy, ale już kanapa w restauracji czy na stacji benzynowej, duży przewijak czy inne płaskie i w miarę czyste powierzchnie pozwalają na zabawę pod nadzorem. W jednym punkcie po prostu złączyłam ze sobą dwa krzesła i mały mógł pofikać.

Nie oszukujmy się zbytnio. Całkowicie bez płaczu się nie da, więc warto się na płacz przygotować. Przyjęłam sobie zasadę, że jeśli mały nie płacze dłużej niż 10-15 minut i widzę w lusterku wstecznym, że wszystko jest ok – nie zatrzymuję się. Jeśli płacz się przedłuża – szukam bezpiecznego miejsca na postój. W szczególności jeśli chodzi o podróż autostradami – warto przyjąć sobie jakąś zasadę i nie reagować nerwowo przy każdym płaczu.

U nas droga zajęła niecałe 7h, wliczając w to dwie okołogodzinne przerwy. Pierwsza z nich wypadła za Toruniem na Orlenie na trasie A1, który na wyposażeniu ma cały pokoik do opieki nad niemowlęciem. Przy okazji można zatankować, zaopatrzyć się w prasę, wypić kawę (niestety mleka roślinnego nie ma) i coś zjeść (niekoniecznie zdrowo).

Druga przerwa wypadła nam w Rumi, a że nie chciałam zbytnio zbaczać z trasy, zajechaliśmy do Galerii Rumia. Niestety toalety w galerii nie są wyposażone w przewijaki :(, ale za to w Multikinie są, więc zaszliśmy do Multikina. Galeria nie poraża różnorodnością, ale można znaleźć miejsce na wypicie zdrowego soku (vide JUICING), przekąszenie pizzy, makaronu, sałatki czy włoskiej zupy oraz na wypicie kawy (mleko sojowe bywa, ale akurat nie było) wraz z pysznym deserem.

Stamtąd została już tylko godzinka jazdy do Helu, więc spokojnie dojechaliśmy i zaraz po przyjeździe wybraliśmy się na spacer, żeby mały trochę ochłonął i zaczął się powoli aklimatyzować. Wkrótce ruszamy na odkrywanie Helu i zobaczymy co się zmieniło od zeszłego roku.