10 urzekających atrakcji Sandomierza – z dziećmi na weekend

Co można robić z dziećmi w polskiej krainie wina i Ojca Mateusza? No nic innego jak zwiedzać winnice i Sandomierz oraz lokalne place zabaw! Sandomierz na weekend z dzieciakami kusi.

Przede wszystkim warto wspomnieć, że trafiliśmy do uroczego miejsca na nocleg – na pierwszy rzut oka niczym specjalnym niewyróżniający się domek przerobiony na motel w stylu bed & breakfast. Bez typowej restauracji, bez menu, a jednak – na śniadanie m.in. jajecznica z jaj gęsich własnego chowu, parówki cielęce, pomidory, własnej roboty dżemy z moreli z własnego sadu, wypiekany chleb – istny raj dla alergików (i ich rodziców!).  Dla zainteresowanych – chętnie podam namiary.

Ale dzisiaj nie o noclegu, a o samym Sandomierzu. Co nas w nim urzekło?

  1. Starówka

IMG_0374 Ten centralny sandomierski plac jest chyba kluczowym punktem w planie każdego podróżnika. Miejsce jest naprawdę urokliwe. W pogodne dni dyskretnie tętni życiem. Wokół Rynku zbierają się turyści, słychać pobrzękiwanie filiżanek z pobliskich kawiarni i restauracyjek, kręcą się po nim przewodnicy, a dzieci biegają wokół radośnie chichocząc i jedząc lody. Nie obejdzie się również bez biegów wokół studni czy zdjęć z rycerzami. Gwarno, ale kameralnie.IMG_0314

2. Wycieczka meleksem

Stara część Sandomierza jest w większości brukowana, więc nie jest to miejsce przyjazne upadkom małych dzieci. Jeśli do tego jeszcze zaczyna kropić  – warto rozważyć 40 minutowy przejazd meleksem po głównych atrakcjach Sandomierza. Wózek typu parasolka spokojnie można zmieścić z tyłu pojazdu (dobrze tylko wówczas wybrać poranne godziny na zwiedzanie, gdy nie ma jeszcze wielu turystów).

3.  Wąwóz Królowej Jadwigi

Z perspektywy drogi krajowej (ulicy Krakowskiej) zupełnie nic nie zapowiada, że dosłownie za rogiem skręcicie w zupełnie inny świat. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z gwaru posiłków i jeżdżących meleksów znaleźliśmy się w strefie ciszy, otoczeni naturą. Dosłownie po zrobieniu kilku kroków. Wrażenie niesamowite, aż dzieciaki na chwilę zamilkły.

4. Krótki rejs po Wiśle

Niespełna godzinny rejs statkiem po Wiśle to zawsze atrakcja dla dzieci, a i dorosli mogą się czegoś dowiedzieć. Rejsy odbywają się co godzinę (chyba że nie zbierze się wystarczająca ilość chętnych). Statki cumują przy Bulwarze Marszałka Piłsudskiego.

IMG_0358   IMG_0354

5. Czarny bez 

Oprócz majowej zupy z pokrzyw, którą szczęśliwie udało mi się upolować, w oczy rzuca się kwitnący czarny bez. I to nie tylko jako kwitnące drzewko. W niektórych miejscach znajdziecie i syropy z czarnego bzu, a także Hugo Spritz – czyli musujący letni drink właśnie z czarnym bzem. Nam udało się dostać Hugo Spritz w Bistro Podwale, które polecamy również dla rodzin z dziećmi – restauracja jest wyposażona w foteliki, znalazło się coś dla małych alergików (aczkolwiek nie-vegan), w toaletach są przewijaki, a w lokalu kącik zabaw – zarówno w jego wnętrzu jak i na zewnątrz.

6. Winnica Sandomierska

To miejsce odnaleźliśmy popijając kawę na Starym Rynku poprzez Trip Advisora. I dobrze się stało. Winnica oferuje zwiedzanie z degustacją oraz transportem! Z oczywistych względów jest to idealne połączenie – nie musieliśmy z mężem grać w marynarza. Nie było również problemu z przełożeniem naszych fotelików dziecięcych i wrzuceniem wózka do bagażnika (aczkolwiek spytaliśmy wcześniej czy jest taka opcja). Winnica jest rodzinnym przedsięwzięciem z tradycjami, obecnie prowadzona przez młode małżeństwo z pomocą rodziny. Świetna atmosfera, przemili ludzie i zawsze można czegoś dowiedzieć się o rodzimych winnicach. Przy okazji wina sandomierskie (my wybraliśmy białe i różowe, nie możemy się jednak przekonać do polskich win czerwonych) doskonale nadają się na suweniry.

IMG_0262             IMG_0257

7. Spacery i klimat

Urok starego sandomierskiego miasta sprzyja spacerom, więc i my korzystaliśmy. Przy okazji, uwalniając umysł od codziennych trosk, zaczęliśmy się zastanawiać nad lokalnym mikroklimatem. Wszyscy „lokalsi” twierdzili bowiem, że Sandomierz ze względu na swoje położenie w Kotlinie Sandomierskiej, na granicy Wyżyny Sandomierskiej, rzeczywiście ma specjalny, unikalny mikroklimat.  Dobrze więc z niego skorzystać (w szczególności wyjeżdżając z Warszawy po sezonie smogowym).

IMG_0332

Spacery to też doskonały pomysł i sposób na zwiedzenie Sandomierza, jego klasztorów, budynków sakralnych, Ucha Igielnego czy bram i murów miejskich. Wszystkie one położone są koncentrycznie wokół Starego Rynku, więc bez problemu dzieciaki dadzą radę.

8. Dziedziniec Zamku Królewskiego

Pocztówkowa budowla na wzgórzu, górująca nad Sandomierzem – to właśnie Zamek Królewski, zniszczony podczas potopu szwedzkiego i sukcesywnie odbudowywany. Samego Zamku niestety już nie zdążyliśmy zwiedzić, za to jego dziedziniec jak najbardziej.

9. Plac zabaw nad Wisłą (bulwary)

Po trudach podróży statkiem warto zatrzymać się na pobliskim placu zabaw. Niby nic specjalnego, ale otwarte przestrzenie i krzewiasty labirynt dają dzieciakom dużo miejsca do biegania i sporo swobody, a rodzicom – spokoju.

10.  Sady morelowe

To bardziej ciekawostka niż atrakcja, gdyż nie byliśmy w żadnym z nich. Sandomierz zawsze kojarzył nam się bardziej z jabłkami (i cydrem), a nie z morelami. Okazało się jednak, że jabłek i owszem, trochę jest, ale bardziej tych przeznaczonych do sprzedaży detalicznej niż na cydr. Za to skala uprawy moreli nas zaskoczyła (co pewnie wynika trochę z niewiedzy :-)).

IMG_0343 Dlaczego nie Świat Ojca Mateusza? Nikt z nas tego zbytnio nie ogląda, a dzieciaki nawet nie kojarzą – nie mamy zatem odpowiedniego kontekstu. Jednak dla wielbicieli tego serialu na pewno coś się znajdzie – oprócz Muzeum można wynając przewodników oprowadzających po miejscach, które ukazały się w poszczególnych odcinkach. Mnie Sandomierz bardziej kojarzy się z kryminałem „Ziarno Prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. Gdyby nie nasze brzdące, można by pewnie z tą książką chodzić po Sandomierzu niczym z „Cieniem Wiatru” Carlosa Ruiza Zafona po Barcelonie, ale to jeszcze za kilka lat…

Ominęliśmy również podziemia – ze względu na wiek dzieci, nie były tym zbytnio zainteresowane, ale jeśli Wasze pociechy są na tyle duże, że wytrzymają i się nie wystraszą – słyszałam, że warto. Miłego zwiedzania!

 

 

Z maluchami w długą podróż autem

Czterolatka zadająca mnóstwo pytań i półtoraroczny bąbel – idealni kompani do długiej podróży autem – jak sobie z nimi radzimy?

Oczywiście każde z naszych dzieci ma zupełnie inny temperament, więc niczym managerowie do każdego dziecka mamy trochę inne podejście. Pamiętam pierwszą podróż z trzymiesięczną wówczas córką, gdy siedziałam razem z nią z tyłu i prawie całą pięciogodzinną trasę śpiewałam jej piosenki świąteczne Michaela Buble… Od tamtego momentu nabrałam już doświadczenia i teraz podróże wyglądają inaczej. Nasz dekalog udanego (czytaj: w miarę do zniesienia) podróżowania autem z dzieciakami.

  1. Pora wyjazdu

To kluczowe zadanie na dobry start. Nie mam pojęcia jaka to jest dobra pora – trzeba ją sobie wypracować. Niektórzy nasi znajomi podróżują nocą, inni – w porze drzemki poobiedniej. My nie chcieliśmy tracić pół dnia na wyruszenie w trasę. Z drugiej strony – nie lubimy prowadzić nocą. Zatem najczęściej wyruszamy około godziny 09.00, tuż po drugim śniadaniu (a przynajmniej jego pożywniejszej części, bo w samochodzie dzieciaki zaraz znowu będą krzyczeć: jeść! lub am! am!). Czasami wyruszamy tuż po pracy – około 17-18. A jeżeli już musimy urwać dzień, to próbujemy wyjechać ok. 15.00 – tak, aby postój kolacyjny wypadł na 18.00.

2. Nowe zabawki

gustavo-belemmi-67037Zawsze działa w samolocie, więc może i też w aucie. Ale nie zawsze chodzi o zupełnie nową zabawkę ze sklepu. Wystarczy zabawka zapomniana, wyciągnięta z szafy, odziedziczona po rodzinie, albo coś małego kupionego na stacji benzynowej – przyciąga uwagę dzieci na dłużej niż ulubione, wypróbowane zabawki. Najlepiej, gdy coś się otwiera, zamyka, naciska, przesuwa itp. I nie zawsze musi być to zabawka – ostatnio np. przetrwaliśmy kawałek trasy dzięki etui do okularów i słomce do napojów. Czasami sprawdza się też pusty kubek po kawie.

3. Przekąski
alex-munsell-18754Nigdy chyba nie zrozumiem tego fenomenu – można to w zasadzie porównać do popcornu w kinie. Niezależnie od tego ile i co zjedzą moje dzieci tuż przed wyjazdem, mogę być pewna, że do 5 minut po wyruszeniu będą chcieli coś zjeść. Obowiązkowo więc mam pod nogami plecak z przekąskami. Staram się, żeby były w miarę możliwości zdrowe (no i bez alergenów). Mam więc kilka rzeczy z poniżej listy: banany, jabłka, inne owoce sezonowe, owoce suszone i rodzynki, liofilizowane truskawki, ekologiczne grube paluszki bez cukru i soli (wypiekane a nie zalewane ługiem), chrupki kukurydziane lub kukurydziane trójkąty, musy w tubce, kanapki z pasztetem wegańskim (najczęściej na chlebie jaglanym z ziarnami chia). Sama czasem się dziwię ile dzieci mogą wsunąć podczas podróży. Moje dzieciaki jedzą (szczególnie młodszy) samodzielnie i dość dobrze dają sobie radę z gryzieniem i połykaniem – zatem nie zawsze się zatrzymujemy, żeby coś podjadły.

4. Niestety iPad

Jak już się najedzą, pobawią i pora spać, ale przecież wcale im się do tego nie spieszy – wspomagamy się iPadem. Swego czasu zastanawialiśmy się jak go przymocować tak, aby jedno i drugie widziało wyświetlane bajki. Rozwiązaniem okazał się podnoszony przedni podłokietnik, do którego przymocowujemy etui z iPadem i napawamy się ciszą, jaka na początku zapada :)

W zupełnej ostateczności, np. w sytuacji, gdy jesteśmy w centrum miasta w korku i mamy 20 minut do celu, a dzieciaki mają już naprawdę dość – wspomagamy się telefonami i aplikacjami dla dzieciaków (o których pewnie kiedyś jeszcze napiszę). Najmłodszemu frajdę sprawia oglądanie zdjęć lub robienie własnych filmów.

5. Audiobooki

Najlepiej atrakcyjne dla dzieciaków. U nas na chwilę obecną wzięcie ma książka o Pupach, którą czyta Wiktor Zborowski. Mała ma ubaw po pachy, a mały chyba jeszcze nie wie o co chodzi, ale śmieje się ze starszą siostrą.

6. Postoje

Postoje staramy się zsynchronizować z porami na posiłek, wyprostowanie kości i wizytę w toalecie. Z reguły postój zaczynamy od posiłku, potem zabawa, a na końcu toaleta – inaczej wiecie jak to mogłoby się skończyć… Na tym etapie postoje robimy co ok. 3 godziny i trwają u nas ok. 30 minut.

Dla dzieciaków niezwykle ważne jest to, żeby sobie pobiegały, wyszalały się, zmęczyły, a dla nas – no cóż, wiemy, że taki układ pozwoli nam lepiej znieść podróż.

Oczywiście zdarzają się również postoje nieplanowane (przynajmniej przez nas), ale takie skracamy do minimum – robimy co trzeba i ładujemy się z powrotem do auta.

7. Pory drzemek

laura-lee-moreau-72069Te z reguły następują po postojach, choć starsza córka nie zawsze zasypia. Dzieci najedzone, wybiegane, toaleta odhaczona. Zachęcamy ich do patrzenia w okno i czekamy czy przewijające się obrazy je znużą, aż usną. Jeśli nie, czasem działa cicho włączone radio, a czasem dajemy dzieciakom trochę pomarudzić. Jak już nic nie działa lub jedno nie daje spać drugiemu – posiłkujemy się iPadem (patrz punkt 4.)

8. Dużo cierpliwości

Oj tak, nowość w rodzicielstwie…najtrudniejsze bywa jednak wyczucie pomiędzy cierpliwością a konsekwencją. Staramy się dzieciakom odpowiadać na zadawane z prędkością kałasznikowa pytania „z tyłu”, ale w pewnym momencie następuje przeciążenie i mówimy, że teraz czas dla nas. Z drugiej strony – kiedy jak nie w podróży wytłumaczyć dzieciom dokąd jedziemy, jakie to miejsce i co tam spodziewamy się znaleźć.

9. Gry podróżne

Śpiewanie, opowiadanie co za oknem, zgadywanki, kto pierwszy zobaczy…? – można na różne sposoby. Mały uwielbia się nakrywać bluzą i bawimy się w A kuku!, udając, że nie ma go w samochodzie. Dla starszej córki zabieramy czasem Zagadki Czu Czu, ale w samochodzie nie bardzo wychodzi jej kolorowanie, więc rzadko z nich korzysta. Oczywiście jest też mnóstwo gier magnetycznych, ale nasze dzieciaki muszą jeszcze poczekać.

10. Konsekwencja

Jak już przychodzi pora na wyciszenie – warto konsekwentnie jej przestrzegać, mimo protestów z tylnego siedzenia. Na początku jest trudno, bo dzieciaki mogą dać popalić, ale z każdą podróżą jest coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.  Dzieciaki też się „docierają” same ze sobą w podróży i z trasy na trasę jest coraz lepiej. Po kilku podróżach w te wakacje ostatnio udało mi się nawet przeczytać ebooka :) także jest o co walczyć :-D.

Wpis ten dotyczy podróży z dziećmi we dwoje. W pojedynkę jest dużo trudniej, ale mam już i takie za sobą w różnych konfiguracjach.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych punktów Wam pomoże – no i chętnie czekam na Wasze sposoby.

Z niemowlakiem…w samolocie

Skarbem, który należy chować i to dobrze chować są nasze pociechy. Niestety niekiedy należałoby je też dobrze schować….w szczególności, gdy w zamkniętej przestrzeni (samolot) jest ukrytych kilkanaście takich niespokrewnionych ze sobą skarbów. Jak przetrwać podróż samolotem z dzieckiem i niemowlakiem? I to jeszcze tak, żeby inni przetrwali?

Jak już wiecie z posta Z niemowlakiem…na lotnisku, wybraliśmy się na majówkę na Wyspy Kanaryjskie. Pomysł super, wykonanie ciut trudniejsze, ale warto było. Lot w jedną stronę to, w zależności od okoliczności, 5,5-6h. Jak na pierwszy lot niemowlęcia, to sporo. Ale jak na pierwszy lot niemowlęcia ze starszą siostrą i to na trzech siedzeniach obok siebie – to jeszcze więcej.

Zajmijmy się najpierw niemowlęciem. Droga z bramki do samolotu tym razem niestety autobusem. Niestety, bo to dodatkowe utrudnienie. Po pierwsze wózek oddaje się wówczas na płycie lotniska przy samolocie. Po drugie, kolejna zmiana temperatury i strasznie wieje na płycie lotniska, więc trzeba dziecko ubierać i rozbierać (pamiętajcie, żeby zabrać czapeczkę, bluzę do bagażu podręcznego). Po trzecie, w autobusie tłoczno i trzeba dobrze dzieci trzymać. Dla motających się rodziców z dziećmi można na ten czas rozważyć omotanie dziecka w chustę. Ewentualnie pozostaje włożenie w nosidło, ale 3 m-czne dziecko jest raczej na nosidło za małe.

Udało się dojechać. Mąż zajął się oddawaniem wózka i noszeniem bagaży, ja z dziećmi poszłam prosto do samolotu. Wyglądało to trochę komicznie. Młodsze uwieszone na rękach, a starsza córka uwieszona u nogi :), do tego po drodze zgarniam pas bezpieczeństwa dla niemowlęcia (niemowlęta dostają swój pas, który się zakłada na pas rodzica). Czasami przy wejściu dostaje się też kamizelkę dla niemowlęcia. Byliśmy co prawda z najmłodszym zestawem dzieci, ale nie jedyni z dwójką. Wszystkich dzieciatych usadzono z tyłu samolotu, blisko toalet z przewijakiem (in plus) i blisko innych dzieci (in plus lub in minus, zależy jak na to patrzeć :)). Dostaliśmy też miejsca w jednym rzędzie (warto o to się postarać, żebyście nie musieli dzielić między sobą bagażu podręcznego). Igor (kategoria Infant) na kolanach u mamy, Olga już z własnym miejscem (było to dla niej sporym wydarzeniem). Córka była w zasadzie już weteranką podróży samolotowej (była to już jej 14 czy 15 podróż samolotem), ale tym razem leciała już w pełni świadoma, poprzednie razy nie bardzo pamiętała.

Lecąc z dziećmi bagaż podręczny zawsze składuję pod siedzeniem z przodu. W trakcie lotu non stop trzeba coś dzieciom wyciągać lub chować (np. na czas serwisu), więc otwieranie luku nad głowami byłoby dużym utrudnieniem. Na początek zawsze wyciągam coś do picia (można też lizaka) dla starszej oraz kocyk dla niemowlaka (żeby go przykryć jak włączą klimę). Coś do picia, lizak, guma dla starszych dzieci przydaje się podczas startu i lądowania. Przełykanie napoju czy ssanie pozwala na odetkanie uszu, które zatykają się przy zmianie wysokości, mogą też boleć. Jeśli dziecko gorzej znosi start lub lądowanie, poproście stewardessy o gorące kubeczki. Pomiędzy dwa kubki wkłada się wacik z gorącą wodą (powinien być odciśnięty, żeby wrzątek nie kapał) i zakłada po jednym takim zestawie na każde ucho. Pod ręką oprócz tego mam też zabawkę na początek lotu, ewentualnie telefon lub tablet z nagranymi bajkami.

Zaczynamy kołować, tłumaczę starszej zasady bezpieczeństwa. Przy locie tam jest tak przejęta, że się nie buntuje. Z powrotem utrzymanie jej w ryzach jest trudniejsze, ale się udaje. Podaję wodę do picia, ale zostaje przekupiona przez rodziców dzieci siedzących z tyłu lizakiem i z powrotem będziemy musieli kupić jej lizaka. Na szczęście w domu ich nie je, więc zęby nie ucierpią zbytnio 😉 Młodsze dziecko zostaje przystawione do piersi (której nigdy nie odmawia) i problem zatkanych uszu mamy z głowy.

Starsza córka jest na tyle duża, że obchodzi się bez kocyków, czapeczek itp. Ale młodszemu serwuję cienką czapeczkę z przykrytymi uszami i cienki kocyk – klimatyzacja jednak trochę ziębi.

Teraz prawdziwa zabawa, czyli jak sprawić, żeby tak małe dzieci w miarę grzecznie wytrwały przez cały lot, nie kopiąc przy tym stewardess, nie obijając foteli współpasażerów lub też nie wpadając w histerię. Przy niemowlaku istotne jest zachowanie jego rytmu dobowego oraz rytmu sen-karmienie-zabawa. Sprawdziło się to i u nas. Najgorsze to doprowadzić dziecko do stanu skrajnego zmęczenia – może zacząć się dłuuugi i głośny płacz. Przy starszej córce jest już trudniej. Nasza nie lubi spać w dzień i potrzebuje do tego wyciszenia, a tu w grę wchodzi ekscytacja, hałas, inne dzieci i różne emocje. Próbujemy zatem wyciszyć ją poprzez spokojniejsze zabawy (u nas sprawdziły się zgadywanki Czu Czu dla 3-latków). Posiłkujemy się też bajkami na tablecie i kredkami. Warto zabrać również jakąś małą nową zabawkę, która zainteresuje dziecko przez nieco dłuższy czas. Dobrze dobierać zabawki niezbyt głośne , żeby nie przeszkadzać innym. Sprawdza się także zamiana miejsca – raz od okna, raz w środku, raz od przejścia i wszelkie interakcje z sąsiadami :)

Korzystanie z toalety z dziećmi jest wyzwaniem w trakcie serwisu, kiedy wózek blokuje przejście. Na szczęście stewardessy rozumieją, że dzieci nie mają cierpliwości i często sygnalizują potrzeby w ostatnim momencie, więc spokojnie można prosić o przesuwanie wózka i utorowanie drogi. W samolocie dostępny jest mały i twardy przewijak – dobrze mieć dla niemowlaka własną matę (np. taką, w którą wyposażane są torby do wózka) i pieluchę, które położymy na przewijak. Niezawodne są także pachnące woreczki na zmieniane pieluchy (np. Paklaki). Zawijamy wszystko w woreczek, wyrzucamy do kosza i pozbywamy się śmierdzącego problemu.

Jak już wiecie, moje dzieci są alergiczne, więc dbam o to, żeby w podróży miały co jeść. Pamiętajcie także, że samoloty mają czasem opóźnienia, można też utknąć na lotnisku przez kilka godzin. Warto mieć zapas większy niż na podróż zgodną z harmonogramem, w szczególności mleka. Tym razem udało się nam dostać pieczonego kurczaka z fasolką i mogliśmy coś zjeść z menu samolotowego. Z reguły jednak jest ciężko i mamy coś na podorędziu. Wystarczy chociażby kanapka czy sałatka, ale może też być obiadek w opakowaniu szklanym, plastikowym do podgrzania w mikrofali czy też w wyciskanej tubce. Można zabrać też obiadek własnej roboty w termosie. Do tego jakieś dozwolone przekąski, owoce (najlepiej te mniej soczyste) i warzywa (typu marchew, papryka czy seler naciowy).

Jak już jemy, to często to, co jemy ląduje na bluzeczce. Nie wspominam już o zalaniach. Dlatego mamy przy sobie zestaw rzeczy na zmianę (dla obojga dzieci plus uwaga – dla mamy!). Raz zapomniałam wziąć dla siebie zestawu na zmianę i musiałam przebrać się w podkoszulkę męża…

Loty nocne wyglądają zdecydowanie lepiej, gdy dzieci śpią. Podczas naszej 10-godzinnej podróży do Wietnamu, nasza ówcześnie ponadroczna córka większość lotu przespała na kocach u nas w nogach. Dobrze postarać się o miejsce przy wyjściach z większą ilością miejsca na nogi. Dziecko się tam doskonale umości.

Nie jest to to samo, co podróże bez dzieci, ale nie jest też aż tak źle i traumatycznie, a wraz z wiekiem dzieci jest coraz łatwiej. Warto się zatem przemęczyć, żeby dolecieć do miejsca naszych wakacji.

Życzę Wam samych udanych lotów z dziećmi!