Z maluchami w długą podróż autem

Czterolatka zadająca mnóstwo pytań i półtoraroczny bąbel – idealni kompani do długiej podróży autem – jak sobie z nimi radzimy?

Oczywiście każde z naszych dzieci ma zupełnie inny temperament, więc niczym managerowie do każdego dziecka mamy trochę inne podejście. Pamiętam pierwszą podróż z trzymiesięczną wówczas córką, gdy siedziałam razem z nią z tyłu i prawie całą pięciogodzinną trasę śpiewałam jej piosenki świąteczne Michaela Buble… Od tamtego momentu nabrałam już doświadczenia i teraz podróże wyglądają inaczej. Nasz dekalog udanego (czytaj: w miarę do zniesienia) podróżowania autem z dzieciakami.

  1. Pora wyjazdu

To kluczowe zadanie na dobry start. Nie mam pojęcia jaka to jest dobra pora – trzeba ją sobie wypracować. Niektórzy nasi znajomi podróżują nocą, inni – w porze drzemki poobiedniej. My nie chcieliśmy tracić pół dnia na wyruszenie w trasę. Z drugiej strony – nie lubimy prowadzić nocą. Zatem najczęściej wyruszamy około godziny 09.00, tuż po drugim śniadaniu (a przynajmniej jego pożywniejszej części, bo w samochodzie dzieciaki zaraz znowu będą krzyczeć: jeść! lub am! am!). Czasami wyruszamy tuż po pracy – około 17-18. A jeżeli już musimy urwać dzień, to próbujemy wyjechać ok. 15.00 – tak, aby postój kolacyjny wypadł na 18.00.

2. Nowe zabawki

gustavo-belemmi-67037Zawsze działa w samolocie, więc może i też w aucie. Ale nie zawsze chodzi o zupełnie nową zabawkę ze sklepu. Wystarczy zabawka zapomniana, wyciągnięta z szafy, odziedziczona po rodzinie, albo coś małego kupionego na stacji benzynowej – przyciąga uwagę dzieci na dłużej niż ulubione, wypróbowane zabawki. Najlepiej, gdy coś się otwiera, zamyka, naciska, przesuwa itp. I nie zawsze musi być to zabawka – ostatnio np. przetrwaliśmy kawałek trasy dzięki etui do okularów i słomce do napojów. Czasami sprawdza się też pusty kubek po kawie.

3. Przekąski
alex-munsell-18754Nigdy chyba nie zrozumiem tego fenomenu – można to w zasadzie porównać do popcornu w kinie. Niezależnie od tego ile i co zjedzą moje dzieci tuż przed wyjazdem, mogę być pewna, że do 5 minut po wyruszeniu będą chcieli coś zjeść. Obowiązkowo więc mam pod nogami plecak z przekąskami. Staram się, żeby były w miarę możliwości zdrowe (no i bez alergenów). Mam więc kilka rzeczy z poniżej listy: banany, jabłka, inne owoce sezonowe, owoce suszone i rodzynki, liofilizowane truskawki, ekologiczne grube paluszki bez cukru i soli (wypiekane a nie zalewane ługiem), chrupki kukurydziane lub kukurydziane trójkąty, musy w tubce, kanapki z pasztetem wegańskim (najczęściej na chlebie jaglanym z ziarnami chia). Sama czasem się dziwię ile dzieci mogą wsunąć podczas podróży. Moje dzieciaki jedzą (szczególnie młodszy) samodzielnie i dość dobrze dają sobie radę z gryzieniem i połykaniem – zatem nie zawsze się zatrzymujemy, żeby coś podjadły.

4. Niestety iPad

Jak już się najedzą, pobawią i pora spać, ale przecież wcale im się do tego nie spieszy – wspomagamy się iPadem. Swego czasu zastanawialiśmy się jak go przymocować tak, aby jedno i drugie widziało wyświetlane bajki. Rozwiązaniem okazał się podnoszony przedni podłokietnik, do którego przymocowujemy etui z iPadem i napawamy się ciszą, jaka na początku zapada :)

W zupełnej ostateczności, np. w sytuacji, gdy jesteśmy w centrum miasta w korku i mamy 20 minut do celu, a dzieciaki mają już naprawdę dość – wspomagamy się telefonami i aplikacjami dla dzieciaków (o których pewnie kiedyś jeszcze napiszę). Najmłodszemu frajdę sprawia oglądanie zdjęć lub robienie własnych filmów.

5. Audiobooki

Najlepiej atrakcyjne dla dzieciaków. U nas na chwilę obecną wzięcie ma książka o Pupach, którą czyta Wiktor Zborowski. Mała ma ubaw po pachy, a mały chyba jeszcze nie wie o co chodzi, ale śmieje się ze starszą siostrą.

6. Postoje

Postoje staramy się zsynchronizować z porami na posiłek, wyprostowanie kości i wizytę w toalecie. Z reguły postój zaczynamy od posiłku, potem zabawa, a na końcu toaleta – inaczej wiecie jak to mogłoby się skończyć… Na tym etapie postoje robimy co ok. 3 godziny i trwają u nas ok. 30 minut.

Dla dzieciaków niezwykle ważne jest to, żeby sobie pobiegały, wyszalały się, zmęczyły, a dla nas – no cóż, wiemy, że taki układ pozwoli nam lepiej znieść podróż.

Oczywiście zdarzają się również postoje nieplanowane (przynajmniej przez nas), ale takie skracamy do minimum – robimy co trzeba i ładujemy się z powrotem do auta.

7. Pory drzemek

laura-lee-moreau-72069Te z reguły następują po postojach, choć starsza córka nie zawsze zasypia. Dzieci najedzone, wybiegane, toaleta odhaczona. Zachęcamy ich do patrzenia w okno i czekamy czy przewijające się obrazy je znużą, aż usną. Jeśli nie, czasem działa cicho włączone radio, a czasem dajemy dzieciakom trochę pomarudzić. Jak już nic nie działa lub jedno nie daje spać drugiemu – posiłkujemy się iPadem (patrz punkt 4.)

8. Dużo cierpliwości

Oj tak, nowość w rodzicielstwie…najtrudniejsze bywa jednak wyczucie pomiędzy cierpliwością a konsekwencją. Staramy się dzieciakom odpowiadać na zadawane z prędkością kałasznikowa pytania „z tyłu”, ale w pewnym momencie następuje przeciążenie i mówimy, że teraz czas dla nas. Z drugiej strony – kiedy jak nie w podróży wytłumaczyć dzieciom dokąd jedziemy, jakie to miejsce i co tam spodziewamy się znaleźć.

9. Gry podróżne

Śpiewanie, opowiadanie co za oknem, zgadywanki, kto pierwszy zobaczy…? – można na różne sposoby. Mały uwielbia się nakrywać bluzą i bawimy się w A kuku!, udając, że nie ma go w samochodzie. Dla starszej córki zabieramy czasem Zagadki Czu Czu, ale w samochodzie nie bardzo wychodzi jej kolorowanie, więc rzadko z nich korzysta. Oczywiście jest też mnóstwo gier magnetycznych, ale nasze dzieciaki muszą jeszcze poczekać.

10. Konsekwencja

Jak już przychodzi pora na wyciszenie – warto konsekwentnie jej przestrzegać, mimo protestów z tylnego siedzenia. Na początku jest trudno, bo dzieciaki mogą dać popalić, ale z każdą podróżą jest coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.  Dzieciaki też się „docierają” same ze sobą w podróży i z trasy na trasę jest coraz lepiej. Po kilku podróżach w te wakacje ostatnio udało mi się nawet przeczytać ebooka :) także jest o co walczyć :-D.

Wpis ten dotyczy podróży z dziećmi we dwoje. W pojedynkę jest dużo trudniej, ale mam już i takie za sobą w różnych konfiguracjach.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych punktów Wam pomoże – no i chętnie czekam na Wasze sposoby.

Jak przygotować dziecko do wyjazdu?

Wkrótce Wielkanoc, a zaraz po niej majówka i pewnie wiele z Was uda się z rodzinami na zasłużony i wyczekiwany odpoczynek. Jak przygotować dzieci do wyjazdu w określone miejsce? Czy w ogóle trzeba?

Podróże są naszym hobby i stąd chciałabym, żeby nasze dzieci wynosiły z nich nie tylko wspomnienia o morzu i plaży, ale choć krztę o kulturze, zwyczajach, cechach charakterystycznych, kuchni, a przede wszystkim mieszkańcach danego kraju. Jak jednak wyjaśnić przedszkolakom kontekst różnych zachowań i kultury?

Mapy

Zaczęłam od tego. U naszej 3,5-latki w pokoju jedna ściana zajęta jest przez fizyczną mapę świata w europejskim układzie (czyli my na środku). Za każdym razem, gdy wyjeżdżam w delegację lub gdy mamy zaplanowany wyjazd – pokazuję je to miejsce na mapie. Po powrocie z wyjazdu wspólnie naklejamy kropkę w miejscu, gdzie wspólnie byliśmy. Nie katuję jej oczywiście pamięciówką ze stolic i nazw, ale sam fakt pokazywania różnych miejsc na mapie sprawia, że dziecięca ciekawość zwycięża i wie przynajmniej czy dane miejsce jest dalej czy bliżej Warszawy, czy do góry czy na dół, czy w prawo lub w lewo.

Kolejną sprawą są fantastyczne moim zdaniem pozycje książkowe wydawnictwmapy-obrazkowa-podroz-po-ladach-morzach-i-kulturach-swiata-u-iext44043020a Dwie Siostry autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich, „Mapy”. Na konturowej mapie poszczególnych (wybranych przez autorów państw) znajdziemy graficzne przedstawienie charakterystycznych dla danego miejsca symboli, zabytków, postaci (historycznych czy fikcyjnych) czy w końcu narodowych potrwa. Prawdziwe miejsce podróży palcem po mapie!

Przed wyjazdem do danego kraju już z pewnym wyprzedzeniem staram się co jakiś czas zajrzeć do tego mapownika i obejrzeć choć kilka obrazków z danego kraju.

Flagi

Po mapach przyszła pora na flagi. Nie jest to może najważniejsze w podróżowaniu, jednak jak tylko znalazłam kolorowankę z naklejkami dotyczącą flag państw Europy, od razu trafiła do mojego koszyka. Wychodzi różnie z ich znajomością i prawidłowością barw, ale przynajmniej córka wie, że każde państwo ma swoje własne barwy narodowe, a to już coś.

Książki dla dzieci

Nic tak nie przybliża dziecku kultury danego kraju jak jego baśnie, legendy i bajki. Stąd przed wyjazdem staram się kupić choć jedną pozycję narodowych bajek dla dzieci. O ile z Danią jest bardzo łatwo (wiadomo – Hans Christian Andersen), o tyle z Węgrami może być trudniej, ale okazuje się, że znajdziemy w księgarniach i węgierskie baśnie dla dzieci.

Poza książkami warto pamiętać też o powszechnie znanych bohaterach dziecięcych, typu czeski krecik. Trudno opuścić lotnisko w Pradze bez chociaż jednej pamiątki z krecikiem :-).

Albumy i pamiątki z podróży

A na koniec, w celu utrwalenia pobytu, wybieramy wspólnie zdjęcia, które trafią do kolejnego albumu rodzinnego lub co jakiś czas wracamy do zbioru wspomnień i ponownie tłumaczymy dzieciom gdzie byliśmy, co robilismy i odpowiadamy na milion pytań „dlaczego?” 😉

***

Nie mam pojęcia czy powyższe się sprawdza, jednak wierzę, że tak przygotowane podróże pozwalają dzieciom trochę inaczej patrzeć na nową rzeczywistość, którą napotykają przy wyjazdach zagranicznych.

Macie jakieś inne patenty?

Ze starszakiem do muzeum

Byłam już z niemowlakiem w muzeum, ale czas najwyższy było odwiedzić to miejsce z moją przedszkolaczką. Co takiego można znaleźć dla starszaków w Muzeum Narodowym w Warszawie?

Muzeum oferuje cykl zajęć edukacyjnych dla opiekunów z dziećmi w wieku 3-4 lat. Cykl nosi nazwę „Trzy, cztery, start!” a zajęcia odbywają się raz w miesiącu. Nam udało się zapisać na niedziele i właśnie zapisy to najtrudniejsza część całego ćwiczenia. Muzeum dysponuje niewielką salką edukacyjną, w której mieście się co najwyżej kilkunastu milusińskich z opiekunami. Przyznacie, że jak na potrzeby Warszawy, to dość mało. O zapisach decyduje kolejność zgłoszeń i powstają podobno dość obszerne listy rezerwowych. W naszym przypadku oznaczało to wczesną pobudkę w pewien poniedziałkowy poranek (wstałam chyba przed 5), wydrukowanie formularza zgłoszeniowego, wypełnienie, podpisanie, zeskanowanie i wysyłkę mailową. W środku dnia już dostałam informację, że udało nam się dostać na zajęcia, więc lista podstawowa musiała się szybko zapełnić.

IMG_1017Jak wyglądają takie zajęcia? Na początku krótkie spotkanie w salce edukacyjnej i wstępne omówienie tematu. Edukatorka rozmawia z dziećmi (przy okazji można się wiele ciekawego dowiedzieć i porządnie naśmiać), a następnie dzieciaki chwytają muzealnego węża Baltazara, pokonują muzealne schody i wędrują do wybranych sal i pod wybrane dzieła sztuki. Mogą dowiedzieć się co to jest paleta, sztaluga, dotknąć płótna, poznać portrety i autoportrety, a także specyficzne narzędzia malarskie. Zawsze znajdzie się też jakaś zagadka, którą można rozwiązać z pomocą rodziców.

IMG_1021

Plan tematyczny zajęć na rok 2016 wygląda następująco.

PAŹDZIERNIK
Kto namalował obrazy?

LISTOPAD
Rzeźba – co to takiego?

GRUDZIEŃ
Na ile sposobów można namalować mamę i tatę?

STYCZEŃ
Kiedy będzie lato?

LUTY
Czy zwierzęta z obrazów istnieją?

MARZEC
Co się dzieje w Warszawie?

KWIECIEŃ
Gdzie rosną kwiaty?

MAJ
W co się bawić w Muzeum?

Po sesji w salach muzealnych cała grupa wraca z powrotem do salki edukacyjnej, gdzie może się trochę wyżyć artystycznie. Prace zbierane są w teczkach, które zostaną rozdane dzieciom i rodzicom na zakończenie całego cyklu zajęć.

Oprócz zapoznawania się ze sztuką dzieciaki odbierają inną ważną lekcję – jak się zachowywać w muzeum. Co wolno a czego nie wolno dotykać i po co w ogóle są te muzea.  Zajęcia może nie eksplodują feerią fajerwerków i atrakcji – w końcu dotyczą spraw poważniejszych. Dzieciaki nie poskaczą, nie wytracą za dużo energii, ale za to otrą się choć trochę o wyższą kulturę i wejdą w świat dorosłych, co i dla nich jest atrakcyjne. No i najważniejsze – to doskonały sposób na „quality time” z Waszym dzieckiem.

Maluj, maluj czyli ze starszakiem do manikiurzystki

13921190_607643389406743_2709041873694486634_nPierwsze dni roku szkolnego za nami. Wyprawki już przyszykowane, zaniesione, pozostały pierwsze zebrania i uzupełnienie braków. Jak dla mnie – idealny czas na zasłużony relaks dla mam. A że termin ten zbiegł się w czasie z otwarciem salonu „maluj maluj” na Burakowskiej – no cóż, załóżmy, że zbieg okoliczności 😉

Salon ma bardzo przyjemny wystrój. Biel i szarość przełamane czarno-białą podłogą we wzory, do tego świeże kwiaty, wygodne fotele i kanapa, a także szampan, kawa i słodkości na otwarcie – dobrze się zaczęło.    IMG_0708 (1)   IMG_0712

Kolejną zaletą tego miejsca jest to, że jest przyjazne dzieciom. Nie ma może zbyt wielu miejsca na wózki, ale za to świetny kącik dla trochę starszych pociech. Zabawki, książeczki, kolorowanki, ekologiczne lizaki oraz specjalne lakiery do paznokci dla małych modniś chcących naśladować mamę, babcię czy opiekunkę. A do tego wszystkiego opieka i uwaga przesympatycznej p. Magdy – właścicielki salonu.

IMG_0715  IMG_0701 (1)

W salonie nie zapomniano też o tych dużo większych dzieciach – naszych mężczyznach 😉 Salon ma dedykowane usługi dla mężczyzn, w menu okraszone symbolem wąsów. Jest też linia męskich kosmetyków.was300-300x99

Na pierwszy rzut oka widać też profesjonalizm. Jest bardzo czysto, narzędzia są stautokerylizowane i odpakowywane bezpośrednio przed użyciem, manikiurzystki pracują w firmowych uniformach, rękawiczkach, z opaskami na włosach.IMG_0706

Oczywiście w salonie można napić się też kawy, herbaty, a także dostać mleko roślinne :) IMG_0714

 

Godziny otwarcia salonu są przyjazne również osobom pracującym. W tygodniu salon przyjmuje do godz. 20. Lokalizacja blisko Arkadii (w moim przypadku idealnie na trasie praca-dom) oraz w pobliżu restauracji Mielżyński i Maghreb (polecam hummusy!)

Przez pierwsze dwa tygodnie września 2016 obowiązuje promocja -30% na wszystkie usługi. Na otwarcie przybyto tak tłumnie, że niestety nie udało mi się skorzystać z usług. Wybieram się jednak z córką już w najbliższą sobotę, więc „własnoręcznie” ją sprawdzę. Moja córka była urzeczona tym miejscem i cały czas mnie pyta kiedy się znowu pojawimy w maluj maluj :) A że nazwa łatwo wpada w ucho, podejrzewam, że będę ją jeszcze nie raz słyszeć z ust córki w tym tygodniu.

 

.

Choroba dziecka na zagranicznym urlopie

Przygotowania, oczekiwania, odliczanie i w końcu upragniony urlop. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem i już pierwszego dnia po przylocie okazuje się, że nasz niemowlaczek zachorował. Rzęzi, charczy, kaszle i świszcze, więc to nie żarty. Jak sobie z tym poradziliśmy i czy udało nam się pourlopować?

Oczywiście na początku adrenalina i stres. U tak małego dziecka nietrudno o zapalenie oskrzeli czy płuc. Po nieprzespanej nocy zdecydowaliśmy się zadzwonić do naszego ubezpieczyciela (jak pamiętacie, wykupiliśmy dla dzieci dodatkowe ubezpieczenie NNW i Kosztów Leczenia). Po usłyszeniu, że mówimy o 3 m-cznym dziecku konsultanci w ciągu kilkunastu minut skontaktowali się z lekarzem i umówili wizytę. Okazało się, że lekarką jest Polka pracująca na wyspie, więc nie było problemu z tłumaczeniem objawów choroby na angielski czy hiszpański. Przyjechała do nas do hotelu, przebadała małego na miejscu i przepisała stosowne leki. Dała nam 24 godziny na zaaplikowanie leków, oklepywania pleców i zapowiedziała się z ponowną wizytą. Gdyby u małego pojawiła się gorączka, trafilibyśmy do szpitala (na szczęście w pobliżu były dwa). Tamtejsi lekarze nie przepisują bowiem antybiotyków „na wszelki wypadek”. Konieczne byłyby dodatkowe badania, głównie rentgen płuc i badania krwi (morfologia i potwierdzenie czy to infekcja wirusowa czy bakteryjna). Co ciekawe, lekarka nie kazała nam dziecka przegrzewać, normalnie wychodzić na spacery (mały nie miał gorączki), jedynie przestrzegać pór aplikacji leków. Dodatkowo jako karmiąca mama dostałam zakaz jedzenia nabiału (i tak nie jem ze względu na alergię) oraz bananów! Według lekarki pożywienie to zwiększa produkcję śluzu, a tego w sytuacji zajęcia oskrzeli chcieliśmy uniknąć.
Leki zabrane ze sobą do apteczki podróżnej nie były zbytnio pomocne (może poza witaminą C w formie kropelek), potrzebowaliśmy leków na receptę. Natomiast cieszyłam się, że miałam ze sobą strzykawki. Gdyby mały nie chciał zbytnio pić, podawałabym mu elektrolity właśnie strzykawką. Nie było to jednak konieczne.
Wyposażeni w recepty ruszyliśmy na poszukiwanie apteki, która mieściła się w odległości 10-minutowego spaceru.  Lokalni farmaceuci świetnie mówili po angielsku. Wytłumaczyli nam sposób używania „aerochamber”, czyli takiej tuby do aplikacji wziewnej leku i ponownie poinstruowali co do częstotliwości i ilości podawania małemu pozostałych leków w kroplach.
Nie czekając na powrót do hotelu tuż po realizacji recepty podaliśmy Igorowi pierwsze dawki leków. Od razu widać było poprawę w oddychaniu, więc i stres lekko spadł. Czekałam jednak na efekt kolejnych dawek leków i zastanawiałam się czy spędzimy ten urlop w szpitalu. Na wszelki wypadek nosiłam przy sobie nasze paszporty i karty EKUZ.
Kolejna noc nie była spokojna, ale gorączka nie pojawiła się. Ponowna wizyta lekarki potwierdziła osłuchową poprawę i wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Mały do końca pobytu był podziębiony, ale dzielnie nam towarzyszył zarówno na plaży, spacerach, jak i na basenie (oczywiście nie pływał). Tuż po powrocie do kraju udaliśmy się do naszej pediatry, która doleczyła infekcję.
Co było ważne oprócz oczywistych kwestii typu czujność czy zachowanie spokoju? Przede wszystkim wcześniejsze przygotowania i dodatkowe ubezpieczenie (kosztowało na dwoje dzieci ok. 100 PLN, a zwrot za same leki wyniesie ponad 30 EUR). Ubezpieczenie dawało nam komfort psychiczny, możliwość kontaktu z kimś w języku polskim i, jak się okazało na miejscu, wizytę „hotelową” polskiego lekarza. Nie musieliśmy za to nic płacić, a po powrocie wystąpiłam o zwrot kosztów leków zakupionych w aptece. Dobrze też, że nie czekaliśmy i od razu skontaktowaliśmy się z lekarzem, nie warto bagatelizować pierwszych objawów u niemowlaków, gdyż infekcje szybko się rozwijają w tak małym organizmie.
Mimo wszystko pobyt wakacyjny był udany i wróciliśmy szczęśliwie do kraju bogatsi o nowe doświadczenia.
Następnym razem na planowany dwutygodniowy pobyt w Bułgarii zabieram ze sobą sprzęt do nebulizacji i Berodual do inhalacji :)

Z niemowlakiem…w samolocie

Skarbem, który należy chować i to dobrze chować są nasze pociechy. Niestety niekiedy należałoby je też dobrze schować….w szczególności, gdy w zamkniętej przestrzeni (samolot) jest ukrytych kilkanaście takich niespokrewnionych ze sobą skarbów. Jak przetrwać podróż samolotem z dzieckiem i niemowlakiem? I to jeszcze tak, żeby inni przetrwali?

Jak już wiecie z posta Z niemowlakiem…na lotnisku, wybraliśmy się na majówkę na Wyspy Kanaryjskie. Pomysł super, wykonanie ciut trudniejsze, ale warto było. Lot w jedną stronę to, w zależności od okoliczności, 5,5-6h. Jak na pierwszy lot niemowlęcia, to sporo. Ale jak na pierwszy lot niemowlęcia ze starszą siostrą i to na trzech siedzeniach obok siebie – to jeszcze więcej.

Zajmijmy się najpierw niemowlęciem. Droga z bramki do samolotu tym razem niestety autobusem. Niestety, bo to dodatkowe utrudnienie. Po pierwsze wózek oddaje się wówczas na płycie lotniska przy samolocie. Po drugie, kolejna zmiana temperatury i strasznie wieje na płycie lotniska, więc trzeba dziecko ubierać i rozbierać (pamiętajcie, żeby zabrać czapeczkę, bluzę do bagażu podręcznego). Po trzecie, w autobusie tłoczno i trzeba dobrze dzieci trzymać. Dla motających się rodziców z dziećmi można na ten czas rozważyć omotanie dziecka w chustę. Ewentualnie pozostaje włożenie w nosidło, ale 3 m-czne dziecko jest raczej na nosidło za małe.

Udało się dojechać. Mąż zajął się oddawaniem wózka i noszeniem bagaży, ja z dziećmi poszłam prosto do samolotu. Wyglądało to trochę komicznie. Młodsze uwieszone na rękach, a starsza córka uwieszona u nogi :), do tego po drodze zgarniam pas bezpieczeństwa dla niemowlęcia (niemowlęta dostają swój pas, który się zakłada na pas rodzica). Czasami przy wejściu dostaje się też kamizelkę dla niemowlęcia. Byliśmy co prawda z najmłodszym zestawem dzieci, ale nie jedyni z dwójką. Wszystkich dzieciatych usadzono z tyłu samolotu, blisko toalet z przewijakiem (in plus) i blisko innych dzieci (in plus lub in minus, zależy jak na to patrzeć :)). Dostaliśmy też miejsca w jednym rzędzie (warto o to się postarać, żebyście nie musieli dzielić między sobą bagażu podręcznego). Igor (kategoria Infant) na kolanach u mamy, Olga już z własnym miejscem (było to dla niej sporym wydarzeniem). Córka była w zasadzie już weteranką podróży samolotowej (była to już jej 14 czy 15 podróż samolotem), ale tym razem leciała już w pełni świadoma, poprzednie razy nie bardzo pamiętała.

Lecąc z dziećmi bagaż podręczny zawsze składuję pod siedzeniem z przodu. W trakcie lotu non stop trzeba coś dzieciom wyciągać lub chować (np. na czas serwisu), więc otwieranie luku nad głowami byłoby dużym utrudnieniem. Na początek zawsze wyciągam coś do picia (można też lizaka) dla starszej oraz kocyk dla niemowlaka (żeby go przykryć jak włączą klimę). Coś do picia, lizak, guma dla starszych dzieci przydaje się podczas startu i lądowania. Przełykanie napoju czy ssanie pozwala na odetkanie uszu, które zatykają się przy zmianie wysokości, mogą też boleć. Jeśli dziecko gorzej znosi start lub lądowanie, poproście stewardessy o gorące kubeczki. Pomiędzy dwa kubki wkłada się wacik z gorącą wodą (powinien być odciśnięty, żeby wrzątek nie kapał) i zakłada po jednym takim zestawie na każde ucho. Pod ręką oprócz tego mam też zabawkę na początek lotu, ewentualnie telefon lub tablet z nagranymi bajkami.

Zaczynamy kołować, tłumaczę starszej zasady bezpieczeństwa. Przy locie tam jest tak przejęta, że się nie buntuje. Z powrotem utrzymanie jej w ryzach jest trudniejsze, ale się udaje. Podaję wodę do picia, ale zostaje przekupiona przez rodziców dzieci siedzących z tyłu lizakiem i z powrotem będziemy musieli kupić jej lizaka. Na szczęście w domu ich nie je, więc zęby nie ucierpią zbytnio 😉 Młodsze dziecko zostaje przystawione do piersi (której nigdy nie odmawia) i problem zatkanych uszu mamy z głowy.

Starsza córka jest na tyle duża, że obchodzi się bez kocyków, czapeczek itp. Ale młodszemu serwuję cienką czapeczkę z przykrytymi uszami i cienki kocyk – klimatyzacja jednak trochę ziębi.

Teraz prawdziwa zabawa, czyli jak sprawić, żeby tak małe dzieci w miarę grzecznie wytrwały przez cały lot, nie kopiąc przy tym stewardess, nie obijając foteli współpasażerów lub też nie wpadając w histerię. Przy niemowlaku istotne jest zachowanie jego rytmu dobowego oraz rytmu sen-karmienie-zabawa. Sprawdziło się to i u nas. Najgorsze to doprowadzić dziecko do stanu skrajnego zmęczenia – może zacząć się dłuuugi i głośny płacz. Przy starszej córce jest już trudniej. Nasza nie lubi spać w dzień i potrzebuje do tego wyciszenia, a tu w grę wchodzi ekscytacja, hałas, inne dzieci i różne emocje. Próbujemy zatem wyciszyć ją poprzez spokojniejsze zabawy (u nas sprawdziły się zgadywanki Czu Czu dla 3-latków). Posiłkujemy się też bajkami na tablecie i kredkami. Warto zabrać również jakąś małą nową zabawkę, która zainteresuje dziecko przez nieco dłuższy czas. Dobrze dobierać zabawki niezbyt głośne , żeby nie przeszkadzać innym. Sprawdza się także zamiana miejsca – raz od okna, raz w środku, raz od przejścia i wszelkie interakcje z sąsiadami :)

Korzystanie z toalety z dziećmi jest wyzwaniem w trakcie serwisu, kiedy wózek blokuje przejście. Na szczęście stewardessy rozumieją, że dzieci nie mają cierpliwości i często sygnalizują potrzeby w ostatnim momencie, więc spokojnie można prosić o przesuwanie wózka i utorowanie drogi. W samolocie dostępny jest mały i twardy przewijak – dobrze mieć dla niemowlaka własną matę (np. taką, w którą wyposażane są torby do wózka) i pieluchę, które położymy na przewijak. Niezawodne są także pachnące woreczki na zmieniane pieluchy (np. Paklaki). Zawijamy wszystko w woreczek, wyrzucamy do kosza i pozbywamy się śmierdzącego problemu.

Jak już wiecie, moje dzieci są alergiczne, więc dbam o to, żeby w podróży miały co jeść. Pamiętajcie także, że samoloty mają czasem opóźnienia, można też utknąć na lotnisku przez kilka godzin. Warto mieć zapas większy niż na podróż zgodną z harmonogramem, w szczególności mleka. Tym razem udało się nam dostać pieczonego kurczaka z fasolką i mogliśmy coś zjeść z menu samolotowego. Z reguły jednak jest ciężko i mamy coś na podorędziu. Wystarczy chociażby kanapka czy sałatka, ale może też być obiadek w opakowaniu szklanym, plastikowym do podgrzania w mikrofali czy też w wyciskanej tubce. Można zabrać też obiadek własnej roboty w termosie. Do tego jakieś dozwolone przekąski, owoce (najlepiej te mniej soczyste) i warzywa (typu marchew, papryka czy seler naciowy).

Jak już jemy, to często to, co jemy ląduje na bluzeczce. Nie wspominam już o zalaniach. Dlatego mamy przy sobie zestaw rzeczy na zmianę (dla obojga dzieci plus uwaga – dla mamy!). Raz zapomniałam wziąć dla siebie zestawu na zmianę i musiałam przebrać się w podkoszulkę męża…

Loty nocne wyglądają zdecydowanie lepiej, gdy dzieci śpią. Podczas naszej 10-godzinnej podróży do Wietnamu, nasza ówcześnie ponadroczna córka większość lotu przespała na kocach u nas w nogach. Dobrze postarać się o miejsce przy wyjściach z większą ilością miejsca na nogi. Dziecko się tam doskonale umości.

Nie jest to to samo, co podróże bez dzieci, ale nie jest też aż tak źle i traumatycznie, a wraz z wiekiem dzieci jest coraz łatwiej. Warto się zatem przemęczyć, żeby dolecieć do miejsca naszych wakacji.

Życzę Wam samych udanych lotów z dziećmi!