10 urzekających atrakcji Sandomierza – z dziećmi na weekend

Co można robić z dziećmi w polskiej krainie wina i Ojca Mateusza? No nic innego jak zwiedzać winnice i Sandomierz oraz lokalne place zabaw! Sandomierz na weekend z dzieciakami kusi.

Przede wszystkim warto wspomnieć, że trafiliśmy do uroczego miejsca na nocleg – na pierwszy rzut oka niczym specjalnym niewyróżniający się domek przerobiony na motel w stylu bed & breakfast. Bez typowej restauracji, bez menu, a jednak – na śniadanie m.in. jajecznica z jaj gęsich własnego chowu, parówki cielęce, pomidory, własnej roboty dżemy z moreli z własnego sadu, wypiekany chleb – istny raj dla alergików (i ich rodziców!).  Dla zainteresowanych – chętnie podam namiary.

Ale dzisiaj nie o noclegu, a o samym Sandomierzu. Co nas w nim urzekło?

  1. Starówka

IMG_0374 Ten centralny sandomierski plac jest chyba kluczowym punktem w planie każdego podróżnika. Miejsce jest naprawdę urokliwe. W pogodne dni dyskretnie tętni życiem. Wokół Rynku zbierają się turyści, słychać pobrzękiwanie filiżanek z pobliskich kawiarni i restauracyjek, kręcą się po nim przewodnicy, a dzieci biegają wokół radośnie chichocząc i jedząc lody. Nie obejdzie się również bez biegów wokół studni czy zdjęć z rycerzami. Gwarno, ale kameralnie.IMG_0314

2. Wycieczka meleksem

Stara część Sandomierza jest w większości brukowana, więc nie jest to miejsce przyjazne upadkom małych dzieci. Jeśli do tego jeszcze zaczyna kropić  – warto rozważyć 40 minutowy przejazd meleksem po głównych atrakcjach Sandomierza. Wózek typu parasolka spokojnie można zmieścić z tyłu pojazdu (dobrze tylko wówczas wybrać poranne godziny na zwiedzanie, gdy nie ma jeszcze wielu turystów).

3.  Wąwóz Królowej Jadwigi

Z perspektywy drogi krajowej (ulicy Krakowskiej) zupełnie nic nie zapowiada, że dosłownie za rogiem skręcicie w zupełnie inny świat. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z gwaru posiłków i jeżdżących meleksów znaleźliśmy się w strefie ciszy, otoczeni naturą. Dosłownie po zrobieniu kilku kroków. Wrażenie niesamowite, aż dzieciaki na chwilę zamilkły.

4. Krótki rejs po Wiśle

Niespełna godzinny rejs statkiem po Wiśle to zawsze atrakcja dla dzieci, a i dorosli mogą się czegoś dowiedzieć. Rejsy odbywają się co godzinę (chyba że nie zbierze się wystarczająca ilość chętnych). Statki cumują przy Bulwarze Marszałka Piłsudskiego.

IMG_0358   IMG_0354

5. Czarny bez 

Oprócz majowej zupy z pokrzyw, którą szczęśliwie udało mi się upolować, w oczy rzuca się kwitnący czarny bez. I to nie tylko jako kwitnące drzewko. W niektórych miejscach znajdziecie i syropy z czarnego bzu, a także Hugo Spritz – czyli musujący letni drink właśnie z czarnym bzem. Nam udało się dostać Hugo Spritz w Bistro Podwale, które polecamy również dla rodzin z dziećmi – restauracja jest wyposażona w foteliki, znalazło się coś dla małych alergików (aczkolwiek nie-vegan), w toaletach są przewijaki, a w lokalu kącik zabaw – zarówno w jego wnętrzu jak i na zewnątrz.

6. Winnica Sandomierska

To miejsce odnaleźliśmy popijając kawę na Starym Rynku poprzez Trip Advisora. I dobrze się stało. Winnica oferuje zwiedzanie z degustacją oraz transportem! Z oczywistych względów jest to idealne połączenie – nie musieliśmy z mężem grać w marynarza. Nie było również problemu z przełożeniem naszych fotelików dziecięcych i wrzuceniem wózka do bagażnika (aczkolwiek spytaliśmy wcześniej czy jest taka opcja). Winnica jest rodzinnym przedsięwzięciem z tradycjami, obecnie prowadzona przez młode małżeństwo z pomocą rodziny. Świetna atmosfera, przemili ludzie i zawsze można czegoś dowiedzieć się o rodzimych winnicach. Przy okazji wina sandomierskie (my wybraliśmy białe i różowe, nie możemy się jednak przekonać do polskich win czerwonych) doskonale nadają się na suweniry.

IMG_0262             IMG_0257

7. Spacery i klimat

Urok starego sandomierskiego miasta sprzyja spacerom, więc i my korzystaliśmy. Przy okazji, uwalniając umysł od codziennych trosk, zaczęliśmy się zastanawiać nad lokalnym mikroklimatem. Wszyscy „lokalsi” twierdzili bowiem, że Sandomierz ze względu na swoje położenie w Kotlinie Sandomierskiej, na granicy Wyżyny Sandomierskiej, rzeczywiście ma specjalny, unikalny mikroklimat.  Dobrze więc z niego skorzystać (w szczególności wyjeżdżając z Warszawy po sezonie smogowym).

IMG_0332

Spacery to też doskonały pomysł i sposób na zwiedzenie Sandomierza, jego klasztorów, budynków sakralnych, Ucha Igielnego czy bram i murów miejskich. Wszystkie one położone są koncentrycznie wokół Starego Rynku, więc bez problemu dzieciaki dadzą radę.

8. Dziedziniec Zamku Królewskiego

Pocztówkowa budowla na wzgórzu, górująca nad Sandomierzem – to właśnie Zamek Królewski, zniszczony podczas potopu szwedzkiego i sukcesywnie odbudowywany. Samego Zamku niestety już nie zdążyliśmy zwiedzić, za to jego dziedziniec jak najbardziej.

9. Plac zabaw nad Wisłą (bulwary)

Po trudach podróży statkiem warto zatrzymać się na pobliskim placu zabaw. Niby nic specjalnego, ale otwarte przestrzenie i krzewiasty labirynt dają dzieciakom dużo miejsca do biegania i sporo swobody, a rodzicom – spokoju.

10.  Sady morelowe

To bardziej ciekawostka niż atrakcja, gdyż nie byliśmy w żadnym z nich. Sandomierz zawsze kojarzył nam się bardziej z jabłkami (i cydrem), a nie z morelami. Okazało się jednak, że jabłek i owszem, trochę jest, ale bardziej tych przeznaczonych do sprzedaży detalicznej niż na cydr. Za to skala uprawy moreli nas zaskoczyła (co pewnie wynika trochę z niewiedzy :-)).

IMG_0343 Dlaczego nie Świat Ojca Mateusza? Nikt z nas tego zbytnio nie ogląda, a dzieciaki nawet nie kojarzą – nie mamy zatem odpowiedniego kontekstu. Jednak dla wielbicieli tego serialu na pewno coś się znajdzie – oprócz Muzeum można wynając przewodników oprowadzających po miejscach, które ukazały się w poszczególnych odcinkach. Mnie Sandomierz bardziej kojarzy się z kryminałem „Ziarno Prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. Gdyby nie nasze brzdące, można by pewnie z tą książką chodzić po Sandomierzu niczym z „Cieniem Wiatru” Carlosa Ruiza Zafona po Barcelonie, ale to jeszcze za kilka lat…

Ominęliśmy również podziemia – ze względu na wiek dzieci, nie były tym zbytnio zainteresowane, ale jeśli Wasze pociechy są na tyle duże, że wytrzymają i się nie wystraszą – słyszałam, że warto. Miłego zwiedzania!

 

 

Hamburg na weekend z dzieciakami

Czy rzeczywiście to hanzeatyckie miasto portowe, w którym niemal ciągle pada lub wieje ma w sobie coś interesującego dla dzieci? I owszem – zobaczcie sami.

Termin na wizytę w Hamburgu wybraliśmy dość kiepski – tuż przed planowanym szczytem G20, ale na szczęście udało nam się uniknąć protestów i zamieszek, w zasadzie widzieliśmy jedynie wzmożoną aktywność policji. Córka oczywiście zadowolona z tego faktu, bo policjanci cieszą się wśród przedszkolaków wielką estymą. IMG_0675

Pogoda jak to w Hamburgu – pada, wieje, więc jesteśmy zaopatrzeni w kalosze, folię przeciwdeszczową i cienkie kurtki przeciwdeszczowe. Poza tym dość przyjemnie, a deszczyk w zasadzie ciepły.

Piątek

 

Dojeżdżamy dość późno, więc robimy głównie rekonesans. Koniecznie przejażdżka metrem, S-bahnem, autobusem i czym tylko się da. U nas opcja 3-dniowego biletu grupowego okazała się najkorzystniejsza. Bilety dzienne na 9 godzin jazdy były mniej opłacalne, bo z reguły spędzaliśmy poza hotelem więcej czasu. Co więcej, w ramach tego biletu można również popływać!

IMG_0770

Jeśli macie naprawdę mało czasu lub nie chce Wam się chodzić – polecamy linię autobusową nr 111, która objeżdża w zasadzie wszystkie główne atrakcje miasta. Można sobie z niej zrobić „hop on hop off” w cenie miejskiego biletu.

Sobota

Być w Hamburgu i nie widzieć St. Pauli – nie da się. Nie jest to może dzielnica dla dzieci, w szczególności gdy budzi się (lub w zasadzie próbuje wyjść) z maligny wczorajszego dnia, ale zawsze można popatrzeć jak imprezuje młodzież lub single 😉

IMG_0690

Warto oczywiście podjechać do centrum i starego miasta (Altstadt), zobaczyć Ratusz (Rathaus), pobiegać na placu pod ratuszem, w uliczkach pomiędzy kanałami i nad Alsterem, pooglądać fontanny, napić się dobrej kawy. Polecamy wjazd windą umieszczoną w wieży Kościoła Świętego Mikołaja – po nalotach dywanowych aliantów z kościoła została w zasadzie sama wieża. Niesamowite widoki na miasto cieszą oczy, nawet w deszczowy dzień, a dzieciaki mają frajdę.

IMG_0680

Jeśli znajdziecie chwilę czasu, można zjechać piętro w dół do podziemi – znajduje się tam muzeum, które ukazuje historię wojny, zniszczeń Hamburga i wspomnianych już nalotów dywanowych. Jest również ekspozycja zdjęć Warszawy – sprzed wojny, po zniszczeniach i obecnie. To zestawienie robi spore wrażenie.

IMG_0681

Po południu zwiedzamy spacerowo Hafen City, czyli portową część miasta ze spichlerzami (Speicherstadt) oraz wspaniałym budynkiem hamburskiej Filharmonii. Zresztą cały krajobraz tego urokliwego „fyrtla” to dobry przykład rewitalizacji tkanki miejskiej. Zupełnie nie odstrasza, wręcz zachęca i nie przywodzi na myśl starych dzielnicy portowych. Jest postindustrialnie, ale z akcentem na „post”.

IMG_0705 Sam gmach filharmonii jest wart spaceru. Niestety z dziećmi trudno byłoby nam się wybrać na wieczorny koncert, a grają tam najznakomitsze orkiestry i bilety trzeba podobno nabyć z dużym wyprzedzeniem. Jeśli Wam się uda – koniecznie dajcie znać.

 

 

Niedziela

Wczesna pobudka – udajemy się do Altony na Fischmarkt, który otwierają o 5, a zamykają o 9. Obowiązkowy punkt programu – Fischbroetchen, czyli bułka z rybą. U nas w wersji śledzia w occie oraz smażonej makreli – dzieciaki zajadają ze smakiem, my zresztą również. Na targowisku znajdziecie również kosze z owocami (10 EUR każdy), aukcje ryb (największe wzięcie miały wędzone węgorze) oraz wszelkie inne różności, napoje czy rękodzieła.

IMG_0734        IMG_0746

Po małej przechadzce dzielnicą portową (jeszcze do niej wrócimy) i parkami, popołudniem udajemy się do najdłużej oczekiwanej przez córkę atrakcji – Miniatur Wunderland. To jedno z największych w Europie (o ile nie największe) miejsc z miniaturowymi makietami kolejowymi. Nie wiem kto miał większą frajdę – dorośli, czy dzieci. Miejsce robi wrażenie, co 15 minut zapada zmrok i makiety przechodzą w tryb nocny. Dodatkowo niektóre atrakcje są interaktywne – za pomocą przycisków można wprawiać w ruch lub podświetlać niektóre elementy (to było ulubione zajęcie naszej czterolatki).IMG_0779

Jeśli zarezerwujecie wejście przez stronę internetową, nie przychodźcie przed umówioną godziną. Porządek musi być i rezerwacje wpuszczane są w określonych wcześniej przedziałach czasowych. Jeśli natomiast będziecie trochę wcześniej, możecie napić się kawy lub coś przekąsić w bufecie – poczekalni, gdzie znajdziecie też kącik dla dzieci.

 

A tak wyglądają cuda modelarstwa:

I jeszcze kilka zdań o tym czy Hamburg jest przyjazny dzieciom. Na pewno bardziej niż Budapeszt pod kątem infrastruktury – w większości miejsc są windy i podjazdy. Stacje metra obsługujące niepełnosprawnych, a zatem również z infrastrukturą dla „wózkowiczów” oznaczone są znakiem wózka dla niepełnosprawnych – można zatem poplanować sobie podróż. W Hafen City bywają miejsca czy przejścia, w których jest trudniej, ale nie jest najgorzej. Natomiast do restauracji dzieci mogą jak najbardziej wchodzić (a wózki wjeżdżać), przy czym w tych wytworniejszych obsługa patrzy czasem z dość surowym dystansem na dzieci – ale to może tylko lokalny styl bycia :)

 

Mamuśka w delegacji

Już wiecie jak wyglądał u mnie powrót do pracy po drugim macierzyńskim. Ale nie wiecie pewnie, że moja praca wymaga czasami podróżowania. Po urodzeniu Olgi wizja pierwszej podróży służbowej za granicę była dla mnie przerażająca. Teraz, po urodzeniu Igora, bardziej obawiałam się tego, czy mój małżonek prześpi w spokoju tę noc i czy nie będę miała problemów z laktacją. Przez pierwsze dwa miesiące pracy byłam już w Pradze, Monachium i na malowniczej wsi pod Płockiem i wszyscy daliśmy radę. Moje rady dla (karmiących) mam, które też się wybierają w podróż służbową?

  1. I tak odpoczniecie :) Pamiętajcie, że jaka by ta podróż służbowa nie była, perspektywa nocy, w której śpicie ciągiem 6 godzin jest kusząca. A jak już nie uda Wam się zasnąć, to zawsze możecie tę noc przebalować – byleby wino nie utrzymało się w pokarmie do Waszego powrotu 😉 No i te duże hotelowe łóżka, do których nad ranem nie wskoczy żadne dziecko. To zasada numer jeden (trochę z przymrużeniem oka, bo nie zawsze z tym odpoczynkiem jest tak wesoło), żeby przestać się martwić.
  2. Tatuś. Nie martwcie się, poradzi sobie, a przy okazji złapie kontakt z dziećmi (w szczególności z tym młodszym). A do tego na pewno okaże się, że nagle niania wyprasuje mu koszulę (choć wcale nie musi), przygotuje obiad, teściowa wpadnie pomóc przy starszym dziecku i wieczornych rytuałach, a siostra wpadnie podtrzymać na duchu, pogadać i pomóc przy małym. Tak więc na koniec dnia będzie miał lepiej niż wówczas, gdybyś była w domu. No musi tylko przetrwać noc.
  3. Przygotowania. Pewnie nie byłybyście sobą, gdybyście nie zostawiły karteczek dla wszystkich po kolei (co kto ma zjeść, co wziąć do żłobka, co do przedszkola, jakie leki i witaminy itp.), a w dodatku pewnie przygotowałyście ubrania na dwa dni, jak i prowiant w lodówce…no cóż, kto tu w końcu wyjeżdża – na pewno wy???
  4. Telefony. Pamiętajcie, że są. Zatem nawet jak o czymś zapomniałyście – zawsze możecie zadzwonić.
  5. Laktacja. Stwarza chyba najwięcej anegdot,  wymaga pewnej dyscypliny i asertywności. Jeśli macie szefową – jest pewnie łatwiej. Jak szefa – zależy czy jest kumaty na tyle, żeby zrozumieć, że potrzebujecie „przerwy technicznej” w konferencji, albo że nie możecie w przerwie na kawę prowadzić akurat rozmów „networkingowych”. A jeśli nie jest – czasem pewne rzeczy trzeba powiedzieć wprost lub po prostu udać się do pokoju hotelowego. Oczywiście najczęściej przed samym wyjazdem psuje się laktator, albo na lotnisku okazuje się, że akurat Wasza torba „pika” i musicie wyciągać cały sprzęt przy wszystkich współpasażerach z biura… A jak już jednym razem nie musicie tego robić, to trafi Wam się wścibski kontrolujący i spyta na całą parę: To Pani karmi?? Oj, mnóstwo mniej lub bardziej kulturalnych odpowiedzi kołatało mi się po głowie. Moja propozycja to jednak ignorowanie tego typu uwag – to zadającym te pytania powinno być głupio, a nie Wam. Warto też trzymać sprzęt w bagażu podręcznym – w tym momencie jest on dużo ważniejszy niż służbowy laptop. Nie wiadomo też czy ze względu na opóźnienia nie będziecie musiały go użyć.
  6. Drobne grzeszki. Są rzeczy, których nie możecie spożywać ze względu na laktację? istnieje szansa, że na wyjeździe służbowym sobie pofolgujecie. Pamiętajcie tylko, że niektóre składniki czy alergeny utrzymują się w pokarmie matki dłużej niż czas trwania delegacji, więc trzeba z tym uważać.
  7. Powrót. Na to musicie się przygotować mentalnie. Wasz partner odda Wam dzieci ochoczo i to jak tylko znajdziecie się w progu domu, więc warto odpocząć w drodze powrotnej i zregenerować siły. Odpuśćcie sobie planowanie czegokolwiek na ten dzień lub wieczór – padniecie pewnie wszyscy razem :)

Szczypta dobrego nastawienia, wiary w męża/partnera (i cały zespół osób wspomagających), nutka dystansu i gotowy przepis na udany wyjazd. Miłej podróży!

Sozopol – kurort, miasto artystów czy czas socjalizmu?

Wszystko dobre szybko się kończy, a już najszybciej kończą się urlopy. Jesteśmy zatem z powrotem w Warszawie i ponownie odkrywamy prawdziwość powiedzenia „nie ma to jak w domu”. Miło wracać do siebie, ale miło również powspominać wyjazdy. No to jak w końcu było z tą Bułgarią?

Sama podróż przebiegła bez niespodzianek. Może odprawa na Okęciu była bardziej zaostrzona ze względu na ŚDM. Po wylądowaniu na miejsce dość sprawnie dotarliśmy autobusem (w jakieś 35-40 minut). Przy transporcie niezorganizowanym musicie dojechać do centrum Burgas i stamtąd z dworca autobusowego złapać autobus do Sozopolu.

Prawda jest taka, że gdyby nie małe dzieci, to pewnie w ogóle byśmy o Bułgarii nie pomyśleli. Kojarzy nam się raczej z wakacjami z PRL. Do tego nielubiana przez nas opcja all inclusive (ale znowu – szukanie jedzenia z dziećmi poza hotelem przy diecie alergicznej to nie wakacje, podobnie zresztą jak pichcenie jedzenia w pokoju hotelowym). No ale basen w ofercie, plaża w ofercie, pogoda w ofercie (przez 2 tygodnie mieliśmy piękną pogodę), jedzenie zapewnione, supermarkety na miejscu, lekarz dostępny – czego  chcieć więcej dla półrocznego brzdąca i uczącej się nurkować 3-latki?

Sozopol to malutkie (ok. 4000 mieszkańców) miasteczko leżące na południowym wybrzeżu bułgarskiej części Morza Czarnego. Ukształtowane na styku wpływów kultury słowiańskiej, osmańskiej i greckiej. W przewodnikach nazywane miastem artystów, jednak obecnie znane najbardziej jako nadmorski kurort, w którym na plażach urlopy spędzają sami Bułgarzy, a także Rosjanie, Polacy, Niemcy czy Skandynawowie.

Czy da się z tego miasteczka wycisnąć więcej niż z przeciętnego kurortu? Jeśli żeglujecie – znajdziecie marinę. IMG_3703Zdarzają się koncerty jazzowe, możecie spotkać wiolonczelistów ćwiczących w miejskim amfiteatrze, obejrzeć dwie galerie sztuki, ruiny dawnych murów, zabytkowe cerkwie czy stare domy. Jest i miejski stadion. Ale nie oszukujmy się – to przede wszystkim kurort, plażowanie, hotele i kwatery.IMG_3699

W Sozopolu są dwie plaże. Jedna bliżej Starego Miasta, druga wzdłuż ulicy Ropotamo – bardziej komercyjno-turystyczna (na zdjęciu z leżakami). O ile atmosfera miasteczka jest milsza (w ogóle jest) przy pierwszej plaży, o tyle druga jest dłuższa i przez to ciut mniej zatłoczona. Natomiast ogólnie obie plaże są moim zdaniem podIMG_3876obne. Staromiejska ma większą płyciznę, więc jest lepsza dla najmłodszych amatorów kąpieli. Ta turystyczna – brzeg bardziej stromo schodzi w dół, więc raczej już dla umiejących pływać. Infrastruktura w obu miejscach podobna – leżaki i parasole (płatne po 6 lewów każdy), kilka knajpek. Przy staromiejskiej plaży znajdziecie plac zabaw (taki gminny, IMG_3751bezpłatny), natomiast przy tej turystycznej – głównie automaty (cymber guy, wyskakujące żabki, motocykle, kierownice, łowienie rybek, łapanie zabawek, proca angry birds itp.) i płatne „kulki” z trampoliną dla dzieci (bodajże 4 lewy za 15 minut). IMG_3748 Plac zabaw niedaleko Ropotamo też jest, ale musicie zboczyć z głównej trasy i oddalić się trochę od plaży (ul. Wasil Lewski). Wielkim plusem plaży komercyjnej było to, że praktycznie przylegała ona do naszego hotelu. W dodatku na plaży można zażyć masaży. I to nie w wersji light dla relaksu, ale prawdziwych masaży rehabilitacyjnych, które mogę z czystym sumieniem polecić. Koszt to 25 lewów za półgodzinny masaż pleców.

Jak już się Wam znudzi plażowanie i pływanie w hotelowych basenach, możecie się udać na pół-dniowy spacer połączony ze zwiedzaniem miasteczkaIMG_3710Oprócz wspomnianych już chramów i galerii, możecie zajść do małego muzeum miasta (bilet rodzinny 10 lewów) i poczytać trochę o jego historii. Jeśli zgłodniejecie, wybierzcie się na ulicę Krajbredną, znajdziecie dość gustownie urządzone restauracyjki serwujące rybę i lokalne sałatki. IMG_3828W drodze powrotnej na okolicznych straganikach możecie zaopatrzyć się w przetwory z róży (niestety głównie bazujące na syropie glukozowo-fruktozowym, zdarzają się takie oparte tylko na cukrze) i kosmetyki z olejkiem różanym. Bułgaria jest bowiem potentatem światowym w produkcji olejku różanego powstałego z płatków zbieranych w Dolinie Róż.

Co się rzuca w oczy w Sozopolu (a może i w innych miastach Bułgarii)? Nowe ze starym, ruina z najnowszym designem, inwestycje socjalistyczne i te za pieniądze z Unii. Odnowione hotele i kwatery prywatne, ale wciąż z designem z polskich lat ’90-ych (z dominującymi beżami, brązami i bordo…). Podjazdy dla niepełnosprawnych w nowo wybudowanym dworcu autobusowym i kawałek dalej dziurawe chodniki z wysokimi krzywymi krawężnikami, po których ciężko przejechać wózkiem, nie mówiąc już o chodzeniu na obcasach. Nie jest to bynajmniej zamierzony eklektyzm, ale efIMG_3686ekt ścierania się dwóch epok. Jak dla mnie było to przypomnieniem jak bardzo Polska rozwinęła się przez te ostatnie kilkanaście lat.

Efekt końcowy urlopu? Kilka przemyśleń, kilka porównań, ale na pewno wypoczęliśmy, a pogoda była świetna i co najważniejsze – murowana!

Główny minus – mało opcji wycieczkowych przy tak małych dzieciach, a w okolicy do zwiedzenia zamek na wsi (bez możliwości wejścia do środka) i samo Burgas. Przy starszych pociechach można wybrać się na wyprawę jachtem czy chociażby do Primorska, w którym mieści się aqua park.

Informacje praktyczne:

  • funkcjonuje kilka punktów lekarskich (pomoc 24h – np. w hotelu Martinez) i punkt pomocy medycznej w budynku gminy
  • można znaleźć kilka aptek – część z nich oferuje głównie środki kosmetyczne, ale można dostać również antybiotyki, leki na ból gardła czy przeciwbólowe
  • supermarket Bolero oferuje ciekawe produkty – w tym też ekologiczne, suszone owoce czy mleko sojowe (w restauracjach o mleku sojowym niektórzy nie słyszeli :))IMG_3618
  • w sprzedaży dostępne są piwa bezalkoholowe (Zagorka i Kamienica) oraz piwo 2% (Kamienica) o aromacie limonki i bzu – idealne dla matek karmiących 😉 IMG_3768 IMG_3675
  • postój taksówek i dworzec autobusowy znajdują się w jednym miejscu. Taksówką do Burgas jesteście w stanie dotrzeć za 15 lewów (z powrotem 3 razy drożej). Autobus to koszt rzędu 4,5 lewów (za dziecko połowa tego)
  • na dworcu autobusowym nie ma kas – bilety sprzedaje bileter pracujący w autobusach
  • możecie spotkać kilka polskich akcentów – sklep o nazwie Mateusz, polskie biuro podróży, polskie menu w restauracjach
  • koniecznie spróbujcie owoców, głównie melona miodowego i arbuza. Stragany z owocami w sezonie oferują spory wybór, niestety w dość wygórowanych cenach.