Z maluchami w długą podróż autem

Czterolatka zadająca mnóstwo pytań i półtoraroczny bąbel – idealni kompani do długiej podróży autem – jak sobie z nimi radzimy?

Oczywiście każde z naszych dzieci ma zupełnie inny temperament, więc niczym managerowie do każdego dziecka mamy trochę inne podejście. Pamiętam pierwszą podróż z trzymiesięczną wówczas córką, gdy siedziałam razem z nią z tyłu i prawie całą pięciogodzinną trasę śpiewałam jej piosenki świąteczne Michaela Buble… Od tamtego momentu nabrałam już doświadczenia i teraz podróże wyglądają inaczej. Nasz dekalog udanego (czytaj: w miarę do zniesienia) podróżowania autem z dzieciakami.

  1. Pora wyjazdu

To kluczowe zadanie na dobry start. Nie mam pojęcia jaka to jest dobra pora – trzeba ją sobie wypracować. Niektórzy nasi znajomi podróżują nocą, inni – w porze drzemki poobiedniej. My nie chcieliśmy tracić pół dnia na wyruszenie w trasę. Z drugiej strony – nie lubimy prowadzić nocą. Zatem najczęściej wyruszamy około godziny 09.00, tuż po drugim śniadaniu (a przynajmniej jego pożywniejszej części, bo w samochodzie dzieciaki zaraz znowu będą krzyczeć: jeść! lub am! am!). Czasami wyruszamy tuż po pracy – około 17-18. A jeżeli już musimy urwać dzień, to próbujemy wyjechać ok. 15.00 – tak, aby postój kolacyjny wypadł na 18.00.

2. Nowe zabawki

gustavo-belemmi-67037Zawsze działa w samolocie, więc może i też w aucie. Ale nie zawsze chodzi o zupełnie nową zabawkę ze sklepu. Wystarczy zabawka zapomniana, wyciągnięta z szafy, odziedziczona po rodzinie, albo coś małego kupionego na stacji benzynowej – przyciąga uwagę dzieci na dłużej niż ulubione, wypróbowane zabawki. Najlepiej, gdy coś się otwiera, zamyka, naciska, przesuwa itp. I nie zawsze musi być to zabawka – ostatnio np. przetrwaliśmy kawałek trasy dzięki etui do okularów i słomce do napojów. Czasami sprawdza się też pusty kubek po kawie.

3. Przekąski
alex-munsell-18754Nigdy chyba nie zrozumiem tego fenomenu – można to w zasadzie porównać do popcornu w kinie. Niezależnie od tego ile i co zjedzą moje dzieci tuż przed wyjazdem, mogę być pewna, że do 5 minut po wyruszeniu będą chcieli coś zjeść. Obowiązkowo więc mam pod nogami plecak z przekąskami. Staram się, żeby były w miarę możliwości zdrowe (no i bez alergenów). Mam więc kilka rzeczy z poniżej listy: banany, jabłka, inne owoce sezonowe, owoce suszone i rodzynki, liofilizowane truskawki, ekologiczne grube paluszki bez cukru i soli (wypiekane a nie zalewane ługiem), chrupki kukurydziane lub kukurydziane trójkąty, musy w tubce, kanapki z pasztetem wegańskim (najczęściej na chlebie jaglanym z ziarnami chia). Sama czasem się dziwię ile dzieci mogą wsunąć podczas podróży. Moje dzieciaki jedzą (szczególnie młodszy) samodzielnie i dość dobrze dają sobie radę z gryzieniem i połykaniem – zatem nie zawsze się zatrzymujemy, żeby coś podjadły.

4. Niestety iPad

Jak już się najedzą, pobawią i pora spać, ale przecież wcale im się do tego nie spieszy – wspomagamy się iPadem. Swego czasu zastanawialiśmy się jak go przymocować tak, aby jedno i drugie widziało wyświetlane bajki. Rozwiązaniem okazał się podnoszony przedni podłokietnik, do którego przymocowujemy etui z iPadem i napawamy się ciszą, jaka na początku zapada :)

W zupełnej ostateczności, np. w sytuacji, gdy jesteśmy w centrum miasta w korku i mamy 20 minut do celu, a dzieciaki mają już naprawdę dość – wspomagamy się telefonami i aplikacjami dla dzieciaków (o których pewnie kiedyś jeszcze napiszę). Najmłodszemu frajdę sprawia oglądanie zdjęć lub robienie własnych filmów.

5. Audiobooki

Najlepiej atrakcyjne dla dzieciaków. U nas na chwilę obecną wzięcie ma książka o Pupach, którą czyta Wiktor Zborowski. Mała ma ubaw po pachy, a mały chyba jeszcze nie wie o co chodzi, ale śmieje się ze starszą siostrą.

6. Postoje

Postoje staramy się zsynchronizować z porami na posiłek, wyprostowanie kości i wizytę w toalecie. Z reguły postój zaczynamy od posiłku, potem zabawa, a na końcu toaleta – inaczej wiecie jak to mogłoby się skończyć… Na tym etapie postoje robimy co ok. 3 godziny i trwają u nas ok. 30 minut.

Dla dzieciaków niezwykle ważne jest to, żeby sobie pobiegały, wyszalały się, zmęczyły, a dla nas – no cóż, wiemy, że taki układ pozwoli nam lepiej znieść podróż.

Oczywiście zdarzają się również postoje nieplanowane (przynajmniej przez nas), ale takie skracamy do minimum – robimy co trzeba i ładujemy się z powrotem do auta.

7. Pory drzemek

laura-lee-moreau-72069Te z reguły następują po postojach, choć starsza córka nie zawsze zasypia. Dzieci najedzone, wybiegane, toaleta odhaczona. Zachęcamy ich do patrzenia w okno i czekamy czy przewijające się obrazy je znużą, aż usną. Jeśli nie, czasem działa cicho włączone radio, a czasem dajemy dzieciakom trochę pomarudzić. Jak już nic nie działa lub jedno nie daje spać drugiemu – posiłkujemy się iPadem (patrz punkt 4.)

8. Dużo cierpliwości

Oj tak, nowość w rodzicielstwie…najtrudniejsze bywa jednak wyczucie pomiędzy cierpliwością a konsekwencją. Staramy się dzieciakom odpowiadać na zadawane z prędkością kałasznikowa pytania „z tyłu”, ale w pewnym momencie następuje przeciążenie i mówimy, że teraz czas dla nas. Z drugiej strony – kiedy jak nie w podróży wytłumaczyć dzieciom dokąd jedziemy, jakie to miejsce i co tam spodziewamy się znaleźć.

9. Gry podróżne

Śpiewanie, opowiadanie co za oknem, zgadywanki, kto pierwszy zobaczy…? – można na różne sposoby. Mały uwielbia się nakrywać bluzą i bawimy się w A kuku!, udając, że nie ma go w samochodzie. Dla starszej córki zabieramy czasem Zagadki Czu Czu, ale w samochodzie nie bardzo wychodzi jej kolorowanie, więc rzadko z nich korzysta. Oczywiście jest też mnóstwo gier magnetycznych, ale nasze dzieciaki muszą jeszcze poczekać.

10. Konsekwencja

Jak już przychodzi pora na wyciszenie – warto konsekwentnie jej przestrzegać, mimo protestów z tylnego siedzenia. Na początku jest trudno, bo dzieciaki mogą dać popalić, ale z każdą podróżą jest coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.  Dzieciaki też się „docierają” same ze sobą w podróży i z trasy na trasę jest coraz lepiej. Po kilku podróżach w te wakacje ostatnio udało mi się nawet przeczytać ebooka :) także jest o co walczyć :-D.

Wpis ten dotyczy podróży z dziećmi we dwoje. W pojedynkę jest dużo trudniej, ale mam już i takie za sobą w różnych konfiguracjach.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych punktów Wam pomoże – no i chętnie czekam na Wasze sposoby.

Hamburg na weekend z dzieciakami

Czy rzeczywiście to hanzeatyckie miasto portowe, w którym niemal ciągle pada lub wieje ma w sobie coś interesującego dla dzieci? I owszem – zobaczcie sami.

Termin na wizytę w Hamburgu wybraliśmy dość kiepski – tuż przed planowanym szczytem G20, ale na szczęście udało nam się uniknąć protestów i zamieszek, w zasadzie widzieliśmy jedynie wzmożoną aktywność policji. Córka oczywiście zadowolona z tego faktu, bo policjanci cieszą się wśród przedszkolaków wielką estymą. IMG_0675

Pogoda jak to w Hamburgu – pada, wieje, więc jesteśmy zaopatrzeni w kalosze, folię przeciwdeszczową i cienkie kurtki przeciwdeszczowe. Poza tym dość przyjemnie, a deszczyk w zasadzie ciepły.

Piątek

 

Dojeżdżamy dość późno, więc robimy głównie rekonesans. Koniecznie przejażdżka metrem, S-bahnem, autobusem i czym tylko się da. U nas opcja 3-dniowego biletu grupowego okazała się najkorzystniejsza. Bilety dzienne na 9 godzin jazdy były mniej opłacalne, bo z reguły spędzaliśmy poza hotelem więcej czasu. Co więcej, w ramach tego biletu można również popływać!

IMG_0770

Jeśli macie naprawdę mało czasu lub nie chce Wam się chodzić – polecamy linię autobusową nr 111, która objeżdża w zasadzie wszystkie główne atrakcje miasta. Można sobie z niej zrobić „hop on hop off” w cenie miejskiego biletu.

Sobota

Być w Hamburgu i nie widzieć St. Pauli – nie da się. Nie jest to może dzielnica dla dzieci, w szczególności gdy budzi się (lub w zasadzie próbuje wyjść) z maligny wczorajszego dnia, ale zawsze można popatrzeć jak imprezuje młodzież lub single 😉

IMG_0690

Warto oczywiście podjechać do centrum i starego miasta (Altstadt), zobaczyć Ratusz (Rathaus), pobiegać na placu pod ratuszem, w uliczkach pomiędzy kanałami i nad Alsterem, pooglądać fontanny, napić się dobrej kawy. Polecamy wjazd windą umieszczoną w wieży Kościoła Świętego Mikołaja – po nalotach dywanowych aliantów z kościoła została w zasadzie sama wieża. Niesamowite widoki na miasto cieszą oczy, nawet w deszczowy dzień, a dzieciaki mają frajdę.

IMG_0680

Jeśli znajdziecie chwilę czasu, można zjechać piętro w dół do podziemi – znajduje się tam muzeum, które ukazuje historię wojny, zniszczeń Hamburga i wspomnianych już nalotów dywanowych. Jest również ekspozycja zdjęć Warszawy – sprzed wojny, po zniszczeniach i obecnie. To zestawienie robi spore wrażenie.

IMG_0681

Po południu zwiedzamy spacerowo Hafen City, czyli portową część miasta ze spichlerzami (Speicherstadt) oraz wspaniałym budynkiem hamburskiej Filharmonii. Zresztą cały krajobraz tego urokliwego „fyrtla” to dobry przykład rewitalizacji tkanki miejskiej. Zupełnie nie odstrasza, wręcz zachęca i nie przywodzi na myśl starych dzielnicy portowych. Jest postindustrialnie, ale z akcentem na „post”.

IMG_0705 Sam gmach filharmonii jest wart spaceru. Niestety z dziećmi trudno byłoby nam się wybrać na wieczorny koncert, a grają tam najznakomitsze orkiestry i bilety trzeba podobno nabyć z dużym wyprzedzeniem. Jeśli Wam się uda – koniecznie dajcie znać.

 

 

Niedziela

Wczesna pobudka – udajemy się do Altony na Fischmarkt, który otwierają o 5, a zamykają o 9. Obowiązkowy punkt programu – Fischbroetchen, czyli bułka z rybą. U nas w wersji śledzia w occie oraz smażonej makreli – dzieciaki zajadają ze smakiem, my zresztą również. Na targowisku znajdziecie również kosze z owocami (10 EUR każdy), aukcje ryb (największe wzięcie miały wędzone węgorze) oraz wszelkie inne różności, napoje czy rękodzieła.

IMG_0734        IMG_0746

Po małej przechadzce dzielnicą portową (jeszcze do niej wrócimy) i parkami, popołudniem udajemy się do najdłużej oczekiwanej przez córkę atrakcji – Miniatur Wunderland. To jedno z największych w Europie (o ile nie największe) miejsc z miniaturowymi makietami kolejowymi. Nie wiem kto miał większą frajdę – dorośli, czy dzieci. Miejsce robi wrażenie, co 15 minut zapada zmrok i makiety przechodzą w tryb nocny. Dodatkowo niektóre atrakcje są interaktywne – za pomocą przycisków można wprawiać w ruch lub podświetlać niektóre elementy (to było ulubione zajęcie naszej czterolatki).IMG_0779

Jeśli zarezerwujecie wejście przez stronę internetową, nie przychodźcie przed umówioną godziną. Porządek musi być i rezerwacje wpuszczane są w określonych wcześniej przedziałach czasowych. Jeśli natomiast będziecie trochę wcześniej, możecie napić się kawy lub coś przekąsić w bufecie – poczekalni, gdzie znajdziecie też kącik dla dzieci.

 

A tak wyglądają cuda modelarstwa:

I jeszcze kilka zdań o tym czy Hamburg jest przyjazny dzieciom. Na pewno bardziej niż Budapeszt pod kątem infrastruktury – w większości miejsc są windy i podjazdy. Stacje metra obsługujące niepełnosprawnych, a zatem również z infrastrukturą dla „wózkowiczów” oznaczone są znakiem wózka dla niepełnosprawnych – można zatem poplanować sobie podróż. W Hafen City bywają miejsca czy przejścia, w których jest trudniej, ale nie jest najgorzej. Natomiast do restauracji dzieci mogą jak najbardziej wchodzić (a wózki wjeżdżać), przy czym w tych wytworniejszych obsługa patrzy czasem z dość surowym dystansem na dzieci – ale to może tylko lokalny styl bycia :)

 

Budapeszt z dziećmi

Kolejny pomysł na wakacyjny rodzinny wypad, choć w lipcu i sierpniu bywa tam dość ciepło. Budapeszt – pewnie życie nocne Was ominie, ale za to znajdziecie kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia z dzieciakami.

Trasę Warszawa-Budapeszt tym razem pokonaliśmy autem, z noclegiem w Krakowie. Korzystając z Airbnb znaleźliśmy lokum w samym centrum Budapesztu (ul. Rakoczi), co stanowiło wspaniałą bazę wypadową i umożliwiało zwiedzanie z dwójką dzieciaków z wykorzystaniem komunikacji miejskiej.

Transport

W zasadzie dojazd do wszystkich istotniejszych atrakcji możliwy jest komunikacją publiczną. Metro, autobusy, tramwaje – dotrzecie nimi wszędzie tam, gdzie trzeba, nawet pomimo kilku remontów. Budapeszt nie jest jednak bardzo przyjazny wózkom, trzeba się czasem natrudzić, żeby znaleźć działającą windę, tramwaje nie są niskopodłogowe, a z autobusami różnie bywa. U nas często wygrywała opcja podnoszenia wózkowych ciężarów…

Zwiedzanie

Budapeszteńska ulica godzi ze sobą trochę sprzeczności. Z jednej strony ma się wrażenie, jakby było się w Polsce tak z 10 lat temu. W modzie dominują raczej „bezpieczne” kolory, a niektóre trendy zdają się omijać węgierską stolicę (wyobrażacie sobie stolicę europejską bez drwaloseksulanych mężczyzn?).  Z drugiej strony architektura przywodzi na myśl obrazy z Wiednia i kipi wręcz 1_IMG_2533bogactwem habsburskich fasad (naprawdę możemy jej Węgrom pozazdrościć). Piękne mosty, zabytkowe metro – tego też próżno szukać w Warszawie.

1_IMG_2507Nasze dzieciaki swoimi kolorowymi strojami dodawały barw ulicznej modzie.

Typowe atrakcje turystyczne są niejednokrotnie doskonałymi miejscami dla dzieci, które mogą wybiegać się w otwartej przestrzeni. I to bez względu na pogodę, gdyż nasza majówka była dość dżdżysta, jednak temperatury były przyjemne.

Parlament – z małymi dziećmi trudno go zwiedzić, ale na pewno warto zobaczyć, a i kamyki do zabawy się znajdą. Parlament widoczny jest zresztą z wielu miejsc w Budapeszcie i jest niewątpliwie znakiem rozpoznawczym węgierskiej stolicy. Spróbujcie też przepłynąć się chociażby godzinnym rejsem po Dunaju, skąd bryła Parlamentu wygląda jeszcze bardziej urokliwie.

1_IMG_2561

Wyspa Św. Małgorzaty – no cóż, imię zobowiązuje, a i wspomnienia z moich dziecięcych eskapad do Budapesztu z tego miejsca miałam miłe, więc wybraliśmy się i na wyspę (również można dojechać komunikacją miejską). Problem w tym, że w maju 2017 praktycznie wszystkie atrakcje i pół wyspy były remontowane, knajpy zamknięte, pozostał więc spacer, ew. jogging, mini zoo oraz plac zabaw. Dzieciom się podobało, my mieliśmy niedosyt.

1_IMG_4398       1_IMG_4415

Wzgórze Gellerta – warto się trochę wysilić, żeby podziwiać widoki na miasto. Na wzgórze można dojechać komunikacją miejską, jednak ostatni kilkusetmetrowy odcinek musicie pokonać pieszo. Nie jest to zbyt wymagające. Widoki zapierają dech w piersiach, w szczególności przy ładnej pogodzie.

1_IMG_4344

Zamek – kolejny punkt warty zwiedzenia. Udało nam się nawet znaleźć boczne wejście dla niepełnosprawnych i wózków, więc mogliśmy windą podjechać do góry (usługa niestety płatna) i znowu wystarczył tylko transport publiczny. Trudno powiedzieć, żebyśmy zamek zwiedzili, bardziej się po nim pokręciliśmy, ale w deszczu dzieciaki miały tylko na tyle cierpliwości. 1_IMG_4335

ZOO i okolice (Állatkerti krt. 6-12) – tu już na pewno dzieciom powinno się spodobać. Nie jest to może ZOO wrocławskie, ale zwierzątka to zawsze zwierzątka. W szczególności okazałe niedźwiedzie polarne.

1_IMG_2569

Oprócz zwiedzanie są też miejsca interaktywne – jak chociażby wydzielone place zabaw czy też wystawy edukacyjne, gdzie dzieciaki mogą się czegoś dowiedzieć.

1_IMG_2568

W parku przy ZOO znajdziecie wiele atrakcji dla dzieci. Trochę punktów gastronomicznych, fontannę, place zabaw, trampoliny, piaskownice – jest z czego wybierać. W efekcie spędziliśmy tam całe popołudnie.

1_IMG_2578

Plac Bohaterów (Délibáb u. 30)  – miejsce z kategorii ‚must see’ i jeszcze możecie dojechać tam zabytkowym metrem. Urokliwe małe wagoniki, no i ten dzwonek przy zamykaniu drzwi. Na placu wiele się dzieje – my przykładowo trafiliśmy na jakieś wydarzenie promujące sport i nawet jakaś lokalna gwiazda sportu (chyba siatkarka) próbowała nas do czegoś namówić, ale bariera językowa okazała się nie do pokonania :)

1_IMG_4520

Opróczy typowych miejsc w przewodnika Budapeszt można odkrywać po swojemum, snując się pomiędzy uliczkami. Ciekawe kawiarnie, pomniki, miejsca odpoczynku – nasz mały znalazł przykładowo coś takiego. Mnie z kolei bardzo urzekła instalacja na jednym z balkonów, zresztą zobaczcie sami.

1_IMG_4489       1_IMG_2678

Gastro-miejsca

Vega City (Múzeum krt. 23) – nasz wyjazdowy hit. Wszystko, co może zjeść alergik i to w mega przystępnych cenach. Warszawa przyzwyczaiła nas do tego, że dobre miejsca wegańskie są dość kosztowne, przynajmniej porównywalne do dań mięsnych. Tymczasem w Budapeszcie ceny były zbliżone do biurowych stołówek czy lepszych barów mlecznych – polecamy.

1_IMG_4491

1_IMG_4492

Zdecydowanie warto wybrać się również na poszukiwania knajpek do dzielnicy żydowskiej. Jedno z nich to Borsz Gastrobar (Kazinczy u. 10). Miejsce założone przez uznanych szefów kuchni, zawsze pełne ludzi i idealne na lunch lub na kolację na wynos.

1_IMG_4436Niedaleko od Borsz Gastrobar, po drugiej stronie ulicy znajdziecie też dość przyjemne miejsce serwujące ramen. Może nie jest to pięciagwiazdkowy lokal, ale jedzenie naprawdę przywoite – no i 1_IMG_4440równiez alergicy znajdą coś dla siebie. To miejsce to Ramenka (Kazinczy u. 9). Mojej córce podpasował ramen z owocami morza, a syn jak zwykle zajadał się makaronem.

W okolicy jest tez kilka ciekawych cukierni.

Jedna z nich wyróżnia się przede wszystkim kącikiem zabaw. Serwowane 1_IMG_4395w niej makaroniki idealnie dopełnią popołudniową kawę dla dorosłych, a kącik zabaw pozwoli dzieciom odpocząć od trudów zwiedzania, a dorosłym da chwilę wytchnienia (i czasu na próbę wypicia kawy w spokoju).

Miejsce nazywa się Desszert.Neked (Paulay Ede u. 17)

Miłośnikom kulinariów i produktów regionalnych nie powinien też umknąć lokalny targ centralny Nagy Vásárcsarnok (Vámház krt. 1-3). Możecie zaopatrzyć się w nim w węgierskie wina oraz różnego rodzaju papryki (my oczywiście nabyliśmy paprykę wędzoną – główny składnik wegańskich przepisów :)).

1_IMG_2532

Miłej podróży!

 

 

Magiczne Ogrody na weekendowy wypad

Ostatni tydzień roku szkolnego kończy się. Ostatni dzwonek mają rodzice na zastanowienie się w jaki sposób umilić dzieciom wakacyjny czas. Nie macie możliwości dłuższego wyjazdu? To może wypróbujecie coś blisko Warszawy?

Magiczne Ogrody to jedno z tych miejsc, które znajdują się w niepozornej okolicy, najczęściej na uboczach lokalnych dróg. Dopóki do nich nie traficie, dopóty nie uwierzycie co można w nich znaleźć.

Lokalizacyjnie zaledwie 2h autem od Warszawy, więc idealnie na wypad w trakcie weekendu. Co znajdziecie w Ogrodach?

Mnóstwo osobliwości: Mordole, Bulwiaki, skrzat ukryty w drzewie, kuźnię krasnoludów, zamek wróżek i wiele innych atrakcji, ale po kolei.

Lokalizacja – okolice Janowca, niedaleko Kazimierza Dolnego (dokładnie: Trzcianki). U nas na trasie Sandomierz – Warszawa, ostatnia z atrakcji długiego czerwcowego weekendu.

Cennik – można nabyć bilety online (wówczas omijamy kolejkę przy kasie, w wakacje może się zdarzyć). Dzieci poniżej 100cm wzrostu (jest miarka przy wejściu) wchodzą gratis. Rodziny 3-osobowe 77 PLN, 4-osobowe 99 PLN.

Atrakcje – cała masa. Plan parku znajdziecie TUTAJ. Nam wybitnie do gustu przypadła kolejka, którą zwiedza się wioskę bulwiaków (zerknijcie na galerię zdjęć), wysoka zjeżdżalnia, drzewo z gadającym skrzatem, przewracające oczami drzewa, a także krasnoludzki gród.  A, nie zapominam o nieśmiertelnych dmuchanych zamkach i trampolinach – zawsze stają na wysokości zadania.

Wydarzenia – oczywiście zależy, na jakie wydarzenie traficie. Można robić wiele – od lepienia babek, po walkę z krasnoludzkim wojownikiem, pływaniem na tratwie, zbieraniem pieczątek, na obcowaniu z końmi i pieczeniu kiełbasek na ognisku skończywszy.

Udogodnienia – w parku znajdziecie punkty gastronomiczne (grill, kawa, herbata, lody, gofry), główny z nich znajduje się tuż za wejściem, ale na obiad polecamy miejsce z grillem – nam udało się upolować pieczonego na grillu pstrąga, więc smacznie i zdrowo zarazem (i bez alergenów!). W innych punktach już bardziej klasycznie -kiełbaski, karkówka, frytki, ale w końcu to wyjazd wakacyjny. Toalet jest też kilka, spokojnie zdążycie z każdej atrakcji. Na uwagę zasługuje sklepik pamiątkowy – można znaleźć zarówno stroje, które przydadzą się na karnawał, pamiątki dla miłośników sztuk pięknych, jak i tematycznie związane z parkiem (maskotki maści wszelakiej przedstawiające mordole i bulwiaki).

To jak? Zabieracie pociechy na wypad za miasto?

I jeszcze kilka ujęć z opcją „live”

 

Regeneracja jednego dnia – miejskie SPA

Znacie to? Zmęczenie, zasypianie w ubraniach razem z dziećmi, klejące się powieki, ziewanie od południa, niemożność założenia soczewek kontaktowych, apatia. Przesilenie? Może. U mnie to raczej syndrom chronicznego zmęczenia, organizm się zbuntował. Remedium? SPA w centrum miasta.

Studio Sante, Uzdrowisko Miejskie to nierzucający się w oczy kompleks na warszawkiej Pradze Północ, sąsiadujący z siedzibą najbardziej znanego chyba polskiego producenta gier – CD Projekt. Na Jagiellońską 55a niby daleko, ale w zasadzie i z centrum blisko, ode mnie rzut beretem, jest parking, są tramwaje, autobusy pewnie też. A w tak piękną pogodę można połączyć regenerację z przejażdżką rowerową.

SPA posiada gabinety zabiegowe i różnego rodzaju rytuały w ofercie, ale moim zdaniem perełką tego miejsca przywracającą biowitalność jest strefa mokra. A, i jeszcze bardzo, ale to bardzo istotny aspekt – wstęp do SPA tylko od 16 lat!!! Zapomnijcie zatem o rozwrzeszczanych dzieciach, które ze SPA robią aquapark. NO KIDS ZONE – to jest to, co zmęczeni rodzice dwójki maluchów lubią najbardziej 😀 (chociażby po to, żeby się bardziej za swoimi stęsknić, no i spędzić w ciszy czas we dwoje).

Spędziliśmy w strefie mokrej blisko 4 godziny i spokojnie moglibyśmy pozostać tam jeszcze drugie tyle. Co zawiera strefa mokra?

  1. basen – jak to basen, nic w zasadzie specjalnego, ale obstawiony aqua-rowerami, więc może się tam dziać :)
  2. strefa jacuzzi – a w niej jacuzzi z solą himalajską i magnezem
  3. lampy – do wyboru słoneczna łąka (znam ją pod nazwą oślej łączki) oraz lampy kolagenowe
  4. strefa saun – a tam istny raj :) i) klasyczna sauna fińska, ii) sauna japońska – ganbanyoku, iii) łaźnia parowa, iv) goldarium, czyli złota wypoczywalnia, v) biosauna
  5. strefa schładzania- również z miską lodową
  6. grota solna

Na samym początku byliśmy trochę zdezorientowani – z czego skorzystać na początku i w jakiej kolejności? Czy ze wszystkich rodzajów saun czy tylko z wybranych? Na szczęście w sukurs przychodzą plansze wywieszone w pomieszczeniach oraz strona internetowa Sante.

Zalecana kolejność to cykle nagrzewanie -> schładzanie -> odpoczynek. W Studio Sante do poszczególnych etapów można wykorzystać:

  • nagrzewanie ciała (sauny: fińska, biosauna, skalna japońska Ganbanyoku, łaźnia parowa),
  •  schładzanie ciała (baseny schładzające: wewnętrzny i zewnętrzny, wężyki Kneippa, prysznice, prysznic wrażeń, misa lodowa),
  • odpoczynek (złota wypoczywalnia Goldarium, tepidarium solne, słoneczna łąka) .

Przykładowa kolejność saunowania może wyglądać następująco: 1) sauna fińska, 2) strefa schładzania, 3) grota solna, 4) łaźnia parowa, 5) strefa schładzania, 6) goldarium, 7) biosauna, 8) strefa schładzania, 9) łączka, 10) ganbanyoku (po saunie japońskiej nie schładzamy się).

Więcej informacji znajdziecie TUTAJ, a my gorąco i „parująco” polecamy i może do zobaczenia w saunie!

Dziki Zachód w Żorach

Zaczął się sezon wyjazdowy, a wraz z nim przemodelowanie naszych nawyków podróżniczych „sprzed dzieci”. Trasa dość długa Budapeszt – Warszawa, więc postanowiliśmy zrobić sobie w drodze powrotnej przystanek z niespodzianką i zamieniliśmy się w kowbojów i kowbojki. A wszystko to w podkatowickich Żorach.

IMG_4634_1W niepozornej okolicy po długiej podróży weszliśmy do Hotelu Texas, a następnie na dziedziniec parku, gdzie zostaliśmy przeniesieni w czasy Dzikiego Zachodu. Ulica rzeczywiście wyglądała tak, jakby zaraz z jednego domku miała wyskoczyć Dr Quinn :)

Jako że podróżujemy z przedszkolaczką i żłobkowiczem, dużo atrakcji było nie dla nas, co bynajmniej nie oznacza, że nie mieliśmy co robić, wręcz przeciwnie.

Na samym początku trzeba było się wyhasać po podróży. Dmuchana zjeżdżalnia, wulkan do wspinania się, piaskownica, automaty, plac zabaw, a nawet dojenie krowy.

IMG_4560_1    IMG_4570_1  IMG_4586_1

Do tego świetna strefa zabaw wodnych – wodne armatki, przekładnie, łowienie rybek, śruba Archimedesa czy tworzenie wiru wodnego – zabawne z elementami edukacyjnymi.

IMG_4588_1  IMG_4579_1  IMG_4572_1

Warto oczywiście się zaopatrzyć w odpowiednie atrybuty kowboja – u nas nie obyło się bez kowbojskiego kapelusza oraz rewolweru. Bardzo się przydały, gdyż zaraz potem porwały nas pokazy kowbojskiej sztuki. Wystartowałyśmy w konkursie uciekania przed lassem – i o ile córci udało się czmychnąć, o tyle mama, no cóż, została złapana na lasso.

Przy niesprzyjającej aurze również nie można było się nudzić. Park wyposażony jest w wesołu zakątek Lucky Luke’a, a tam pokaźny basen z piłkami, dwie sale dla najmłodszych, kącik do malowania, malowanie buziek, a na dolnym piętrze atrakcje związane z iluzją oraz sala luster. Uwaga – w niektóre młodzi adepci sztuki iluzji mogą chcieć wejść, a nawet wbiec… Na dole funkcjonuje również kawiarenka, a kawę spokojnie można wnieść na piętro i wypoczywać przy małej czarnej obserwując bawiące się dzieciaki.

IMG_4697_1 IMG_4696_1

Atrakcji zewnętrznych jest cała masa. Koniecznie odwiedźcie studio fotograficzne, gdzie zrobicie sobie uroczą rodzinną sesję w stylu dzikiego zachodu – świetna pamiątka i frajda przy rodzinnych przebierankach.

Bardzo ciekawe są okolice parku linowego, gdzie znajdziecie różnego rodzaju gry rodzinne w plenerze. Nas wyjątkowo urzekła drewniana katapulta.

IMG_4643_1         IMG_4635_1

Amatorzy atrakcji jeżdżących też nie będą się nudzić. Podobnie jak miłośnicy kina czy komnaty strachów. A dla najmłodszych – jest nawet mały zwierzyniec i kucyki. Nowe atrakcje wciąż powstają, więc park się rozrośnie, a my na pewno jeszcze w nim zawitamy. Wraz z wiekiem przybędzie nam spektrum atrakcji do odwiedzenia.

IMG_4642_1 IMG_4636_1

Zresztą zerknijcie sami na mapę atrakcji.

Sam hotel również bardzo przyjemny, a przede wszystkim czysty i bardzo wygodne łóżka (a do tego świeżutka pościel). Może nieprzesadnie na bogato, ale nie o to chodzi w tym parku. Minusem jest brak windy, co jest utrudnieniem przy wózkach, ale można je zostawić przy recepcji i poruszać się pieszo. W końcu to Dziki Zachód!

Zdecydowanie na TAK! a uśmiech dzieci oraz rozpamiętywanie pobytu długo po powrocie – bezcenne.

Dzięcięce tradycje wielkanocne ze świata

 

Stoły udekorowane (minimalizm, klasyka czy shabby chik?), żurek w garnku, jajka w lodówce czekają na przybranie, ale co w tym czasie robią wasze dzieciaki? Zapewne malują jaja i przygotowują się na Śmigus Dyngus, ćwicząc zawzięcie celność i dobierając odpowiednią broń. A jakie dziecięce tradycje wielkanocne panują na świecie?

Czeskie pomlazki i szmigrus

Wielkanocne smaganie (czes. pomlázka, słow. šibačka, węg. sibala niem. schmackostern) wywodzi się z obrzędów i praktyk pogańskich, obecnie związanym z Poniedziałkiem Wielkanocnym. Zwyczaj był jedną z wielu słowiańskich praktyk obchodzonych przy nadejściu wiosny. Smaganie miało uzdrawiać, dostarczać siły witalne i wypędzać złe moce (duchy). W folklorze słowiańskim smaganie było często zbieżne z oblewaniem i wraz z nim było szczególnie ważne dla panien i dziewcząt, bo miało sprzyjać płodności. Zwyczaj ten był często praktykowany przy kolędowaniu wielkanocnym. Współcześnie zaadaptowały się także pojęcia takie jak np. śmiguśny poniedziałek (w Polsce), Sibati Utorok (na Słowacji), Mrskany Poniedieli (na Morawach). Chrześcijaństwo przyjmując ten pogański zwyczaj, powiązało go z cierpieniem Jezusa Chrystusa.

W Czechach znany jest także szmigrus, czyli spacer z koszyczkiem po domach sąsiadów i zbieranie łakoci w zamian za śpiew i życzenia.

Brytyjskie turlanie jaj

Zagościło również na południowym trwaniku Białego Domu w Waszyngtonie, gdzie odbywa się już od 130 lat. Główna atrakcja polega na toczeniu kolorowego jajka ugotowanego na twardo dużą łyżką, ale teraz impreza rozrosła się i ma wiele innych rozrywek towarzyszących, takich jak grupy muzyczne, polowanie na jaja, sport i rzemiosło.

Poszukiwania na trawnikach – Niemcy

Klasyczna zabawa w poszukiwanie skarbów. Rodzice umieszczają różnego rodzaju łakocie (często kolorowe czekoladowe jaja czy zajączki) w różnych miejscach w domu lub ogrodzie, a dzieci biegają z koszyczkiem i starają się znaleźć jak najwięcej skarbów. W końcu kto pierwszy, ten lepszy.

Amerykański Easter Bonnet

Kapelusz Wielkanocny to nowy lub fantazyjny kapelusz noszony w Wielkanoc, zwyczaj rozpowszechniony w Nowym Jorku. Związany z brytyjską tradycją noszenia nowych ubrań w Wielkanoc, jako obietnicy odnowy duchowej i odkupienia.

Szwedzkie wielkanocne wiedźmy (Påskkäringar)

Tradycyjnie dzieci przebierają się za te czarownice, Påskharar (wielkanocne króliki), a nawet czarne koty. Zarówno chłopcy, jak i dziewczęta ubierają się, wychodząc z domu i chodząc od drzwi do drzwi, prosząc o cukierki, zupełnie jak w Halloween.

Dzieci natomiast mają okazję do radości, ponieważ w ten właśnie dzień zajączek wielkanocny (påskhare) przynosi im wielkie wielkanocne jajko, w którym znajduje się ogromna ilość cukierków.

Finlandia

Dzieci w tym skandynawskim kraju biegają ulicami z zamaskowanymi twarzami i chustami wokół głowy, niosąc miotły, kozła i bukiety wierzbowych gałązek. W niektórych częściach Finlandii Zachodniej ludzie rozpalają ogniska w niedzielę wielkanocną, zgodnie z tradycją nordycką, wywodzącą się z przekonania, że płomienie odstraszają czarownice, którzy latają na miotłach pomiędzy Wielkim Piątkiem a Wielkanocną Niedzielą.

Norwegia – Wielkanoc z kryminałem

Wielkanoc jest dla Norwegów czasem na czytanie powieści kryminalnych, które wydawcy wydają specjalnie w Paaskekrimmen. Tradycja ta ma sięgać 1923 r., gdy wydawca książek promował nową powieść kryminalną na pierwszych stronach gazet.

Hiszpański Verges  – taniec śmierci

W Wielki Czwartek w średniowiecznym mieście Verges w Hiszpanii odbywa się tradycyjny „dansa de la mort” lub „taniec śmierci”. Aby rekonstruować sceny z „Pasji”, każdy ubrany jest w kostiumy szkieletów i paraduje po ulicach. Taniec śmierci zaczyna się o północy i trwa około trzech godzin do rana.

Żródła:

http://www.womansday.com/life/travel-tips/g2175/easter-traditions/

wikipedia. org

Påskkärringar in Sweden

Jak przygotować dziecko do wyjazdu?

Wkrótce Wielkanoc, a zaraz po niej majówka i pewnie wiele z Was uda się z rodzinami na zasłużony i wyczekiwany odpoczynek. Jak przygotować dzieci do wyjazdu w określone miejsce? Czy w ogóle trzeba?

Podróże są naszym hobby i stąd chciałabym, żeby nasze dzieci wynosiły z nich nie tylko wspomnienia o morzu i plaży, ale choć krztę o kulturze, zwyczajach, cechach charakterystycznych, kuchni, a przede wszystkim mieszkańcach danego kraju. Jak jednak wyjaśnić przedszkolakom kontekst różnych zachowań i kultury?

Mapy

Zaczęłam od tego. U naszej 3,5-latki w pokoju jedna ściana zajęta jest przez fizyczną mapę świata w europejskim układzie (czyli my na środku). Za każdym razem, gdy wyjeżdżam w delegację lub gdy mamy zaplanowany wyjazd – pokazuję je to miejsce na mapie. Po powrocie z wyjazdu wspólnie naklejamy kropkę w miejscu, gdzie wspólnie byliśmy. Nie katuję jej oczywiście pamięciówką ze stolic i nazw, ale sam fakt pokazywania różnych miejsc na mapie sprawia, że dziecięca ciekawość zwycięża i wie przynajmniej czy dane miejsce jest dalej czy bliżej Warszawy, czy do góry czy na dół, czy w prawo lub w lewo.

Kolejną sprawą są fantastyczne moim zdaniem pozycje książkowe wydawnictwmapy-obrazkowa-podroz-po-ladach-morzach-i-kulturach-swiata-u-iext44043020a Dwie Siostry autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich, „Mapy”. Na konturowej mapie poszczególnych (wybranych przez autorów państw) znajdziemy graficzne przedstawienie charakterystycznych dla danego miejsca symboli, zabytków, postaci (historycznych czy fikcyjnych) czy w końcu narodowych potrwa. Prawdziwe miejsce podróży palcem po mapie!

Przed wyjazdem do danego kraju już z pewnym wyprzedzeniem staram się co jakiś czas zajrzeć do tego mapownika i obejrzeć choć kilka obrazków z danego kraju.

Flagi

Po mapach przyszła pora na flagi. Nie jest to może najważniejsze w podróżowaniu, jednak jak tylko znalazłam kolorowankę z naklejkami dotyczącą flag państw Europy, od razu trafiła do mojego koszyka. Wychodzi różnie z ich znajomością i prawidłowością barw, ale przynajmniej córka wie, że każde państwo ma swoje własne barwy narodowe, a to już coś.

Książki dla dzieci

Nic tak nie przybliża dziecku kultury danego kraju jak jego baśnie, legendy i bajki. Stąd przed wyjazdem staram się kupić choć jedną pozycję narodowych bajek dla dzieci. O ile z Danią jest bardzo łatwo (wiadomo – Hans Christian Andersen), o tyle z Węgrami może być trudniej, ale okazuje się, że znajdziemy w księgarniach i węgierskie baśnie dla dzieci.

Poza książkami warto pamiętać też o powszechnie znanych bohaterach dziecięcych, typu czeski krecik. Trudno opuścić lotnisko w Pradze bez chociaż jednej pamiątki z krecikiem :-).

Albumy i pamiątki z podróży

A na koniec, w celu utrwalenia pobytu, wybieramy wspólnie zdjęcia, które trafią do kolejnego albumu rodzinnego lub co jakiś czas wracamy do zbioru wspomnień i ponownie tłumaczymy dzieciom gdzie byliśmy, co robilismy i odpowiadamy na milion pytań „dlaczego?” 😉

***

Nie mam pojęcia czy powyższe się sprawdza, jednak wierzę, że tak przygotowane podróże pozwalają dzieciom trochę inaczej patrzeć na nową rzeczywistość, którą napotykają przy wyjazdach zagranicznych.

Macie jakieś inne patenty?

Sozopol – kurort, miasto artystów czy czas socjalizmu?

Wszystko dobre szybko się kończy, a już najszybciej kończą się urlopy. Jesteśmy zatem z powrotem w Warszawie i ponownie odkrywamy prawdziwość powiedzenia „nie ma to jak w domu”. Miło wracać do siebie, ale miło również powspominać wyjazdy. No to jak w końcu było z tą Bułgarią?

Sama podróż przebiegła bez niespodzianek. Może odprawa na Okęciu była bardziej zaostrzona ze względu na ŚDM. Po wylądowaniu na miejsce dość sprawnie dotarliśmy autobusem (w jakieś 35-40 minut). Przy transporcie niezorganizowanym musicie dojechać do centrum Burgas i stamtąd z dworca autobusowego złapać autobus do Sozopolu.

Prawda jest taka, że gdyby nie małe dzieci, to pewnie w ogóle byśmy o Bułgarii nie pomyśleli. Kojarzy nam się raczej z wakacjami z PRL. Do tego nielubiana przez nas opcja all inclusive (ale znowu – szukanie jedzenia z dziećmi poza hotelem przy diecie alergicznej to nie wakacje, podobnie zresztą jak pichcenie jedzenia w pokoju hotelowym). No ale basen w ofercie, plaża w ofercie, pogoda w ofercie (przez 2 tygodnie mieliśmy piękną pogodę), jedzenie zapewnione, supermarkety na miejscu, lekarz dostępny – czego  chcieć więcej dla półrocznego brzdąca i uczącej się nurkować 3-latki?

Sozopol to malutkie (ok. 4000 mieszkańców) miasteczko leżące na południowym wybrzeżu bułgarskiej części Morza Czarnego. Ukształtowane na styku wpływów kultury słowiańskiej, osmańskiej i greckiej. W przewodnikach nazywane miastem artystów, jednak obecnie znane najbardziej jako nadmorski kurort, w którym na plażach urlopy spędzają sami Bułgarzy, a także Rosjanie, Polacy, Niemcy czy Skandynawowie.

Czy da się z tego miasteczka wycisnąć więcej niż z przeciętnego kurortu? Jeśli żeglujecie – znajdziecie marinę. IMG_3703Zdarzają się koncerty jazzowe, możecie spotkać wiolonczelistów ćwiczących w miejskim amfiteatrze, obejrzeć dwie galerie sztuki, ruiny dawnych murów, zabytkowe cerkwie czy stare domy. Jest i miejski stadion. Ale nie oszukujmy się – to przede wszystkim kurort, plażowanie, hotele i kwatery.IMG_3699

W Sozopolu są dwie plaże. Jedna bliżej Starego Miasta, druga wzdłuż ulicy Ropotamo – bardziej komercyjno-turystyczna (na zdjęciu z leżakami). O ile atmosfera miasteczka jest milsza (w ogóle jest) przy pierwszej plaży, o tyle druga jest dłuższa i przez to ciut mniej zatłoczona. Natomiast ogólnie obie plaże są moim zdaniem podIMG_3876obne. Staromiejska ma większą płyciznę, więc jest lepsza dla najmłodszych amatorów kąpieli. Ta turystyczna – brzeg bardziej stromo schodzi w dół, więc raczej już dla umiejących pływać. Infrastruktura w obu miejscach podobna – leżaki i parasole (płatne po 6 lewów każdy), kilka knajpek. Przy staromiejskiej plaży znajdziecie plac zabaw (taki gminny, IMG_3751bezpłatny), natomiast przy tej turystycznej – głównie automaty (cymber guy, wyskakujące żabki, motocykle, kierownice, łowienie rybek, łapanie zabawek, proca angry birds itp.) i płatne „kulki” z trampoliną dla dzieci (bodajże 4 lewy za 15 minut). IMG_3748 Plac zabaw niedaleko Ropotamo też jest, ale musicie zboczyć z głównej trasy i oddalić się trochę od plaży (ul. Wasil Lewski). Wielkim plusem plaży komercyjnej było to, że praktycznie przylegała ona do naszego hotelu. W dodatku na plaży można zażyć masaży. I to nie w wersji light dla relaksu, ale prawdziwych masaży rehabilitacyjnych, które mogę z czystym sumieniem polecić. Koszt to 25 lewów za półgodzinny masaż pleców.

Jak już się Wam znudzi plażowanie i pływanie w hotelowych basenach, możecie się udać na pół-dniowy spacer połączony ze zwiedzaniem miasteczkaIMG_3710Oprócz wspomnianych już chramów i galerii, możecie zajść do małego muzeum miasta (bilet rodzinny 10 lewów) i poczytać trochę o jego historii. Jeśli zgłodniejecie, wybierzcie się na ulicę Krajbredną, znajdziecie dość gustownie urządzone restauracyjki serwujące rybę i lokalne sałatki. IMG_3828W drodze powrotnej na okolicznych straganikach możecie zaopatrzyć się w przetwory z róży (niestety głównie bazujące na syropie glukozowo-fruktozowym, zdarzają się takie oparte tylko na cukrze) i kosmetyki z olejkiem różanym. Bułgaria jest bowiem potentatem światowym w produkcji olejku różanego powstałego z płatków zbieranych w Dolinie Róż.

Co się rzuca w oczy w Sozopolu (a może i w innych miastach Bułgarii)? Nowe ze starym, ruina z najnowszym designem, inwestycje socjalistyczne i te za pieniądze z Unii. Odnowione hotele i kwatery prywatne, ale wciąż z designem z polskich lat ’90-ych (z dominującymi beżami, brązami i bordo…). Podjazdy dla niepełnosprawnych w nowo wybudowanym dworcu autobusowym i kawałek dalej dziurawe chodniki z wysokimi krzywymi krawężnikami, po których ciężko przejechać wózkiem, nie mówiąc już o chodzeniu na obcasach. Nie jest to bynajmniej zamierzony eklektyzm, ale efIMG_3686ekt ścierania się dwóch epok. Jak dla mnie było to przypomnieniem jak bardzo Polska rozwinęła się przez te ostatnie kilkanaście lat.

Efekt końcowy urlopu? Kilka przemyśleń, kilka porównań, ale na pewno wypoczęliśmy, a pogoda była świetna i co najważniejsze – murowana!

Główny minus – mało opcji wycieczkowych przy tak małych dzieciach, a w okolicy do zwiedzenia zamek na wsi (bez możliwości wejścia do środka) i samo Burgas. Przy starszych pociechach można wybrać się na wyprawę jachtem czy chociażby do Primorska, w którym mieści się aqua park.

Informacje praktyczne:

  • funkcjonuje kilka punktów lekarskich (pomoc 24h – np. w hotelu Martinez) i punkt pomocy medycznej w budynku gminy
  • można znaleźć kilka aptek – część z nich oferuje głównie środki kosmetyczne, ale można dostać również antybiotyki, leki na ból gardła czy przeciwbólowe
  • supermarket Bolero oferuje ciekawe produkty – w tym też ekologiczne, suszone owoce czy mleko sojowe (w restauracjach o mleku sojowym niektórzy nie słyszeli :))IMG_3618
  • w sprzedaży dostępne są piwa bezalkoholowe (Zagorka i Kamienica) oraz piwo 2% (Kamienica) o aromacie limonki i bzu – idealne dla matek karmiących 😉 IMG_3768 IMG_3675
  • postój taksówek i dworzec autobusowy znajdują się w jednym miejscu. Taksówką do Burgas jesteście w stanie dotrzeć za 15 lewów (z powrotem 3 razy drożej). Autobus to koszt rzędu 4,5 lewów (za dziecko połowa tego)
  • na dworcu autobusowym nie ma kas – bilety sprzedaje bileter pracujący w autobusach
  • możecie spotkać kilka polskich akcentów – sklep o nazwie Mateusz, polskie biuro podróży, polskie menu w restauracjach
  • koniecznie spróbujcie owoców, głównie melona miodowego i arbuza. Stragany z owocami w sezonie oferują spory wybór, niestety w dość wygórowanych cenach.

 

Hel – post scriptum

Nasza tegoroczna helska przygoda dobiegła końca. W Warszawie z kolei skończył się szczyt NATO i można było wracać do domu. Po długiej podróży (ponad 10h, ale to już inna historia) w końcu wylądowaliśmy w naszych czterech kątach. Ach, jak miło wracać do domu, chociaż na chwilę. Wkrótce pakujemy się na dwutygodniowy pobyt w Bułgarii.
IMG_3508

Co mogę dodać do pobytu w Helu? Plaże, w których można się zakochać. Bardzo mało parawanów (których szczerze nie cierpię) na morskiej plaży, dobre tereny spacerowe (trasa na Cypel), trochę infrastruktury też dla mieszkańców (np. placyk zabaw dla dzieci zwany przez nas „kapitańskim” czy szpital wojskowy z przychodnią pediatryczną). To wszystko na plus. Minusem jest trochę mniej bogata infrastruktura turystyczna i usługowa w zakresie SPA, wellness – w porównaniu z z Chałupami czy Juratą. Nie jest to też Sopot, więc kulinarnie nie poszalejecie. Ma jednak swój urok i historię.

IMG_3528

Jako post scriptum…

Piwo z wiśniami – króluje nie tylko w knajpie Kutter, ale też kilkuIMG_3543 innych i jest całkiem ok. Znalazłam też na deser bezę Dacquoise, którą polecam. Poza Kuttrem, który mi się przejadł, można spróbować swoich sił w Palermo – mają tam rybkę gotowaną (tej z Kuttra nie polecam) i całkiem przyzwoitą pizzę.

Lody sorbetowe – polecam smak arbuzowy oraz owoce leśne. Inne też są ok, a smaki zmieniają się z dnia na dzień. Niezmiennie od Lodów Naturalnych.

FullSizeRender

Mleko sojowe – podobno ma się pojawić też w knajpie Lemon na Wiejskiej, blisko Urzędu Miasta – próbujcie. Sama kawa w tym lokalu ze zbiorów fair trade. Ma całkiem przyjemny, bogaty aromat i jest dość „gęsta”. Mnie nie udało się doczekać, więc korzystałam głównie z Flow Coffee. Niestety food truck znika z Bulwaru (wracają do Gdańska i okolic), na szczęście w tym samym terminie, co my :) Więcej na ten temat TUTAJ .

Biblioteka – jeśli nie chcecie targać ze sobą książek zachęcam wybrać się do Biblioteki Miejskiej. Na pewno znajdziecie jakiś wakacyjny reportaż, kryminał czy pozycję dla swoich pociech. Zapisy bezpłatnie. Można wypożyczyć 3 książki na 30 dni na jedną osobę. Biblioteka znajduje się na tyłach sklepu Polo Market, w tym samym budynku co biuro obsługi parkingu i straż miejska.

Melex i trochę historii – to opcja na słabszą pogodę, dla zmęczonych spacerami lub tych, którzy chcieliby posłuchać lokalnych opowieści. Trzeba tylko znaleźć dobrego przewodnika, bo nie każdy kierowca melexa to pasjonat. Nam się udało trafić na młodego, 18-letniego pasjonata, przyszłego studenta prawa, który swą opowieść snuł z zapałem, a starsze dziecko słuchało go z zapartym tchem. Chętnym udostępnię numer telefonu na priv. Wycieczka melexem trwa ok. 40 minut i kosztuje ok. 50 PLN (za wynajęcie całego pojazdu. U nas były to 3 osoby dorosłe, 3 dzieci i wózek). Oczywiście można indywidualnie dostosować jej program i długość trwania. Dowiedzieliśmy się nawet tego, o które grunty chodziło w starej medialnej sprawie z posłanką Sawicką.  To również nie lada gratka dla miłośników militariów i chętnych poznania kilku szczegółów z zakresu obronności kraju i obrony wybrzeża (nam udało się np. zobaczyć ruchomy radar postawiony tam celowo na szczyt NATO).

Hel – rzeczy nieznane

O Helu można się wiele dowiedzieć odwiedzając chociażby stronę GO HEL. Tego jednak tam nie znajdziecie. Poniżej lista „Insider Knowledge” z rozmów z Helanami.

  1. Aerobic / fitness na świeżym powietrzu – w poniedziałki, środy i piątki o 18.00. Dziewczyny spotykają się przy Orliku (Boisko im. M. Płażyńskiego), biegną kawałek na leśną polankę, ćwiczą i wracają truchtem z powrotem. Kurs prowadzi p. Agnieszka. Szczegóły i numer telefonu wywieszone w budynku miejskiej hali sportowej. Ćwiczenie na plażowym piasku, w szumie drzew i czując morską bryzę na plecach – bezcenne!
  2. Tenis – zaraz obok hali sportowej są dwa korty tenisowe. Ceny bynajmniej nie warszawskie, więc można popróbować.
  3. Najlepsza knajpa – więcej na ten temat we wpisie TUTAJ
  4. Tania prasa – ciekawy koncept dla plażowiczów.  Niedaleka piekarni i hali IMG_3498sportowej znajduje się sklepik z tanią prasą. Są to egzemplarze różnych gazet sprzed miesiąca czy tygodnia, również prasa zagraniczna czy dodatki do gazet. Można się zaopatrzyć w prasę za połowę ceny i przeglądać, czytać, rozwiązywać zagadki na plaży.
  5. Truskawki spod Polo Marketu – to podobno najlepszy dostawca truskawek w mieście. Wystawia się w sezonie pod sklepem Polo Market. Próbowałam, rzeczywiście dobre :)
  6. Strefa parkowania – od tego roku wprowadzono płatne parkingi. Bilet dobowy to 15 PLN. NIektóre prywatne parkingi oferują parkowanie po 10 PLN za dobę. Jeśli macie znajomych w Helu możecie porozmawiać z nimi o możliwości parkowania na posesji należącej do ich wspólnot mieszkaniowych – tam nie obowiązuje strefa.

Tyle udało mi się dowiedzieć w tydzień. Ciekawe czy kolejny tydzień przyniesie nowe odkrycia :)

Flat white, pierogi wegańskie i mleko sojowe w Helu

Rybka, pizza, zapiekanki, kebab, frytki, sałatki – to typowe nadmorskie dania, jakie znajdziecie w każdej miejscowości nadmorskiej. Ale gdzie szukać potraw wegańskich i mleka sojowego? Czy rodzice alergików zmuszeni są do gotowania podczas urlopu? Subiektywna lista knajp i knajpeczek dla wegan i tradycjonalistów.

Trendy się zmieniają i na szczęście nowa moda dotarła i do Helu (a nie tylko na Hel). Wegetarianom jest dość łatwo – potrawy z nabiałem da się znaleźć. Ale weganom i osobom uczulonym na mleko i nabiał – już trochę trudniej. W zeszłym roku musiałam opękać na własnej kuchni, sałatkach i jednym miejscu z mlekiem sojowym. Do tego dochodziła gotowana ryba z jarzynami z wody plus frytki. W tym roku jest lepiej. Udało mi się znaleźć też extra miejsce na kawę i to z jednego z modnych w tym sezonie food truck’ów. Zatem do rzeczy.

  1. Najlepsza kawa w Helu – food truck Flow na Bulwarze – nie dość, że w modnym food truck’u, to jeszcze z opcją mleka sojowego, dobrymi herbatami, flat white (koniecznie spróbujcie!) w karcie i „kawą alternatywną” czyli przyrządzaną w dripie, chemexie czy aeropresie. Jednak nie dajmy się zwieść modzie – ta kawa jest przede wszystkim pyszna! Polecam!IMG_3513
  2. Wegańskie pierogi – miejsce „Z Alicją w krainie smaków” zwane też
    „Alternatywą” (na Wiejskiej zaraz obok Urzędu Miasta). Jako chyba jedyny w Helu lokal serwuje wegańskie placki ziemniaczane po cygańsku, IMG_3488zupę z zielonego groszku (za 5,50 PLN) oraz wegańskie pierogi z soczewicą. Próbowałam i zupy i pierogów – nie
    powiem, że było idealnie czy bardzo dobrze, raczej poprawnie, ale zdecydowanie lepiej niż gotowanie na urlopie, no i lepiej niż skazanie na surówkę i frytki. Oczywiście poza daniami wegańskimi jest jeszcze kilka wegetariańskich oraz kuchnia tradycyjne (rybka). Pierogi z dorszem dostępne od lipca, więc spróbujemy w przyszłym tygodniu.
  3. Ulubione miejsce lokalnych na rybkę i pizzę – Kutter – kogo nie spytam z lokalsów, wszyscy wskazują na tę knajpę. Potem koło się nakręca – im większy ruch, tym większa pewność, że serwowane posiłki są świeże. I tak rzeczywiście jest. Kutter posiada też swoją słodką odsłonę – Cafe Domek po drugiej stronie ulicy Wiejskiej. Poza nadmorską rybką serwują też pizzę, również w opcji na wynos.
  4. Kawa z mlekiem sojowym – oprócz food truck’u, który zdecydowanie jest uIMG_3486 mnie na pozycji nr 1, kawę z mlekiem sojowym znajdziecie też „u Alicji” i w „Stella Maris” – wszystko na Wiejskiej.
  5. Lody tradycyjne na Wiejskiej – co prawda nie są wegańskie i ich nie próbowałam, ale wszyscy lokalsi je chwalą. Dlatego umieszczam na liście, bo warto spróbować czy lokalny gust odpowiada naszym podniebieniom. Wystawiają się na ulicy w białym namiociku.
  6. To Tu – kolejna knajpka na rybkę, do której podąża lokalna gawiedź, zlokalizowana trochę z boku ulicy Wiejskiej. Co istotne – oprócz rybki i frytek można tam dostać również przetwory rybne – kabanosy, rybę wędzoną, rolmopsy po kaszubsku czy konserwy i pasztety rybne. My akurat rybkę jeść możemy i jemy, więc jest to dla nas dobra opcja na zakupy na kolację.

Znajdziecie inne ciekawe miejsca? Dajcie znać!

 

Z niemowlakiem samochodem na Hel

Za nami pierwsza wspólna (mama+niemowlę) trasa z Warszawy do Helu. Poszło całkiem nieźle. Jak przetrwać z niemowlakiem, rozplanować sobie trasę, a po drodze znaleźć miejsca na kawę i przewijaki?

Istotne jest rozplanowanie bagaży i podróży. Obowiązkowo przeciwsłoneczne zasłony w szybach, żeby malec nie dał koncertu z powodu świecącego w oczy słońca. Do tego dobrym i pożytecznym gadżetem jest lusterko do samochodu montowane przed malcem – pozwala na kontrolowanie jego zachowania bez konieczności oglądania się do tyłu (a oglądanie się na dziecko w trakcie jazdy może skończyć się tragicznie. Z córką miałam taki epizod, na szczęście u siebie w garażu i na bardzo niskich prędkościach, rysy pozostały do dziś :)). Przy foteliku mam też małą reklamówkę na zabawki, które zmieniam na każdym postoju– chodzi o to, żeby dziecko nie znudziło się jedną zabawką i mogło dłużej się zając same sobą.

Nie jestem zwolenniczką wożenia fotelika na przednim siedzeniu. Po pierwsze nie jest to najbezpieczniejsze miejsce w samochodzie i trzeba pamiętać o dezaktywacji poduszki powietrznej z przodu. Po drugie mały berbeć zawsze dekoncentruje i jest pokusa, żeby patrzeć na niego, a nie na drogę. Wybieram zatem miejsce z tyłu za pasażerem. Dlaczego nie za kierowcą? Podobno za pasażerem bezpieczniej, a w dodatku stojąc na czerwonym świetle mogę prawą ręką pobujać fotelik, gdy mały płacze.

Co jeszcze? Przede wszystkim żelazna zasada, którą przypomniała mi jedna doświadczona mama przy okazji walki ze smoczkiem – reżim dnia dziecka powinien opierać się na triadzie sen-karmienie-aktywność. Jeśli najedzone, wytulone i zabawione dziecko wsadzicie do fotelika i zaczniecie podróż, jest duża szansa, że zaśnie (przy mojej córce co prawda to nie działało, ale przy synku działa).  Tak też właśnie robiliśmy. U nas w trasie składa się to mniej więcej na cykl 3 godzin. Godzina na karmienie i zabawę, następne 2 godziny na jazdę i znowu godzina na karmienie i zabawę. Dobrze na postojach wyciągnąć malca z fotelika i pozwolić „rozprostować mu kości” – poleżeć na płaskim, położyć trochę na brzuszku, pozwolić pofikać. Wiadomo, że nikt nie będzie nosił ze sobą w trasie maty do zabawy, ale już kanapa w restauracji czy na stacji benzynowej, duży przewijak czy inne płaskie i w miarę czyste powierzchnie pozwalają na zabawę pod nadzorem. W jednym punkcie po prostu złączyłam ze sobą dwa krzesła i mały mógł pofikać.

Nie oszukujmy się zbytnio. Całkowicie bez płaczu się nie da, więc warto się na płacz przygotować. Przyjęłam sobie zasadę, że jeśli mały nie płacze dłużej niż 10-15 minut i widzę w lusterku wstecznym, że wszystko jest ok – nie zatrzymuję się. Jeśli płacz się przedłuża – szukam bezpiecznego miejsca na postój. W szczególności jeśli chodzi o podróż autostradami – warto przyjąć sobie jakąś zasadę i nie reagować nerwowo przy każdym płaczu.

U nas droga zajęła niecałe 7h, wliczając w to dwie okołogodzinne przerwy. Pierwsza z nich wypadła za Toruniem na Orlenie na trasie A1, który na wyposażeniu ma cały pokoik do opieki nad niemowlęciem. Przy okazji można zatankować, zaopatrzyć się w prasę, wypić kawę (niestety mleka roślinnego nie ma) i coś zjeść (niekoniecznie zdrowo).

Druga przerwa wypadła nam w Rumi, a że nie chciałam zbytnio zbaczać z trasy, zajechaliśmy do Galerii Rumia. Niestety toalety w galerii nie są wyposażone w przewijaki :(, ale za to w Multikinie są, więc zaszliśmy do Multikina. Galeria nie poraża różnorodnością, ale można znaleźć miejsce na wypicie zdrowego soku (vide JUICING), przekąszenie pizzy, makaronu, sałatki czy włoskiej zupy oraz na wypicie kawy (mleko sojowe bywa, ale akurat nie było) wraz z pysznym deserem.

Stamtąd została już tylko godzinka jazdy do Helu, więc spokojnie dojechaliśmy i zaraz po przyjeździe wybraliśmy się na spacer, żeby mały trochę ochłonął i zaczął się powoli aklimatyzować. Wkrótce ruszamy na odkrywanie Helu i zobaczymy co się zmieniło od zeszłego roku.

 

 

W Poznaniu z alergikiem – lunche, kawa i lody

Był weekend w Gdańsku (więcej TUTAJ), było poszukiwanie ulubionego czarnego napoju karmiącej mamy we własnej dzielnicy (więcej TUTAJ), czas na powrót do miejsca, w którym spędziłam kilka lat i które darzę dużym sentymentem – Poznań.

Dokąd udać się w Poznaniu z alergikami i optymalnie zdążyć jeszcze na trykające się koziołki? Przede wszystkim odkrywamy okolice Starego Rynku, jak na koncentrycznie zbudowane miasto przystało, a następnie zapuszczamy się w okolice Górnej Wildy i rejony mojej Alma Mater – Uniwersytetu Ekonomicznego.

  1. Poranna kawa z mlekiem roślinnym na Starym Rynku – Costa Coffee lub Pod Pręgierzem Cafe
  2. Sorbety i lody wegańskie, ale nie tylko – na Wronieckiej, niedaleko Muzeum Blubry 6D – Lodziarnia Wroniecka 17 – przepyszne sorbety z mango, vege kokos, smaki tradycyjne, codziennie nowe, w ofercie wafelki bezglutenowe i bez laktozy.
  3. Lunch wegański w Je Sus na Taczaka – jeden z lepszych posiłków wegańskich jakie jadłam. W dodatku dla córki szefowa kuchni przyrządziła danie spoza karty – wegańskie pancakes z owocami. Porcja na tyle duża, że wystarczyło na obiad i kolację, a mała się nią zajadała. My z kolei próbowaliśmy lokalnego piwa, soku z wiśni i sajgonek. Trudno opisać menu, knajpa nie ma typowej karty i trzeba dowiadywać się o specjalności dnia u kelnerek, ale wszystko było przepyszne i zadowoliło nawet podniebienia mięsożerców!IMG_3103  IMG_3182
  4. Lunch vege / non-vege w restauracji Start – w przyjemnym słoneczku rozłożyliśmy się w ogródku i delektowaliśmy smakami kaczki, kaszotto, paelli z kurczakiem oraz stir fry. Restauracja oferuje coś dla każdego – dania mięsne, w wersji wegetariańskiej, a niektóre w wersji wegańskiej. Przyjemnie,przyzwoicie.IMG_3144      IMG_3145
  5. Popołudniowy deser w Kwadrat na Woźnej – wracamy w okolice Starego Rynku na popołudniowy deser i kawę. Ceny deserów warszawskie (12 PLN za kawałek ciasta), ale smaki dobre. Hitem był Porzeczkowy Spekulant. Zdjęcia nie zdążyłam zrobić, za szybko poszły :)

Jak widać, po Polsce można podróżować z weganami, wegetarianami, bezglutenowcami, uczulonymi na orzechy i innymi alergikami i to, co najważniejsze, bez swojego prowiantu. Do Poznania najpewniej zawitamy jeszcze nie raz, więc będziemy odkrywać nowe miejsca.

W Gdańsku z alergikiem – 5 adresów dla wymagających żołądków

Sezon wiosenno-letni w pełni, co oznacza, że częściej podróżujemy. Oprócz wszystkich typowych zagwozdek podróżujących z dziećmi mamy tę dodatkową – gdzie znaleźć restauracje, w których nasze alergiczne dziecię zje coś bezmlecznego? Poniżej krótka lista 5 wypróbowanych miejsc w centrum Gdańska.

Vege Bar ul. Długa 11 

IMG_3284Serwuje dania wegańskie i wegetariańskie. Miejsce bardziej w stylu bistro niż restauracji, z bardzo przystępnymi cenami. W dodatku za 7 PLN można napić się świeżo wyciskanych soków z marchwi, selera czy buraka. Natomiast wegańska pita powaliła na kolana nawet wycieczkowych głodomorów – nikt nie był w stanie zjeść jej do końca. Moja tortilla również była zacna i do zjedzenia.

Costa Coffee – coś dla mamy karmiącej alergika

Co do smaku kawy w tej sieciówce zdania są podzielone, jednak jej niezmiennym atutem jest to, że serwują kawy z mlekiem sojowym. W ofercie jest również kawa bezkofeinowa oraz ciekawa w smaku herbata z rozmarynem i limonką. Dla najmłodszych – świeżo wyciskane soki. I właśnie z tych powodów w trakcie podróży często tam zachodzę.

Nova Pierogova

Mieszcząca się niedaleko restauracji Basi Ritz Nova Pierogova (ul. Szafarnia 6) to niewielki lokal serwujący tradycyjne polskie danie na wiele sposobów. CIMG_3304iasto nie zawiera jajek. My skusiliśmy się na orientalne pierogi z krewetką i szpinakiem, podawane w sosie sojowym i sezamie. Dla dzieci dostępne w ofercie pierogi w kształcie serc z dowolnym nadzieniem (nasza pociecha wybrała truskawki). Polecam również herbatkę lipa – czarny bez z łyżką miodu.

Lody Naturalne ul. Długa

Pomiędzy Vege Barem a Costa Coffee, po przeciwnej stronie ulicy Długiej w sezonie lody wegańskie, tradycyjne i sorbety  – wszystko w wersji bez cukru oferują Lody Naturalne. Dostępne w wafelkach, wafelkach bezglutenowych oraz kubeczkach. Smaki zmieniają się codziennie i są wypisywane na tablicach.

Piwna 47

Mieszcząca się pod tym adresem restauracja o analogicznej nazwie serwuje ładnie podane dania kuchni europejskiej (w tym włoskiej i polskiej), niektóre w nowych odsłonach. Dla alergików dostępne mleko migdałowo-ryżowe, na śniadania placuszki „healthy pancakes” (ricotta może być serwowana oddzielnie), a na obiad sałata z kaczką czy makaron ryżowy z tofu. Przy dobrej pogodzie posiłek można spożyć na tarasie, u stóp Bazyliki Mariackiej, mając oko na dzieci biegające wokół jej makiety. Odnajdą się w niej również amatorzy ryb, owoców morza i mięsa.

Zobaczcie zresztą sami: Galeria zdjęć Piwna 47

Smacznego!