Jak mówić dziecku o śmierci…

No właśnie…jak. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, gdyż na szczęście jeszcze nie musiałam jej poznawać. Ale prędzej czy później temat się pojawi, a okres zaduszny tym bardziej sprzyja takim rozważaniom.

Moja trzylatka odwiedza z babcią i tatą grób swojego dziadka, ale jako że zmarł jeszcze przed jej pojawieniem się na świecie, de facto nie wie o co chodzi. Mimo to trudno jej wyjaśniać, że dziadek tam śpi, bo przecież nie śpi, a poza tym obawiam się takich pół-prawd. A co jeśli weźmie to dosłownie i będzie bała się zasnąć, żeby nie trafić na cmentarz?

Z drugiej strony coraz częściej pojawia się temat umierania, bo dzieci najwyraźniej rozmawiają o tym w przedszkolu. Jeśli jesteście wierzący wydaje się, że jest łatwiej – można opowiedzieć o duszy, o miejscu, do którego dusza trafia. Przekładając to na język dzieci możecie wspomnieć o niebie czy aniołkach.

Jak natomiast wytłumaczyć dziecku śmierć, jeśli nie jesteście osobami wierzącymi lub też uważacie, że jeszcze za wcześnie na wprowadzanie religii do ich życia, albo z jakiegokolwiek innego względu chcecie jakoś ubrać w dziecięce słowa tę smutną prawdę, że śmierć to pewnego rodzaju koniec (przynajmniej życia doczesnego), ale czeka każdego z nas? Osobiście nie jestem przekonana, czy stosowanie alegorii śmierci, porównywania jej do podróży, snu, lotu czy innych podobnych historii trafia do przedszkolaków, które wiele rzeczy biorą dosłownie. Moim zdaniem lepiej powiedzieć prawdę, w bardzo podstawowy sposób. Pradziadek żył, a teraz umarł, nie ma go, nie czuje głodu, nie oddycha – uff, ten temat jest tak trudny, że nawet na klawiaturze litery ciężko naciskać.

No cóż, nadal nie wiem jak się do tego zabrać, ale odnalazłam dwie książeczki, które mam nadzieję, że trafiają do dziecięcego umysłu. Poniżej krótko o nich.

Bajka o włosie Patryku…

Pozycja autorstwa Maliny Prześlugi, wydawnictwa Tashka, ilustrowana przez Agnieszkę Woźniak. W sposób mało melancholiczny opisuje historię tytułowego włosa Patryka, który zaczyna sobie zdawać sprawę, że inne włosy na głowie gospodarza powoli zaczynają wypadać. Nieuchronność tego zjawiska dopada Patryka, a kulminację osiąga, gdy z głowy wypada Anita, ukochana Patryka. Dosłowność przemijania, pokazanie schematu jestem – nie ma mnie, wypadłem jest moim zdaniem czymś, co może trafić do dzieci. Włos był, rósł, mieszkał na głowie, a potem wypadł i go nie ma. Tak jak nasi zmarli bliscy – byli, a teraz ich nie ma.

Chusta babci…

Historia autorstwa Asy Lind (tej od Piaskowego Wilka), wydawnictwo Zakamarki. Fabuła mniej więcej nakreśla się tak: Kiedy babcia wraca ze szpitala, w domu zbiera się cała rodzina. Panuje napięta atmosfera, dorośli krzątają się nerwowo, ktoś na kogoś krzyczy, ktoś płacze, szczekają psy. W całym tym chaosie dwoje dzieci stara się znaleźć miejsce, w którym będą mogły spokojnie pomyśleć. Nie jest to łatwe – na balkonie jest za zimno, z łazienki zostają przegonione – w końcu znajdują kryjówkę w namiocie zrobionym z chusty babci. Nareszcie mogą w spokoju, razem, pomyśleć. O łodziach i żonglerach, o babci i donicach, o życiu i śmierci, o wszystkim, co ważne, a o czym nie chcą czy nie potrafią rozmawiać z nimi dorośli. Kiedy parę dni później babcia odchodzi, dokładnie wiedzą, co mają zrobić…

Szczerze powiedziawszy przesłanie książki nie trafia do mnie aż tak dobitnie i moim zdaniem książka jest raczej przeznaczona dla nieco starszych dzieci. Z drugiej strony rzeczywiście może być tak, że w chwilach, gdy odchodzi ktoś bliski z rodziny, w szczególności w sposób naturalny, ze starości – wówczas dorośli porządkują swoje emocje zajmując się kwestiami organizacyjnymi. Mało kto myśli wówczas o tym, żeby jakoś wytłumaczyć tę sytuację dzieciom. Raczej odsuwa się je od tematu, chroniąc przed smutkiem, przed którym sami się bronimy, ale który i tak nas dopadnie. I może trochę o tym jest ta bajka. O tym, że dzieci znajdują swój azyl i na własny sposób razem myślą nad sytuacją.

***

Nie wiem czy te pozycje Wam pomogą i w ogóle nie wiem czy istnieje dobry sposób rozmawiania o śmierci, ale jestem przekonana, że ten trudny temat prędzej czy później trzeba podjąć i zacząć dzieci z nim oswajać, a zbliżający się czas temu służy.

Jeśli macie swoje dobre lub złe doświadczenia w przekazywaniu dzieciom tej smutnej prawdy – podzielcie się, pewnie wiele rodziców będzie Wam wdzięcznych za Wasze rady.

Ze starszakiem do muzeum

Byłam już z niemowlakiem w muzeum, ale czas najwyższy było odwiedzić to miejsce z moją przedszkolaczką. Co takiego można znaleźć dla starszaków w Muzeum Narodowym w Warszawie?

Muzeum oferuje cykl zajęć edukacyjnych dla opiekunów z dziećmi w wieku 3-4 lat. Cykl nosi nazwę „Trzy, cztery, start!” a zajęcia odbywają się raz w miesiącu. Nam udało się zapisać na niedziele i właśnie zapisy to najtrudniejsza część całego ćwiczenia. Muzeum dysponuje niewielką salką edukacyjną, w której mieście się co najwyżej kilkunastu milusińskich z opiekunami. Przyznacie, że jak na potrzeby Warszawy, to dość mało. O zapisach decyduje kolejność zgłoszeń i powstają podobno dość obszerne listy rezerwowych. W naszym przypadku oznaczało to wczesną pobudkę w pewien poniedziałkowy poranek (wstałam chyba przed 5), wydrukowanie formularza zgłoszeniowego, wypełnienie, podpisanie, zeskanowanie i wysyłkę mailową. W środku dnia już dostałam informację, że udało nam się dostać na zajęcia, więc lista podstawowa musiała się szybko zapełnić.

IMG_1017Jak wyglądają takie zajęcia? Na początku krótkie spotkanie w salce edukacyjnej i wstępne omówienie tematu. Edukatorka rozmawia z dziećmi (przy okazji można się wiele ciekawego dowiedzieć i porządnie naśmiać), a następnie dzieciaki chwytają muzealnego węża Baltazara, pokonują muzealne schody i wędrują do wybranych sal i pod wybrane dzieła sztuki. Mogą dowiedzieć się co to jest paleta, sztaluga, dotknąć płótna, poznać portrety i autoportrety, a także specyficzne narzędzia malarskie. Zawsze znajdzie się też jakaś zagadka, którą można rozwiązać z pomocą rodziców.

IMG_1021

Plan tematyczny zajęć na rok 2016 wygląda następująco.

PAŹDZIERNIK
Kto namalował obrazy?

LISTOPAD
Rzeźba – co to takiego?

GRUDZIEŃ
Na ile sposobów można namalować mamę i tatę?

STYCZEŃ
Kiedy będzie lato?

LUTY
Czy zwierzęta z obrazów istnieją?

MARZEC
Co się dzieje w Warszawie?

KWIECIEŃ
Gdzie rosną kwiaty?

MAJ
W co się bawić w Muzeum?

Po sesji w salach muzealnych cała grupa wraca z powrotem do salki edukacyjnej, gdzie może się trochę wyżyć artystycznie. Prace zbierane są w teczkach, które zostaną rozdane dzieciom i rodzicom na zakończenie całego cyklu zajęć.

Oprócz zapoznawania się ze sztuką dzieciaki odbierają inną ważną lekcję – jak się zachowywać w muzeum. Co wolno a czego nie wolno dotykać i po co w ogóle są te muzea.  Zajęcia może nie eksplodują feerią fajerwerków i atrakcji – w końcu dotyczą spraw poważniejszych. Dzieciaki nie poskaczą, nie wytracą za dużo energii, ale za to otrą się choć trochę o wyższą kulturę i wejdą w świat dorosłych, co i dla nich jest atrakcyjne. No i najważniejsze – to doskonały sposób na „quality time” z Waszym dzieckiem.

Mamuśka w delegacji

Już wiecie jak wyglądał u mnie powrót do pracy po drugim macierzyńskim. Ale nie wiecie pewnie, że moja praca wymaga czasami podróżowania. Po urodzeniu Olgi wizja pierwszej podróży służbowej za granicę była dla mnie przerażająca. Teraz, po urodzeniu Igora, bardziej obawiałam się tego, czy mój małżonek prześpi w spokoju tę noc i czy nie będę miała problemów z laktacją. Przez pierwsze dwa miesiące pracy byłam już w Pradze, Monachium i na malowniczej wsi pod Płockiem i wszyscy daliśmy radę. Moje rady dla (karmiących) mam, które też się wybierają w podróż służbową?

  1. I tak odpoczniecie :) Pamiętajcie, że jaka by ta podróż służbowa nie była, perspektywa nocy, w której śpicie ciągiem 6 godzin jest kusząca. A jak już nie uda Wam się zasnąć, to zawsze możecie tę noc przebalować – byleby wino nie utrzymało się w pokarmie do Waszego powrotu 😉 No i te duże hotelowe łóżka, do których nad ranem nie wskoczy żadne dziecko. To zasada numer jeden (trochę z przymrużeniem oka, bo nie zawsze z tym odpoczynkiem jest tak wesoło), żeby przestać się martwić.
  2. Tatuś. Nie martwcie się, poradzi sobie, a przy okazji złapie kontakt z dziećmi (w szczególności z tym młodszym). A do tego na pewno okaże się, że nagle niania wyprasuje mu koszulę (choć wcale nie musi), przygotuje obiad, teściowa wpadnie pomóc przy starszym dziecku i wieczornych rytuałach, a siostra wpadnie podtrzymać na duchu, pogadać i pomóc przy małym. Tak więc na koniec dnia będzie miał lepiej niż wówczas, gdybyś była w domu. No musi tylko przetrwać noc.
  3. Przygotowania. Pewnie nie byłybyście sobą, gdybyście nie zostawiły karteczek dla wszystkich po kolei (co kto ma zjeść, co wziąć do żłobka, co do przedszkola, jakie leki i witaminy itp.), a w dodatku pewnie przygotowałyście ubrania na dwa dni, jak i prowiant w lodówce…no cóż, kto tu w końcu wyjeżdża – na pewno wy???
  4. Telefony. Pamiętajcie, że są. Zatem nawet jak o czymś zapomniałyście – zawsze możecie zadzwonić.
  5. Laktacja. Stwarza chyba najwięcej anegdot,  wymaga pewnej dyscypliny i asertywności. Jeśli macie szefową – jest pewnie łatwiej. Jak szefa – zależy czy jest kumaty na tyle, żeby zrozumieć, że potrzebujecie „przerwy technicznej” w konferencji, albo że nie możecie w przerwie na kawę prowadzić akurat rozmów „networkingowych”. A jeśli nie jest – czasem pewne rzeczy trzeba powiedzieć wprost lub po prostu udać się do pokoju hotelowego. Oczywiście najczęściej przed samym wyjazdem psuje się laktator, albo na lotnisku okazuje się, że akurat Wasza torba „pika” i musicie wyciągać cały sprzęt przy wszystkich współpasażerach z biura… A jak już jednym razem nie musicie tego robić, to trafi Wam się wścibski kontrolujący i spyta na całą parę: To Pani karmi?? Oj, mnóstwo mniej lub bardziej kulturalnych odpowiedzi kołatało mi się po głowie. Moja propozycja to jednak ignorowanie tego typu uwag – to zadającym te pytania powinno być głupio, a nie Wam. Warto też trzymać sprzęt w bagażu podręcznym – w tym momencie jest on dużo ważniejszy niż służbowy laptop. Nie wiadomo też czy ze względu na opóźnienia nie będziecie musiały go użyć.
  6. Drobne grzeszki. Są rzeczy, których nie możecie spożywać ze względu na laktację? istnieje szansa, że na wyjeździe służbowym sobie pofolgujecie. Pamiętajcie tylko, że niektóre składniki czy alergeny utrzymują się w pokarmie matki dłużej niż czas trwania delegacji, więc trzeba z tym uważać.
  7. Powrót. Na to musicie się przygotować mentalnie. Wasz partner odda Wam dzieci ochoczo i to jak tylko znajdziecie się w progu domu, więc warto odpocząć w drodze powrotnej i zregenerować siły. Odpuśćcie sobie planowanie czegokolwiek na ten dzień lub wieczór – padniecie pewnie wszyscy razem :)

Szczypta dobrego nastawienia, wiary w męża/partnera (i cały zespół osób wspomagających), nutka dystansu i gotowy przepis na udany wyjazd. Miłej podróży!