Dzień z życia pracującej mamy

Czasami zastanawiam się jak oni to robią. Widuję ich w pracy, na ulicy, w kawiarniach. Dobrze wyglądają, opowiadają o ciekawych miejscach, podróżują, spełniają się zawodowo, mają dzieci, ćwiczą, należą do przedszkolnej rady rodziców, bawią się z dziećmi w piaskownicy – jak to wszystko naraz jest możliwe???

No i aż czasem ogarnia mnie delikatnie ujmując zawiść, gdyż ja w tym samym czasie jestem wiecznie niedospana, przemęczona, podziębiona, z podkrążonymi oczami, bez czasu na ćwiczenia lub też siły na weekendowe zabawy. Wiadomo, że u sąsiada trawa jest bardziej zielona, a tendencja do wychwytywania w wypowiedziach tego, za czym akurat tęsknimy jest silna. Postanowiłam zatem zrobić rachunek sumienia i podsumować czy u mnie rzeczywiście jest tak źle, na nic nie mam czasu, a może nie potrafię się zorganizować. Więc jak jest?

Rano

Do męża przylatuje szef wszystkich szefów, nie może zatem odwieźć dzisiaj rano dzieciaków. Wstaję po 5, karmię na pół-śpiąco synka, do 6 jestem w stanie zwlec się z łóżka. Ubieram małego, szykuję rzeczy dla córki. Mały ląduje na podłodze. Miotam się pomiędzy ubieraniem się, pakowaniem rzeczy do żłobka i przedszkola, makijażem i przygotowywaniem płatków owsianych na śniadanie. W międzyczasie mąż ubiera siebie i córkę siedząc na podłodze w pokoju syna i przygotowuje poranne mleczko dla córy. Po śniadaniu szybkie ogarnięcie kuchni, czesanie córki, ubieranie i wychodzimy. Pakuję dzieciaki do fotelików, składam wózek i jedziemy do żłobka. Wózek rozkładam, trafi do wózkarni. Mały na ręce, starsza za rączkę i lecimy do szatni. Rozbieranie, odprowadzanie do „cioci”, szybki wpis na listę i lecimy do przedszkola. W połowie drogi Olga przypomina sobie, że nie dała Igorkowi buziaka i zaczyna płakać. Dla dobra małego nie cofamy się i szybko staram się wymyślić coś, co odciągnie jej uwagę. Już wiem! Mieli w przedszkolu obserwować dojrzewanie granatów -no to zmieniam temat na granaty i dochodzimy do celu. Rozbieramy się, ochraniacze na buty, odstawienie do sali, buziak i lecę do samochodu. Znowu zajęło mi to dłużej niż myślałam, ale nie jest źle. Zdążę spokojnie na 9.

Przedpołudnie

Jednak nie zdążę. Zapomniałam w weekend zatankować i jadę na oparach. Na szczęście stacja dosłownie przy trasie do pracy. Szybkie tankowanie, o, może jeszcze wezmę mój ulubiony tygodnik, poczytam sobie (jasne, dziś wiem już, że całego nie przeczytam). Czy zbieram punkty? Tak, zbieram, ale konia z rzędem temu, kto znajdzie moją kartę… Dojeżdżam 09.15, tylko że nie mam gdzie zaparkować. Dzisiaj lecę na konferencję, na 09.00 miał być tzw. „key note speaker”. Innymi słowy -szycha. Do końca dnia wszyscy będą powtarzać co powiedział. No nic, szukam miejsca trochę dalej, dobiegnę jakoś na obcasach. Udaje się, parkuję, jeszcze parkomat. Płacę, bilet za szybę, lecę. Oczywiście czerwone na pasach, ale szybko zmienia się na zielone. Uff, to idę. Nie, nie idę, muszę cofnąć się do samochodu, zapomniałam laktatora z bagażnika…cholera. Wracam, dolatuję na miejsce konferencji (już ze wszystkim sprzętem) z ponadpółgodzinnym opóźnieniem. Nieźle, szycha pewnie już pojechała. Wchodzę na salę, a tam niespodzianka – kluczowy gość nie przybył :) Dalej konfa poszła gładko, rozmowy przy kawie, networking, sprawdzanie maili na smartphonie. Zbliża się 13 i umówiony lunch. Muszę jeszcze znaleźć miejsce na randkę z laktatorem. Biznesowe miejsca to na pewno nie miejsca przyjazne karmiącym mamom, więc jak zwykle pozostaje toaleta. No cóż, inaczej się nie da.

Lunch mija w przyjaznej atmosferze, omawiamy co trzeba i szybka ewakuacja, bo zaraz zaczynam swoją sesję dyskusyjną, którą moderuję. Trzeba znaleźć panelistów.

Popołudnie

Czas na sesję. Szybko ustalam z panelistami które z moich pytań są dla nich mniej lub bardziej wygodne, nakreślam pomysł i zaczynamy. Kończę panel, podziękowania, dalsze rozmowy, wymiana wizytówek. Pierwszy dzień konferencji się kończy. Niby druga połowa dnia, a ja już się czuję jakby był wieczór. Ale nie mogę już więcej pić kawy – wyczerpałam limit kofeiny dla karmiących. Po drodze do samochodu sprawdzam maile, co mogę – forwarduję i deleguję. Resztę oflagowuję – zajmę się wieczorem lub jutro. W drodze w stronę domu oddzwaniam do klientów i zespołu. Odpowiadam na zapytania, ustalamy plan działania. Jestem pod domem, ale jeszcze mam chwilę do odbioru dzieci. W pobliskiej kawiarni otwieram kompa i wypycham projekty. Czas lecieć do domu, wieczorem jeszcze zebranie w przedszkolu.

Wieczór

Wpadam do domu, witam się z dziećmi. Szybko karmię Igora, w międzyczasie wypytuję córkę o jej dzisiejszy dzień. Wraca mąż, przejmuje dzieci. Lecę na zebranie rady rodziców. Mało kto chciał się zgłosić, a rada musiała powstać, no to w końcu się zgodziłam. Zebranie trwało ponad 2h. Podzieliliśmy się funkcjami, uzupełnialiśmy papiery. Każdy leci do swojego domu i dzieci. Moje pociechy wykąpane, najedzone. Igor przeciera oczy. Z progu przejmuję go i idę karmić i usypiać. Mąż zajmuje się Olgą. Igor po jakimś czasie zasypia, a ja znowu siadam do kompa. Tym razem sprawy przedszkolne – musimy poumawiać się na zmianę pełnomocnictw w banku. Przy okazji zakupy (oczywiście przez internet, bo inaczej jest ciężko) – a to śliniak zawiązywany do żłobka, a to soczewki się skończyły, a to promocja butów zimowych dla Olgi z klubu zakupowego, a to filtry do wody, zawsze coś jest. Jeszcze zerkam na bloga i FB, uzupełniam posty, przeglądam pocztę prywatną. A! Do przedszkola jeszcze wydrukować rysunek grzybka dla dzieci. Przygotować mleko ryżowe dla Olgi, umyć laktator, jeszcze rachunek do zapłaty został. No i instrukcja dla opiekunki na jutro. No dobra – teraz mogę poćwiczyć…tyle tylko, że chciałabym się wyspać i choć chwilę porozmawiać z mężem. Kończy się zatem na lampce czerwonego wina, kostce czekolady i 30 minutach wymiany poglądów.

Noc

Nie, to jeszcze nie koniec. Igor budzi się przed północą i dostaje swoją kaszkę na noc (karmi go mąż). Jak będziemy mieć szczęście, następnym razem obudzi się na chwilę, bo coś mu się przyśni i sam zaśnie albo dopiero na karmienie o 5. Jak nie -mąż wstanie jeszcze do niego z 2 razy. Będzie poruszał się jak lunatyk, nawet opaska fitness nie zanotuje, że się obudził. Olga w międzyczasie wstanie co najmniej raz do łazienki, a może i kolejne razy, bo będzie chciała spać z nami lub coś nie spodoba jej się w pokoju.

No i jak tu się nie wściekać na tych, co wyglądają na wyspanych? Chociaż z drugiej strony rozumiem to, co wszyscy mówili mi w pierwszej ciąży: wyśpij się, póki możesz….

p.s. oczywiście utyskiwania i narzekania z lekkim przymrużeniem oka, ale jeśli w tym planie dnia widzicie pole do usprawnień organizacyjnych – chętnie posłucham dobrych rad 😉

Śniadanie dla przyszłych i karmiących mam

Mania śniadaniowa już dawno opanowała stolicę. Tym razem jednak jedna z najbardziej obleganych śniadaniowo knajp w centrum Warszawy mnie zaskoczyła – wprowadziła menu przyjazne mamom (karmiącym i tym przyszłym), a do tego mleko sojowe. Czy to nowy trend w bywaniu?

IMG_0778Aioli na Świętokrzyskiej, bo o tej knajpie mowa, wprowadziło do menu pozycje oznaczone piktogramem niemowlaka. Od razu zwróciły moją uwagę, ale nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Ze śniadań pozycją rekomendowaną dla mam jest Vege pizza (mozarella, pesto bazyliowe, szpinak, dynia karmelizowana, jajko, ser Feta, pestki dyni). Brzmi zachęcająco, jednak u mnie tym razem wygrał marynowany burak podawany z wędzoną rybą. Dlaczego jednak ten piktogram?

Otóż oznaczone niemowlaczkiem dania są pozycjami rekomendowanymi dla kobiet w ciąży i karmiących przez Samar Khanafer -uczestniczki finałowej 14
Master Chefa TVN wyróżnioną przez Gordona Ramseya i Michela Roux.

Tajemnica rozwiązana, brzmi przepysznie i następnym razem na pewno spróbuję. No i cenowo bez zmian – śniadanie w tygodniu zjesz za jedyne 10 PLN. Wyjaśnia to fakt, że po 9 na wolne miejsce trzeba już czekać, ale chętnych i tak nie brakuje.

 

 

Brownout – 10 symptomów zniechęcenia zawodowego

O wypaleniu zawodowym w mediach, a zatem i w naszej świadomości, coraz więcej, ale czy wiecie jakie są symptomy brownout’u? I co to w ogóle takiego ten brownout?

Na termin natknęłam się zupełnie przypadkiem, surfując po internecie. Jednak po przeczytaniu jednego artykułu o ‚zawodowym zniechęceniu’, postanowiłam temat zgłębić. Zresztą jego zgłębienie polecam każdemu kto pracuje w zespole lub sam doświadcza symptomów brownout’u.

Zniechęcenie, letarg, utrata zainteresowania wykonywaną pracą. Niby zjawiasz się w pracy, dotrzymujesz terminów. Ba! nawet robisz nadgodziny. Jesteś tam fizycznie, ale nie sercem. Jeśli to odczuwasz, to możesz cierpieć z powodu brownout’u (jak znacie polską nazwę – pomóżcie :), we wpisie będę zamiennie używać brownout i zniechęcenie).

Symptomy

Podobno poniższe 10 zachowań jest symptomatycznych dla brownout’u . Im więcej zauważasz u siebie, tym bardziej prawdopodobne, że jesteś w fazie zniechęcenia.

  1. Pracujesz długo, ale utraciłeś/aś zainteresowanie zadaniami. Praca jest dla ciebie nudą, nie daje Ci wyzwań intelektualnych, nie stymuluje Cię. 
  2. Masz poczucie, że zadania nigdy nie zostaną ukończone, że wykonujesz syzyfową pracę. 
  3. Nie wiesz dokąd zmierza Twoja kariera, nie podejmujesz ważnych decyzji.
  4. Na spotkaniach dajesz z siebie minimum, nie interesują Cię nowe sugestie. Wylewasz kubły zimnej wody na osoby zgłaszające nowe pomysły.
  5. Każda wymówka jest dobra, żeby się nie pojawić w pracy lub na spotkaniach. Z bólu głowy robisz migrenę, a z przeziębienia – grypę. 
  6. Sprawdzasz skrzynkę pocztową wcześnie rano i przed pójściem spać. Przyklejasz się do smartphone’a na wakacjach, w weekendy i nawet podczas spotkań ze znajomymi.
  7. Zaczynasz cierpieć fizycznie. Tracisz formę, jesz junk food, nie wysypiasz się, przestałeś/aś ćwiczyć. 
  8. Straciłeś/aś poczucie humoru i zmierzasz w stronę pasywnej agresywności . Odpowiadasz monosylabami.
  9. Życie rodzinne nie jest takiej jak dawniej. Wracasz późno do domu, oglądasz TV, wykazujesz małe zainteresowanie dziećmi i współmałżonkiem. Przyjaźnie odkładasz na półkę, zapominasz o swoich zainteresowaniach.
  10. Nie nienawidzisz szefa/owej, ale uważasz, że jest nieprzewidywalny/a i nie wiesz jak zareaguje na daną robotę.

Brownout pojawia się wtedy, gdy nie jesteście w oczywistej fazie kryzysu, ale czujecie się mniej zmotywowani, zachęceni, otwarci i poświęcający się danej sprawie niż wcześniej.

Jak z tym walczyć?

Odpowiedź na to pytanie jest o wiele ważniejsza niż wyszukiwanie w sobie pojawiających się symptomów zniechęcenia zawodowego (pewnie część z nich od czasu do czasu każdemu się zdarza). Co zatem zrobić , żeby zwalczyć zniechęcenie u siebie i u innych w zespole?

Przede wszystkim znaleźć przyczynę problemu. Jednym z głównych czynników prowadzących do zniechęcenia jest nadmiar raczej mało rozwojowej pracy, która ani nie stanowi dla nas wyzwania, ani nie jest stymulująca. Ale jest i trzeba ją zrobić. Warto więc porozmawiać z przełożonymi i proaktywnie zaproponować nową rolę dla siebie, którą postrzegamy jako wyzwanie (np. chciał(a)bym odpowiadać za stronę marketingową tego projektu).

 

W zdrowym ciele, zdrowy duch -i nie jest to tylko kolejna klisza. Pozostawanie w dobrej kondycji i dbanie o zbilansowaną dietę pomaga wyrwać się ze zniechęcenia. Spróbujcie jeździć rowerem do pracy, wchodzić po schodach zamiast windą lub wysiadać przystanek wcześniej i robić spacery.

Kolejny istotny czynnik to higiena snu i uwolnienie się od smartphone’a. Nie dotykajcie telefonu, komputera ani innych elektronicznych gadżetów na co najmniej godzinę przed snem. Zamiast tego – poczytajcie książkę lub gazetę, wyciszcie się. Jeśli już musicie koniecznie sprawdzać maila w wolny dzień – zróbcie to tylko raz dziennie.

Zidentyfikuj pożeraczy Twojej energii i zaplanuj konkretne działania zaradcze dotyczących tych, z którymi możesz coś zrobić (które są od Ciebie zależne).

Jeśli szefujesz – zaimplementuj system aktywnego partnerstwa w swoim zespole. Chodzi o stworzenie pola do otwartej rozmowy z kluczowymi pracownikami, identyfikację ich celów zarówno służbowych, jak i prywatnych i wsparcie ich w obu tych obszarach. Napisanie książki, zrzucenie kilku kilogramów, aktywny tryb życia, podróże – możecie umożliwić swoim cenionym pracownikom połączenie celów prywatnych ze służbowymi.

To jak? Myślicie o nadchodzącym poniedziałku pozytywnie czy negatywnie?

Źródła:

1. http://www.telegraph.co.uk/men/the-filter/11866571/Are-you-suffering-from-brownout.html

2.https://hbr.org/2015/01/prevent-your-star-performers-from-losing-passion-in-their-work

3. https://www.linkedin.com/pulse/sinking-feeling-burnout-brownout-whiteout-dr-nicola-bunting

Maluj, maluj czyli ze starszakiem do manikiurzystki

13921190_607643389406743_2709041873694486634_nPierwsze dni roku szkolnego za nami. Wyprawki już przyszykowane, zaniesione, pozostały pierwsze zebrania i uzupełnienie braków. Jak dla mnie – idealny czas na zasłużony relaks dla mam. A że termin ten zbiegł się w czasie z otwarciem salonu „maluj maluj” na Burakowskiej – no cóż, załóżmy, że zbieg okoliczności 😉

Salon ma bardzo przyjemny wystrój. Biel i szarość przełamane czarno-białą podłogą we wzory, do tego świeże kwiaty, wygodne fotele i kanapa, a także szampan, kawa i słodkości na otwarcie – dobrze się zaczęło.    IMG_0708 (1)   IMG_0712

Kolejną zaletą tego miejsca jest to, że jest przyjazne dzieciom. Nie ma może zbyt wielu miejsca na wózki, ale za to świetny kącik dla trochę starszych pociech. Zabawki, książeczki, kolorowanki, ekologiczne lizaki oraz specjalne lakiery do paznokci dla małych modniś chcących naśladować mamę, babcię czy opiekunkę. A do tego wszystkiego opieka i uwaga przesympatycznej p. Magdy – właścicielki salonu.

IMG_0715  IMG_0701 (1)

W salonie nie zapomniano też o tych dużo większych dzieciach – naszych mężczyznach 😉 Salon ma dedykowane usługi dla mężczyzn, w menu okraszone symbolem wąsów. Jest też linia męskich kosmetyków.was300-300x99

Na pierwszy rzut oka widać też profesjonalizm. Jest bardzo czysto, narzędzia są stautokerylizowane i odpakowywane bezpośrednio przed użyciem, manikiurzystki pracują w firmowych uniformach, rękawiczkach, z opaskami na włosach.IMG_0706

Oczywiście w salonie można napić się też kawy, herbaty, a także dostać mleko roślinne :) IMG_0714

 

Godziny otwarcia salonu są przyjazne również osobom pracującym. W tygodniu salon przyjmuje do godz. 20. Lokalizacja blisko Arkadii (w moim przypadku idealnie na trasie praca-dom) oraz w pobliżu restauracji Mielżyński i Maghreb (polecam hummusy!)

Przez pierwsze dwa tygodnie września 2016 obowiązuje promocja -30% na wszystkie usługi. Na otwarcie przybyto tak tłumnie, że niestety nie udało mi się skorzystać z usług. Wybieram się jednak z córką już w najbliższą sobotę, więc „własnoręcznie” ją sprawdzę. Moja córka była urzeczona tym miejscem i cały czas mnie pyta kiedy się znowu pojawimy w maluj maluj :) A że nazwa łatwo wpada w ucho, podejrzewam, że będę ją jeszcze nie raz słyszeć z ust córki w tym tygodniu.

 

.