Walka ze smokiem

To nie jest wpis o najnowszej książce fantasy godnej polecenia. Nie będzie też ani o Daenerys Targaryen z Gry o Tron, ani o grach na konsole. Nie będzie też o odzwyczajaniu dzieci od smoczka. Wprost przeciwnie – o walce z przyzwyczajaniem do smoczka :)

Wszystko zaczęło się po 6 tygodniu życia Igora. Nauczona doświadczeniem ze starszą córą, która nie chciała jeść mleka z piersi, wolałam za szybko nie wprowadzać smoka. Odczekałam więc te „przepisowe” 6 tygodni i okazało się, że mały w ogóle nie wie jak się zabrać do smoczka. Kilkudniowe próby z Philips Avent spełzły na niczym (starsza córka z kolei tolerowała tylko ten smoczek), więc przyszedł czas na wypróbowanie innych smoków. Zasięgnęłam opinii innych mam i wkrótce stałam się posiadaczką niezliczonych modeli smoczków. Soothie Avent (zamawiany przez Allegro i sprowadzany z USA), MAM, Lovi, Difrax – to niektóre z nich. Po kilku dniach odtrąbiłam sukces ze smoczkiem Lovi, ale wkrótce okazało się, że przedwcześnie. Mały possał go raz jakieś 2 minuty i przez kolejne tygodnie znowu nic z tego nie wyszło. Próby ze smoczkiem Soothie skończyły się na wymiotach…bardziej dosadnie nie mógł mi dać do zrozumienia, że to jednak nie jego ulubiony model.

MAM
MAM
Difrax
Difrax
Avent Shapes
Avent Shapes
Avent Classic
Avent Classic

Po drodze oczywiście słyszałam komentarze typu po co dajesz mu smoczek, to niezdrowo, potem będziesz pytać jak go od smoka odzwyczaić. Najgorsze co usłyszałam to to, że mały nie chce smoka, bo mam za chudy pokarm albo mam go za mało (sic!). Nie wiem co ma piernik do wiatraka i wiem też, że z moim pokarmem wszystko w porządku, jestem już doświadczoną mamą. Jednak mówienie takich rzeczy mamom, w szczególności świeżo upieczonym, naraża je na bardzo duży stres. Tymczasem w Polsce jest dość często rzucanym komentarzem…

Niemniej, łatwiej powiedzieć, niż w praktyce wykonać. Drugie dziecko, któremu też chciałam poświęcić czas i planowany powrót do pracy nie poprawiał mojego położenia, więc nie chciałam się poddać z próbami smoczkowymi. W końcu to głównie nie o uspokajacz, ale o smoczek przy butelce chodziło. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy i pozostawienia dziecka opiekunce lub w żłobku bez umiejętności jedzenia z butelki. Dowożenie 7 miesięcznego dziecka na karmienie do pracy również nie było dla mnie preferowanym rozwiązaniem, bardziej ostatecznością. Skoro nie zadziałało ze zwykłym smoczkiem (w końcu nie ma nagrody w postaci mleka), to zaczęłam próby butelkowe. Na początek znowu poszedł Avent, następnie Medela Calma, Lovi i Tommee Tippee. Niestety bez skutku. Przy Avencie trochę pociągnął, ale był to incydent.
Po 11 tygodniach walki i aktywnym wsparciu męża, godzinach płaczu i na zmęczeniu berbecia wreszcie udało mi się wcisnąć mu smoczek-uspokajacz firmy MAM. Idąc za ciosem od razu przelałamamanticolic_160ml_naturemeadows_cream_back230x250m swoje mleko do butelki MAM, oddałam dziecko mężowi, zacisnęłam kciuki i dosłownie uciekłam do kuchni. Po chwili usłyszałam: Udało się! Ssie! i to właśnie brzmiało dla mnie jak archimedesowska Eureka! Stres zszedł, odzyskałam pewną swobodę i już planujemy najbliższy weekend na Pomorzu z pierwszym wyjściem rodziców na imprezę :) Będę mogła zostawić dziecko pod opieką niani na dłużej niż 1h :))

Oto 10 rad, które w moim przypadku się sprawdziły:

  1. Nie poddawaj się. Uzbrój się w cierpliwość. To trwa niekiedy tygodniami. Czasem trzeba popróbować, potem odetchnąć i znowu zacząć próby. Czasami przerwa trwa tydzień, ale warto wracać do prób.
  2. Zaangażuj ojca dziecka lub osobę trzecią. Dziecku trudno się pogodzić, że mama podaje mu co innego niż pierś.
  3. Zacznij próby kiedy dziecko jest głodne, ale nie bardzo głodne. Chodzi o to, żeby zaczęło ssać, ale żeby nie było rozdrażnione, bo wówczas butelka może wywoływać złe skojarzenia.
  4. Nie bój się płaczu. To niestety tak wygląda. Dziecko się buntuje, manifestuje swoją niechęć do silikonu czy kauczuku. Nie należy oczywiście wpychać dziecku na siłę smoczka i czekać aż po godzinie padnie ze zmęczenia, ale doskonale będziesz wiedzieć kiedy przestać.
  5. Wypróbuj różne smoczki. Obserwuj dziecko. Po kilkunastu próbach zauważyłam, że mój maluch woli smoczki raczej krótsze i bardziej płaskie niż okrągłe. Kształt łezki typowy dla Aventu lub Difraxa mu nie pasował. Dlatego zwiększyłam intensywność prób ze smoczkiem MAM. Nie przeszkadzał mu jednak sam silikon, u nas była to kwestia kształtu, a nie materiału (lateks, silikon, kauczuk).
  6. Zanurz smoczek w mleku. Jeśli najpierw przyzwyczajasz do uspokajacza, możesz zanurzyć smoczek w mleku, żeby maluch poczuł jego smak. Niektóre mamy używają do tego czegoś słodkiego lub podają zamiast mleka słodki soczek w butelce. Ja mam dość restrykcyjne podejście do rozszerzania diety (do picia najpierw mleko, potem tylko woda, zaczynam od warzyw, owoce i kaszki później), więc nie skorzystałam z tej rady.
  7. Rytm sen-jedzenie-czuwanie. To jedna z lepszych porad, jakie otrzymałam. Obserwuj dziecko i wyczuj jego rytm dnia. Nie chodzi jednak o dobowy reżim dnia, ale o momenty kiedy dziecko śpi, kiedy je, a kiedy się bawi. Butelkę najlepiej podawać po wybudzeniu, kiedy maluch jest wypoczęty i trochę głodny. Z kolei smoczek uspokajacz – po zabawie, kiedy maluch staje się zmęczony i zbliża się ku zaśnięciu.
  8. Możesz oblać smoczek gorącą wodą i podać dziecku ciepły. Niektóre maluchy mogą nie chcieć złapać zimnego silikonu czy kauczuku. Lepiej podawać w temperaturze pokojowej lub lekko cieplejszy.
  9. Dziecko również musi się nauczyć innego typu ssania. Stąd początkowe próby mogą trwać krótko. Malec musi złapać o co w tym chodzi. Jedne dzieci łapią od razu, inne nie chcą w ogóle, inne potrzebują sporo czasu. Moje pierwsze dziecko od razu zaprzyjaźniło się ze smoczkiem, ale też nie miało problemu z jego odstawieniem w wieku 10 miesięcy. Z kolei drugie należało do ostatniej kategorii – uczyło się 11 tygodni :)
  10. Próby w półśnie. Jak już nie idzie inaczej możesz spróbować zastępować pierś i smoczek w trakcie karmienia. Podczas czuwania dziecko szybko się zorientuje i może zacząć płakać. Zatem można to ćwiczenie próbować powtarzać w porze karmień wieczornych czy nocnych, gdy malec je bardziej podświadomie niż świadomie.

Teneryfa Aparthotel El Duque – czy warto?

Przed wylotem na Teneryfę obiecałam Wam trochę zdjęć i recenzję hotelu. Wybraliśmy hotel El Duque, dostępny w kilku biurach podróży (m.in. TUI, Neckermann i ITAKA), lecieliśmy natomiast czarterem Enter Air.

Dla kogo?

Zanim napiszę coś więcej pamiętajcie, że polecieliśmy tam z trzymiesięcznym berbeciem i jego dwuipółletnią siostrą. W dodatku mały zachorował (o czym więcej TUTAJ), więc byliśmy mentalnie przygotowani na pobyt stacjonarny, bez fajerwerków, zwiedzania i dodatkowych wycieczek. Chcieliśmy spędzić familijny tydzień w ciepełku, pod palmami, na plaży i na basenie, nie martwiąc się o jedzenie, sprzątanie i szarą rzeczywistość. Do tego pospacerować, zobaczyć dużą wodę, ładne krajobrazy i uśmiechniętych, opalonych ludzi, a także zapewnić atrakcję starszej córce. Do tego pobyt nadawał się jak najbardziej. Jednak jeśli jedziecie ze starszymi dziećmi lub bez nich, może być nudnawo, w szczególności przez okres dłuższy niż tydzień. Nie jest to też miejsce dla rodziców, którzy nastawiają się na SPA i odnowę biologiczną. W grupie współpasażerów z Polski przeważały osoby z małymi dziećmi lub osoby starsze – znacie więc target :)

Położenie

Hotel położony jest ok 30-40 minut drogi autobusem od lotniska (transport organizowało biuro podróży), 10 minut spacerkiem od plaży. Plaże są albo nawożone grubym żwirem, albo z wulkanicznym czarnym piaskiem – jak na zdjęciu, ale piaszczyste i da się w nich bawić.

IMG_2743     IMG_2746

Wzdłuż plaży rozciąga się zadbana promenada z kawiarenkami, restauracjami, sklepikami i podobnymi atrakcjami.

IMG_2747  IMG_2748

W pobliżu supermercado (można tam kupić m.in. pieluchy i słoiczki dla dzieci), para-apteka, knajpki, kryta sala zabaw i lekarz, a także odzieżowe centrum handlowe. Pełnoprawna apteka oddalona o jakieś 10-15 minut pieszo.

Ceny i rodzaje lokalnych pieluch (z Dodota korzystaliśmy i było ok).

IMG_2770 IMG_2769

Hotel i jego atrakcje

Mieszkaliśmy w dość przestronnym apartamencie (sypialnia, pokój z aneksem kuchennym, łazienka, taras), z tarasem wychodzącym na basen. Pokój nie odbiegał zbytnio od tego, co widać na zdjęciach umieszczonych na stronie internetowej hotelu. Było czysto i nie widzieliśmy żadnych nieproszonych insektów.

Aneks kuchenny wyposażony w elektryczną dwupalnikową płytę i naczynia oraz mikrofalówkę. Mankamentem był brak czajnika elektrycznego.

W sypialni twin bed zamiast double bed. Starsza córka spała więc na nierozkładanej kanapie przed tv, bo zamiast dostawki dostała łóżeczko niemowlęce (i oczywiście ze względu na rozmiar go nie wykorzystywała).

Hotel ma dwa baseny. Ten obok głównej restauracji, na który wychodziły nasze okna miał dwie części. Basen duży dla umiejących pływać / dorosłych do 1,8m głębokości. Druga część to brodzik dla dzieci. Raczej nie był podgrzewany, ale woda była wystarczająco ciepła na harce dwuipółlatki. Wkoło basenu rozłożone leżaki i parasole, a obok restauracja i bar.W drugiej części ośrodka mniejszy basen, ale bez brodzika dla dzieci (czyli cichszy).

IMG_2845

Park zabaw/plac zabaw nie powalał, ale dla dzieci w wieku przedszkolnym wystarczy, biorąc pod uwagę wiecznie dobrą pogodę, basen i plażę. Dzieci miały do dyspozycji kilka bujaczków, wiszące siedzisko, mały basen z piłkami, stoliki do rysowania, huśtawkę i zjeżdżalnię z drabinkami. Były też różne luźne zabawki.

Siłownia z kolei bardzo dobrze wyposażona i w pełni profesjonalna.

Kuchnia 
Jedzenie – każdy znajdzie coś dla siebie, bogaty wybór, Najbardziej monotematyczne są śniadania (jajka w różnej postaci, parówki, fasola plus chleb i tosty, nabiał dżemy. Najbardziej rozbudowany jest bufet kolacyjny. Daliśmy radę z uczuleniem na jajka, mleko i nabiał. Najtrudniej będą mieli weganie, ale też się pożywią (zdarzały się dahle z cieciorką, soczewica, dużo sałatek). Nie widziałam też chleba/makaronów bezglutenowych, ale pojawiał się ryż. Do każdego dania owoce. Dostępne tez są lody (bez sorbetów, wiec nie próbowałam). Dania nie są może super wykwintne, ale bardzo przyzwoite.

Minusy

Jak dla nas minusami były

  • głośne wieczorne animacje (do północy) tuż pod naszymi oknami. Jednak dzieciaki były tak zmęczone po całych dniach, że zasypiały pomimo hałasu.
  • w sypialni twin bed zamiast double bed
  • brak czajnika elektrycznego

Jednak ogólne wrażenie pozytywne!

Co chcecie dostać na Dzień Matki?

Trochę przewrotna lista prezentów na Dzień Matki. Jak na magoistkę przystało, wychodzę z własnego punktu widzenia – co ja jako podwójna młoda matka chciałabym dostać? A co Wy chcecie?

Z reguły media bombardują nas informacjami co możemy kupić naszym mamom i dzieciom. Ja natomiast zachęcam Was do zastanowienia się nad swoimi potrzebami i zrobienia listy rzeczy dla siebie.

Kategoria I: Bank Czasu
Prezenty z tej kategorii to nic innego jak zastępstwo – na godzinę, dwie, regularnie lub mniej, a może nawet na cały weekend. Po to, aby ten czas wykorzystać dla siebie.
1) weekend dla siebie i koleżanek
Cisza, wygłupy, wino, zdjęcia, wspominki i relaks. Najlepiej poza miastem zamieszkania. Tak sobie przypomnieć jak to było bez zobowiązań. Najważniejszy jeden warunek – rozmawiać o wszystkim, byleby nie o dzieciach!
2) voucher na wyjście we dwoje
Nie chodzi o bilet do kina czy teatru, ale o voucher na opiekę nad dziećmi. Czas zorganizujemy sobie sami. Wyjść z mężem i porozmawiać o rzeczach mniej lub bardziej ważnych, ale różnych od prozy życia i problemów opiekuńczo-pielęgnacyjno-wychowawczych.
3) dzień z uśmiechem (bez buntu, jęków i narzekań)
 
Idealny prezent od starszych dzieci – przez jeden dzień chcieć od mamy niewiele :) Dzień bez wiecznego mamo, mamcia, mamusia, a gdzie jest, leży, kiedy, po co, na co itp…..
4) regularne wolne 2 godziny tygodniowo
Czas na realizację swoich pasji, pisanie bloga, powrót do nauki języka czy też wyjście na fitness. Zamiast postanowienia noworocznego :)
Kategoria II: MIEĆ
 
6) coś spersonalizowanego
Laurka, własnoręcznie zrobiony lizak, rogal marciński lub pizza – wszystko DIY od dziecka sprawia radość :) Może to też być spersonalizowana biżuteria lub czekoladki z własną wiadomością dla mamy, a może obraz z odciśniętą małą stópką.  Idealnym rozwiązaniem są też zdjęcia – posortowane, obrobione, w albumach własnej roboty lub też stworzonych online.
7) coś czego sama sobie nie kupię, bo i) szkoda mi pieniędzy ii) nigdy nie mam czasu, iii) zawsze jest coś ważniejszego
Nieważne co to jest, ważne, że to chcę / chciałam / marzę o tym lub też co jakiś czas o tym przebąkuję. A może przebąkiwałam i już nawet zapomniałam – tym większa będzie niespodzianka. Przy okazji mały teścik jak dobrze znacie się w rodzinie 😉
8) gadżet ułatwiający życie, niekoniecznie niezbędny
Prezent wymagający wysiłku włożonego w poszukiwania i to jest w tym najpiękniejsze – świadomość, że ktoś ten wysiłek dla nas włożył. Mogą to być designerskie słuchawki bezprzewodowe, opaska fitness (więcej czytaj TUTAJ), wieszak na torebkę czy etui na biżuterię. A może pomysłowy koc piknikowy na rodzinne wypady.
9) bardzo dobre wino na zakończenie karmienia. Może też być szampan :)
Nic dodać, nic ująć. Moje wino już leżakuje i czeka na odpowiedni moment.
10) audio-książki i muzyka – coś dla umilenia spacerów
Macierzyństwo ma to do siebie, że trudno niekiedy wgłębić się w lekturę. Ale przy dzieciach zasypiających tylko w ruchomym wózku audiobooki zdają egzamin. Podobnie dobra muzyka :)
Kategoria III: BYĆ
11) pomysły na miłe spędzenie czasu z dziećmi
Wychowywanie dzieci to nie tylko działania wychowawcze, ale też szukanie inspiracji i informacji, co wymaga czasu i wysiłku. Jeśli w prezencie ktoś wykona ten wysiłek za mnie, znajdzie ciekawe miejsca na weekend, teatrzyki, zabawy, sale zabaw, zajęcia sportowe dla dzieci czy też miejsce, w którym można pojawić się z niemowlakiem – jak dla mnie to jeden z ciekawszych i bardziej pomysłowych prezentów.
12) wizyta u specjalisty maści wszelakiej
Stylista, fryzjer, masażysta, kosmetolog, dermatolog, instruktor kite surfingu, jazdy na rolkach, trener personalny, dietetyk – co kto lubi. Chodzi o to, żeby połknąć bakcyla, spróbować czegoś nowego lub odświeżyć stare umiejętności, albo po prostu lepiej się poczuć.
13) wspólne spędzanie czasu
Miły obiad rodzinny w ciekawym miejscu, zorganizowanie pikniku na łączce, wypad do parku liniowego, sali zabaw lub nawet do ZOO – wszystko pod warunkiem, że mama nie będzie musiała się włączyć w organizację, a jedynie pojawić i dobrze bawić :)
To moja lista zachcianek na ten rok. Część z nich już została spełniona, część mam nadzieję, że będzie – jak nie teraz, to może za rok.
Co dodacie do tego od siebie?

Choroba dziecka na zagranicznym urlopie

Przygotowania, oczekiwania, odliczanie i w końcu upragniony urlop. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem i już pierwszego dnia po przylocie okazuje się, że nasz niemowlaczek zachorował. Rzęzi, charczy, kaszle i świszcze, więc to nie żarty. Jak sobie z tym poradziliśmy i czy udało nam się pourlopować?

Oczywiście na początku adrenalina i stres. U tak małego dziecka nietrudno o zapalenie oskrzeli czy płuc. Po nieprzespanej nocy zdecydowaliśmy się zadzwonić do naszego ubezpieczyciela (jak pamiętacie, wykupiliśmy dla dzieci dodatkowe ubezpieczenie NNW i Kosztów Leczenia). Po usłyszeniu, że mówimy o 3 m-cznym dziecku konsultanci w ciągu kilkunastu minut skontaktowali się z lekarzem i umówili wizytę. Okazało się, że lekarką jest Polka pracująca na wyspie, więc nie było problemu z tłumaczeniem objawów choroby na angielski czy hiszpański. Przyjechała do nas do hotelu, przebadała małego na miejscu i przepisała stosowne leki. Dała nam 24 godziny na zaaplikowanie leków, oklepywania pleców i zapowiedziała się z ponowną wizytą. Gdyby u małego pojawiła się gorączka, trafilibyśmy do szpitala (na szczęście w pobliżu były dwa). Tamtejsi lekarze nie przepisują bowiem antybiotyków „na wszelki wypadek”. Konieczne byłyby dodatkowe badania, głównie rentgen płuc i badania krwi (morfologia i potwierdzenie czy to infekcja wirusowa czy bakteryjna). Co ciekawe, lekarka nie kazała nam dziecka przegrzewać, normalnie wychodzić na spacery (mały nie miał gorączki), jedynie przestrzegać pór aplikacji leków. Dodatkowo jako karmiąca mama dostałam zakaz jedzenia nabiału (i tak nie jem ze względu na alergię) oraz bananów! Według lekarki pożywienie to zwiększa produkcję śluzu, a tego w sytuacji zajęcia oskrzeli chcieliśmy uniknąć.
Leki zabrane ze sobą do apteczki podróżnej nie były zbytnio pomocne (może poza witaminą C w formie kropelek), potrzebowaliśmy leków na receptę. Natomiast cieszyłam się, że miałam ze sobą strzykawki. Gdyby mały nie chciał zbytnio pić, podawałabym mu elektrolity właśnie strzykawką. Nie było to jednak konieczne.
Wyposażeni w recepty ruszyliśmy na poszukiwanie apteki, która mieściła się w odległości 10-minutowego spaceru.  Lokalni farmaceuci świetnie mówili po angielsku. Wytłumaczyli nam sposób używania „aerochamber”, czyli takiej tuby do aplikacji wziewnej leku i ponownie poinstruowali co do częstotliwości i ilości podawania małemu pozostałych leków w kroplach.
Nie czekając na powrót do hotelu tuż po realizacji recepty podaliśmy Igorowi pierwsze dawki leków. Od razu widać było poprawę w oddychaniu, więc i stres lekko spadł. Czekałam jednak na efekt kolejnych dawek leków i zastanawiałam się czy spędzimy ten urlop w szpitalu. Na wszelki wypadek nosiłam przy sobie nasze paszporty i karty EKUZ.
Kolejna noc nie była spokojna, ale gorączka nie pojawiła się. Ponowna wizyta lekarki potwierdziła osłuchową poprawę i wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Mały do końca pobytu był podziębiony, ale dzielnie nam towarzyszył zarówno na plaży, spacerach, jak i na basenie (oczywiście nie pływał). Tuż po powrocie do kraju udaliśmy się do naszej pediatry, która doleczyła infekcję.
Co było ważne oprócz oczywistych kwestii typu czujność czy zachowanie spokoju? Przede wszystkim wcześniejsze przygotowania i dodatkowe ubezpieczenie (kosztowało na dwoje dzieci ok. 100 PLN, a zwrot za same leki wyniesie ponad 30 EUR). Ubezpieczenie dawało nam komfort psychiczny, możliwość kontaktu z kimś w języku polskim i, jak się okazało na miejscu, wizytę „hotelową” polskiego lekarza. Nie musieliśmy za to nic płacić, a po powrocie wystąpiłam o zwrot kosztów leków zakupionych w aptece. Dobrze też, że nie czekaliśmy i od razu skontaktowaliśmy się z lekarzem, nie warto bagatelizować pierwszych objawów u niemowlaków, gdyż infekcje szybko się rozwijają w tak małym organizmie.
Mimo wszystko pobyt wakacyjny był udany i wróciliśmy szczęśliwie do kraju bogatsi o nowe doświadczenia.
Następnym razem na planowany dwutygodniowy pobyt w Bułgarii zabieram ze sobą sprzęt do nebulizacji i Berodual do inhalacji :)

Z niemowlakiem…w samolocie

Skarbem, który należy chować i to dobrze chować są nasze pociechy. Niestety niekiedy należałoby je też dobrze schować….w szczególności, gdy w zamkniętej przestrzeni (samolot) jest ukrytych kilkanaście takich niespokrewnionych ze sobą skarbów. Jak przetrwać podróż samolotem z dzieckiem i niemowlakiem? I to jeszcze tak, żeby inni przetrwali?

Jak już wiecie z posta Z niemowlakiem…na lotnisku, wybraliśmy się na majówkę na Wyspy Kanaryjskie. Pomysł super, wykonanie ciut trudniejsze, ale warto było. Lot w jedną stronę to, w zależności od okoliczności, 5,5-6h. Jak na pierwszy lot niemowlęcia, to sporo. Ale jak na pierwszy lot niemowlęcia ze starszą siostrą i to na trzech siedzeniach obok siebie – to jeszcze więcej.

Zajmijmy się najpierw niemowlęciem. Droga z bramki do samolotu tym razem niestety autobusem. Niestety, bo to dodatkowe utrudnienie. Po pierwsze wózek oddaje się wówczas na płycie lotniska przy samolocie. Po drugie, kolejna zmiana temperatury i strasznie wieje na płycie lotniska, więc trzeba dziecko ubierać i rozbierać (pamiętajcie, żeby zabrać czapeczkę, bluzę do bagażu podręcznego). Po trzecie, w autobusie tłoczno i trzeba dobrze dzieci trzymać. Dla motających się rodziców z dziećmi można na ten czas rozważyć omotanie dziecka w chustę. Ewentualnie pozostaje włożenie w nosidło, ale 3 m-czne dziecko jest raczej na nosidło za małe.

Udało się dojechać. Mąż zajął się oddawaniem wózka i noszeniem bagaży, ja z dziećmi poszłam prosto do samolotu. Wyglądało to trochę komicznie. Młodsze uwieszone na rękach, a starsza córka uwieszona u nogi :), do tego po drodze zgarniam pas bezpieczeństwa dla niemowlęcia (niemowlęta dostają swój pas, który się zakłada na pas rodzica). Czasami przy wejściu dostaje się też kamizelkę dla niemowlęcia. Byliśmy co prawda z najmłodszym zestawem dzieci, ale nie jedyni z dwójką. Wszystkich dzieciatych usadzono z tyłu samolotu, blisko toalet z przewijakiem (in plus) i blisko innych dzieci (in plus lub in minus, zależy jak na to patrzeć :)). Dostaliśmy też miejsca w jednym rzędzie (warto o to się postarać, żebyście nie musieli dzielić między sobą bagażu podręcznego). Igor (kategoria Infant) na kolanach u mamy, Olga już z własnym miejscem (było to dla niej sporym wydarzeniem). Córka była w zasadzie już weteranką podróży samolotowej (była to już jej 14 czy 15 podróż samolotem), ale tym razem leciała już w pełni świadoma, poprzednie razy nie bardzo pamiętała.

Lecąc z dziećmi bagaż podręczny zawsze składuję pod siedzeniem z przodu. W trakcie lotu non stop trzeba coś dzieciom wyciągać lub chować (np. na czas serwisu), więc otwieranie luku nad głowami byłoby dużym utrudnieniem. Na początek zawsze wyciągam coś do picia (można też lizaka) dla starszej oraz kocyk dla niemowlaka (żeby go przykryć jak włączą klimę). Coś do picia, lizak, guma dla starszych dzieci przydaje się podczas startu i lądowania. Przełykanie napoju czy ssanie pozwala na odetkanie uszu, które zatykają się przy zmianie wysokości, mogą też boleć. Jeśli dziecko gorzej znosi start lub lądowanie, poproście stewardessy o gorące kubeczki. Pomiędzy dwa kubki wkłada się wacik z gorącą wodą (powinien być odciśnięty, żeby wrzątek nie kapał) i zakłada po jednym takim zestawie na każde ucho. Pod ręką oprócz tego mam też zabawkę na początek lotu, ewentualnie telefon lub tablet z nagranymi bajkami.

Zaczynamy kołować, tłumaczę starszej zasady bezpieczeństwa. Przy locie tam jest tak przejęta, że się nie buntuje. Z powrotem utrzymanie jej w ryzach jest trudniejsze, ale się udaje. Podaję wodę do picia, ale zostaje przekupiona przez rodziców dzieci siedzących z tyłu lizakiem i z powrotem będziemy musieli kupić jej lizaka. Na szczęście w domu ich nie je, więc zęby nie ucierpią zbytnio 😉 Młodsze dziecko zostaje przystawione do piersi (której nigdy nie odmawia) i problem zatkanych uszu mamy z głowy.

Starsza córka jest na tyle duża, że obchodzi się bez kocyków, czapeczek itp. Ale młodszemu serwuję cienką czapeczkę z przykrytymi uszami i cienki kocyk – klimatyzacja jednak trochę ziębi.

Teraz prawdziwa zabawa, czyli jak sprawić, żeby tak małe dzieci w miarę grzecznie wytrwały przez cały lot, nie kopiąc przy tym stewardess, nie obijając foteli współpasażerów lub też nie wpadając w histerię. Przy niemowlaku istotne jest zachowanie jego rytmu dobowego oraz rytmu sen-karmienie-zabawa. Sprawdziło się to i u nas. Najgorsze to doprowadzić dziecko do stanu skrajnego zmęczenia – może zacząć się dłuuugi i głośny płacz. Przy starszej córce jest już trudniej. Nasza nie lubi spać w dzień i potrzebuje do tego wyciszenia, a tu w grę wchodzi ekscytacja, hałas, inne dzieci i różne emocje. Próbujemy zatem wyciszyć ją poprzez spokojniejsze zabawy (u nas sprawdziły się zgadywanki Czu Czu dla 3-latków). Posiłkujemy się też bajkami na tablecie i kredkami. Warto zabrać również jakąś małą nową zabawkę, która zainteresuje dziecko przez nieco dłuższy czas. Dobrze dobierać zabawki niezbyt głośne , żeby nie przeszkadzać innym. Sprawdza się także zamiana miejsca – raz od okna, raz w środku, raz od przejścia i wszelkie interakcje z sąsiadami :)

Korzystanie z toalety z dziećmi jest wyzwaniem w trakcie serwisu, kiedy wózek blokuje przejście. Na szczęście stewardessy rozumieją, że dzieci nie mają cierpliwości i często sygnalizują potrzeby w ostatnim momencie, więc spokojnie można prosić o przesuwanie wózka i utorowanie drogi. W samolocie dostępny jest mały i twardy przewijak – dobrze mieć dla niemowlaka własną matę (np. taką, w którą wyposażane są torby do wózka) i pieluchę, które położymy na przewijak. Niezawodne są także pachnące woreczki na zmieniane pieluchy (np. Paklaki). Zawijamy wszystko w woreczek, wyrzucamy do kosza i pozbywamy się śmierdzącego problemu.

Jak już wiecie, moje dzieci są alergiczne, więc dbam o to, żeby w podróży miały co jeść. Pamiętajcie także, że samoloty mają czasem opóźnienia, można też utknąć na lotnisku przez kilka godzin. Warto mieć zapas większy niż na podróż zgodną z harmonogramem, w szczególności mleka. Tym razem udało się nam dostać pieczonego kurczaka z fasolką i mogliśmy coś zjeść z menu samolotowego. Z reguły jednak jest ciężko i mamy coś na podorędziu. Wystarczy chociażby kanapka czy sałatka, ale może też być obiadek w opakowaniu szklanym, plastikowym do podgrzania w mikrofali czy też w wyciskanej tubce. Można zabrać też obiadek własnej roboty w termosie. Do tego jakieś dozwolone przekąski, owoce (najlepiej te mniej soczyste) i warzywa (typu marchew, papryka czy seler naciowy).

Jak już jemy, to często to, co jemy ląduje na bluzeczce. Nie wspominam już o zalaniach. Dlatego mamy przy sobie zestaw rzeczy na zmianę (dla obojga dzieci plus uwaga – dla mamy!). Raz zapomniałam wziąć dla siebie zestawu na zmianę i musiałam przebrać się w podkoszulkę męża…

Loty nocne wyglądają zdecydowanie lepiej, gdy dzieci śpią. Podczas naszej 10-godzinnej podróży do Wietnamu, nasza ówcześnie ponadroczna córka większość lotu przespała na kocach u nas w nogach. Dobrze postarać się o miejsce przy wyjściach z większą ilością miejsca na nogi. Dziecko się tam doskonale umości.

Nie jest to to samo, co podróże bez dzieci, ale nie jest też aż tak źle i traumatycznie, a wraz z wiekiem dzieci jest coraz łatwiej. Warto się zatem przemęczyć, żeby dolecieć do miejsca naszych wakacji.

Życzę Wam samych udanych lotów z dziećmi!

 

 

ŚWIĘTUJEMY – STO LAJK!

Moi Drodzy, dzięki Wam udało się przekroczyć liczbę 100 osób śledzących Magoistkę na Facebook’u – WIELKIE DZIĘKUJĘ!

Oto lista 5 najbardziej popularnych wpisów.

  1. Jak to robią Koreanki – 1723 odbiorców
  2. Z niemowlakiem…charytatywnie – 1617 odbiorców
  3. Naturalne ekologiczne peelingi – 1606 odbiorców
  4. Omotani – 800 odbiorców
  5. 10 typowych prezentów na baby shower – 730 odbiorców

Chcecie czytać o podobnych tematach? A może warto zwrócić uwagę na coś innego? Piszcie!