10 typowych prezentów na baby shower

Baby shower w polskim wydaniu to często impreza damsko-męska, która pozwala młodym rodzicom spotkać się w gronie znajomych jeszcze przed pojawieniem się maleństwa. W tradycyjnym wydaniu jest to impreza wyłącznie dla kobiet, które spotykają się z przyszłą mamą i rozmawiają o macierzyństwie. Ja zdecydowanie wolę opcję pierwszą. Dla niewprawionych w tego typu imprezach podpowiadamy co można kupić młodym rodzicom na baby shower. Dzisiaj lista 10 typowych prezentów, wkrótce prezenty mniej typowe.

1) gryzaki, maskotki, grzechotki

fabrykawafelkow.pl
fabrykawafelkow.pl
smyk.com
smyk.com

 

 

 

 

 

 

 

Na zdjęciu nieśmiertelny hit światowy – żyrafka Sophie, którą dzieci rzeczywiście uwielbiają. Do tego rozmaite gryzaki, chwytaki, zabawki szeleszczące, do wózka, nad łóżeczko, z pozytywką, dzwoneczkami lub bez. Dla oczekujących pierwszego dziecka wszystko może być atrakcyjne – ważne, żeby zabawki posiadały odpowiednie atesty i były produkowane dla noworodków i niemowląt. Warto też uzgodnić między sobą jakie zabawki chcecie przynieść, żeby rodzice nie dostali dziesięciu gryzaków. Można też podpytać rodziców lub kogoś blisko z nimi związanego o ich preferencje – czy wolą zabawki drewniane czy materiałowe, czy już coś mają itp. Jeśli macie znajomą rehabilitantkę lub kogoś, kto z dzieckiem przeszedł wczesną rehabilitację – poleci niekoniecznie drogie, ale wspomagające rozwój dziecka zabawki, ułatwiające otwarcie rączki czy też chwyt. Zabawki dla niemowląt mogą być czarno-białe lub w jaskrawych kolorach – takie barwy dzieciaczki lepiej widzą.

Dla chcących wydać więcej dobrym prezentem są maty edukacyjne. Dobra mata powinna izolować dziecko od podłoża, być wykonana z rożnych tekstur materiałów, mieć jaskrawą kolorystykę oraz odpinane zabawki (część z nich wydająca dźwięki, np. dzwoneczek, przydatne tez nietłukące się lusterko), oraz metki czy inne części do pociągania.
2) tort pieluchowy

http://wyjatkowe-upominki.pl/
http://wyjatkowe-upominki.pl/

Tradycja amerykańska w polskim wydaniu. Najlepiej sprawdzają się torty robione własnoręcznie. Na rolkę po ręczniku papierowym można warstwami nawinąć pieluchy, przewiązać kokardami a między nie powtykać inne małe akcesoria, emblematy czy co nam przyjdzie do głowy. Mój tort pieluchowy umiejscowiony był na ceramicznej paterze do ciasta (do tej pory używam), a pieluchy nawinięte były na butelkę od szampana :) Szampan już się zużył… 😉

3) kocyki

http://www.poscieldladzieci.pl/
http://www.poscieldladzieci.pl/

Kocyki i innego rodzaju narzutki, w tym np. chusty bambusowe, sprawdzają się nie tylko przy wózkach, w łóżeczkach czy też fotelikach, ale mogą posłużyć również jako prześcieradełko czy zasłonka do karmienia. Warto dobrać je do kolorystyki wózka lub wystroju pokoju dziecięcego, a także do pory roku. Jedne z bardziej popularnych to kocyki z polaru minky i drukowanej bawełny (jak na zdjęciu). Alternatywą mogą być popularne śpiworki.

4) ramki i albumy na zdjęcia

mamasandpapas.com
mamasandpapas.com

Nie ulega wątpliwości, ze warto zachować te ulotne chwile ciąży i wczesnego macierzyństwa, wiec wszelkie ramki i albumy na zdjęcia są mile widziane. można wpisać do takiego albumu życzenia dla bobaska już na samej imprezie baby shower.  W Polsce trudno dostać polskie albumy bez stron o chrzcie i katolickich świętach, więc jeśli wasi znajomi są ateistami lub innego wyznania, poszukajcie albumów anglojęzycznych. Oprócz albumów dobrym pomysłem są ramki na odcisk stóp, szkatułki na drobiazgi czy tez karty opisujące kroki milowe w życiu niemowlęcia.

5) otulacze, rożki

http://otulacz.pl/pl/2
http://otulacz.pl/pl/2

O Tuliku i Woombie pisałam już wcześniej (Tulik vs. Woombie). Oprócz tego na rynku znajdziemy inne rożki, otulacze i chusty służące do początkowego krępowania dzieci. Mogą z powodzeniem zastąpić kocyki i śpiworki, a także ukoić dolegliwości kolkowe i pomoc w usypianiu noworodków.

6) termofor

misterb_pola_sposob_na_kolke

kolejny przedmiot pomagajacy w walce z kolka. Oprocz kompresow zelowych i starodawnych termoforow, znajdziemy termofory z wypelnieniem ziarnami, wszytym w maskotki (Sterntaler) czy z wkladem solnym (Mr B).

7) Szumisie

http://szumisiesklep.pl/ Fot. Jakub Szymczuk /FOTO GOSC
http://szumisiesklep.pl/
Fot. Jakub Szymczuk /FOTO GOSC

Kolejny hit ostatnich lat – maskotki emitujące biały szum, podobny do dźwięków słyszanych w okresie płodowym. Szumisie wydaja piec rodzajów dźwięków:

  • dwa dźwięki suszarki,
  • wody płodowe z biciem serca,
  • fale morskie,
  • padający deszcz

8) smoczki i butelki, akcesoria do karmienia

IMG_0391

Noworodki i niemowlęta bywają uparte i trudno dopasować im ich ulubione butelki. Warto jednak mieć jakąś pod ręką. Zatem nie radzę kupowania dużych zestawów butelek, bo może się okazać, że mama będzie początkowo wyłącznie karmić piersią lub też dzieciaczkowi dany rodzaj butelki nie podpasuje. Wybór niestety następuje metodą prób i błędów, więc dobrze kupić jedną butelkę danego rodzaju i sprawdzić. Co do smoczków i akcesoriów do karmienia – przydatne mogą okazać się Doidy Cups lub inne kubeczki na późniejszy okres niemowlęctwa.

9) ubranka

mothercare.com.pl
mothercare.com.pl

Przyszłej mamie najczęściej trudno się powstrzymać i nie kupować słodkich ubranek dla smyka. Na baby shower warto zatem przynieść ubranka w większych rozmiarach, np. 68 na okres 3-6 miesięcy. Pamiętajcie jednak o ich dopasowaniu do pory roku. Ubranka dla noworodków (rozmiar 56) najczęściej już są skompletowane, a ponadto zazwyczaj wystarczają na pierwszy miesiąc życia, a w przypadku większych noworodków mogą być za małe praktycznie od samego początku. Oprócz lub zamiast klasycznych body i pajacyków warto kupić coś droższego, bardziej eleganckiego – na specjalne okazje (np. marka Jacadi Paris).

10) książki o macierzyństwie i dla dzieci 

mamo-tato-co-ty-na-to-o-opiece-pielegnacji-i-rozwoju-waszego-malenstwa-dvd-u-iext7133587

empik.com
empik.com

 

 

 

 

 

 

 

Trudno obdarowywać niemowlęta książkami, ale wyjątkiem jest seria książeczek czarno-białych i kontrastowych, np. o zwierzątkach czy przedmiotach użytkowych otaczających niemowlęta. U nas świetnie się sprawdziły i pomagały w przyciąganiu uwagi córki (ułatwiając różne ćwiczenia). Dla dorosłych warto kupić coś już o samym rodzicielstwie, gdyż nie wszystkiego uczą w szkołach rodzenia. Książki Pawła Zawitkowskiego pomogą poznać tajniki prawidłowego noszenia niemowląt, a Tracy Hogg przekaże swoje metody wychowawcze. Oczywiście warto wcześniej zasięgnąć języka i poznać opinie rodziców na ten temat. Z drugiej strony, dopóki nie rodzice nie zapoznają się z daną metodą, nie są w stanie się do niej odnieść :)

Jeśli macie swoje patenty na prezenty na baby shower – dajcie znać!

Baby jazz…czyli jak przewrotnie udało mi się uniknąć baby bluesa

Idylla, uśmiechnięta mama wraca do domu z przesłodkim noworodkiem, świeżo upieczony tatuś wnosi potomka w foteliku przez próg, tam czeka na nich cała uśmiechnięta rodzinka składająca gratulacje i roztkliwiająca się nad maleństwem… tak to wygląda w kampaniach reklamowych, ale życie pisze inne scenariusze.

Z mojej perspektywy wyglądało to mniej więcej tak – zmęczona i obolała mama wraca do domu i chciałaby się tym nacieszyć i odsapnąć, odreagować pobyt w szpitalu, ale zaraz trzeba karmić, przewijać, kąpać, wypełniać papierkologię, pojawiają się nieprzespane noce, frustracja, zmęczenie, rutyna, nie można posiłkować się zbytnio kofeiną. Do tego dochodzi lęk czy sobie poradzę z noworodkiem (szczególnie przy pierwszym dziecku) oraz nawał pokarmu i związany z tym ból i niedogodności. Samopoczucie jak zaminowane pole po wojnie….

Okazuje się, że dni przelatują, a my nadal nieumalowane, jak dobrze pójdzie – to umyte, wiecznie w pozycji karmiącej, pojawia się ból kręgosłupa, brzuch nadal jak w 5 miesiącu ciąży, o biuście nie wspomnę, zaczynają się telefony gratulacyjne i zapowiedzi odwiedzin, a my mamy ochotę wszystkich odprawić z kwitkiem. No i przychodzi taki dzień, że wstajemy i zaczynamy ryczeć (np. z powodu tego, że za późno jemy śniadanie, albo że nie mamy czasu na prysznic…).  Tak wyglądało za pierwszym razem i spodziewałam się podobnej reakcji po drugim porodzie. Tymczasem…

Scenariusz podobny jak wcześniej – powrót do domu, w którym tym razem już jest nasza starsza córcia, za którą tęskniłam w szpitalu, a dalej podobnie, obowiązki, nawał pokarmu, ale… Starsza wygląda coś niewyraźnie, kicha, prycha, dostaje gorączki. Okazuje się, że wszyscy pediatrzy w okolicy zajęci, pozostaje prywatna wizyta domowa, na którą trzeba czekać osiem godzin. Mała czuje się coraz gorzej, wprowadzamy podział domu na dwie części – mama z noworodkiem w jednej, tata ze starszą córką w drugiej. Porządnie wietrzymy, żeby pozbyć się zarazków, wymieniamy pościel. Temperatura w domu spada przez to wietrzenie, więc włączamy kaloryfer…i kolejna niespodzianka. Nie działa. Dzwonimy do administracji. Informacja – awaria węzła ciepłowniczego w całym sektorze, ogrzewania nie będzie przez ok. 2 doby. Jak nie ma ogrzewania, nie ma też ciepłej wody – super. Mamy styczeń, na szczęście największe przymrozki minęły, ale temperatura w okolicach zera. No to tworzymy kokony, synek śpi ze mną w łóżku w otulaczu, śpiworku, w czapeczce i przykryty moją kołdrą. Późnym wieczorem pojawia się lekarz – zapalenie oskrzeli, antybiotyk, wszystkie apteki już zamknięte. Zostaję zatem sama w domu z 4-dniowym noworodkiem i chorą marudzącą dwulatką, którą trzeba uśpić, mąż jedzie do apteki całodobowej. Usypiam ją z małym przy piersi pełna obaw czy się nie zarazi (lekarz powiedział jednoznacznie – jeśli coś podłapie, od razu szpital). Wraca mąż, dajemy małej antybiotyk, wracamy do podziału mieszkania…

Po dwóch dniach walki wszystko wraca do jakiej takiej normy. Mamy ogrzewanie i ciepłą wodę. Antybiotyk zaczyna działać, ale mała cały przyszły tydzień ma zostać w domu (czyli ze mną i małym..?!). Mąż wraca do pracy, więc prosimy o pomoc opiekunkę, która po dwóch dniach się rozkłada i choruje przez tydzień. Na szczęście są ferie zimowe, ściągamy do siebie babcię – i tyle z mojego założenia, że pierwszy miesiąc chcemy się zaaklimatyzować i spędzić czas z noworodkiem w naszym wąskim gronie, tylko z krótkimi odwiedzinami…

Mija tydzień, córka zdrowieje i idzie do żłobka, syn się jakoś nie zaraził, babcia wyjechała, mąż w pracy, ja z tymi samymi obowiązkami o dziwo też nadal zdrowa i….przy okazji w całej tej wrzawie przeminął też ten dzień baby blues’a, o którym nawet nie zdążyłam pomyśleć. Tak oto nasz domowy baby jazz zastąpił baby blues…

Czego nie wiedziałam o macierzyństwie?

Wczoraj minął równy miesiąc odkąd nasz synek przyszedł na świat. Oficjalnie zatem przestał być noworodkiem i od dzisiaj wchodzi w okres niemowlęcy. Lekko sentymentalnie postanowiłam podsumować rzeczy, które zaskoczyły mnie w początkowym okresie macierzyństwa za pierwszym i drugim razem.

Laktacja i karmienie

To chyba największy szok mojego macierzyństwa. Te wszystkie piękne obrazki karmiącej i szczęśliwej mamy, presja otoczenia i położnych na naturalne karmienie, zapewnienia jakie to cudowne doświadczenie itp. Moje zdanie na ten temat jest inne, szczególnie jak chodzi o początki karmienia, które kojarzą mi się z wycieńczeniem i bólem. Naczytałam się o karmieniu przez 20 minut co 3 godziny, a tymczasem początki wyglądają tak, że dziecko cały czas wisi przy piersi i najlepiej ubrać się w piżamę, włączyć tv lub opakować się książkami, audiobookami i spędzać tak doba za dobą. Zdarza się też, że coś idzie nie tak i wtedy potrzebna jest pomoc doradcy. Gdyby mi zrobić zdjęcie na plakat w tym okresie to żadna mama nie chciałaby karmić piersią 😉 Na drugi poród pojechałam już zaopatrzona w laktator, nakładki, kontakt do doradcy laktacyjnego, wszelkiego rodzaju maści i smarowidła oraz w postanowienie, że w najgorszym razie będzie butla i tyle. Okazało się, że nie było to potrzebne, więc chyba ten dystans i poczucie,że mam wszystko na podorędziu były najważniejsze.

Funkcjonowanie bez snu

Oczywiście całą ciążę słyszymy, żeby się wysypiać, bo przyjdą gorsze czasy. Niestety, nie da się wyspać na zapas i o ile po pierwszym porodzie poziom adrenaliny trzymał mnie w stanie gotowości z minimalna ilością snu przez pierwszy miesiąc, o tyle po drugim już nie dałabym rady tak funkcjonować. Zatem przysypiam wszędzie i o każdej porze dnia i nocy – nawet 15 czy 30 minut mnie ratuje, często przedkładam sen nad zrobienie czegoś do jedzenia :) Oczywiście zaopatrzyłam się też w dobre kremy pod oczy, żeby worki sięgały bliżej niż dalej 😉 Czasami jedna dodatkowa godzina snu dzieli mamę niewyspaną i sfrustrowaną od mamy nadal niewyspanej, ale już cierpliwej, więc wykorzystuję każdą pomoc i okazję, żeby się zdrzemnąć.

Mama zawsze winna – presja otoczenia

Przy problemach z karmieniem pierwszego dziecka wielokrotnie słyszałam uwagi wypowiadane pretensjonalno-pouczającym tonem typu „To mama cię jeszcze nie nauczyła dobrze ssać?” (uwagi niby do mnie, ale wypowiadane do noworodka!). Jak poczytamy fora dla matek i różne artykuły to niestety wciąż bardzo często po pierwsze pisze się tylko o mamach (w kontekście laktacji jest to zrozumiałe, ale w kontekście cierpliwości, kąpieli, regulacji snu dziecka itp. – już nie), po drugie jej potrzeby sprowadza się do stwierdzenia, że może i cierpi, ale przecież najważniejsze jest spełnienie potrzeb dziecka i matka zawsze trafia na ostatni plan. Poniekąd to prawda, ale nie dajmy się zwariować. Moim zdaniem wystarczy być wystarczająco dobrą i pogodzoną ze sobą mamą niż perfekcyjną, ale wiecznie zaganianą, niedospaną i sfrustrowaną. Macierzyństwo nauczyło mnie sporego dystansu do oczekiwań społeczeństwa i odczytywania swoich własnych wewnętrznych potrzeb.

Każdy ma rację…

To w szczególności było uderzające przy pierwszym dziecku. My, młodzi rodzice, całkowicie zieleni w kwestii pielęgnacji i wychowywania dzieci, oczekiwaliśmy porad i pomocy od personelu medycznego, doświadczonych mam, położnych szpitalnych i środowiskowych. Okazało się, że każda z pytanych osób ma swoją własną jedynie słuszną teorię i trudno było znaleźć kogoś, kto powiedziałby, że teorie są różne, zależą od takich czynników, jedni mówią tak, inni tak, najnowsze badania tak i musicie wybrać coś, co odpowiada waszemu stylowi. Nauczyłam się, że decyzję podejmujemy my i nie ma sensu słuchać wszystkich dookoła, ale nie można też z góry odrzucać porad. Warto wpatrzyć się w swoje dziecko i wypracować styl metodami, które nas przekonują.

Jesteś mój/moja, ale nie znam Cię

I tu pojawia się temat instynktu macierzyńskiego. Jeśli ktoś rozumie to jako wrodzona umiejętność kobiet do opieki nad dzieckiem, karmienia i odczytywania jego potrzeb, to ja jej najwyraźniej nie mam. Nie wiem kto ukuł ten termin, ale to mniej więcej tak, jakbym dała mężowi dzidę i kazała przynieść do domu mięso mamuta, bo jako mężczyzna ma instynkt łowczy… Macierzyństwo nauczyło mnie, ze macierzyństwa trzeba się nauczyć i to często systemem akcja-reakcja czy metodą prób i błędów przy wsparciu innych, doświadczonych osób. I nie ma w tym niczego złego, że na początku nie mamy pojęcia jak się do tego wszystkiego zabrać.

Z drugim jest łatwiej?

Z jednej strony tak, towarzyszy nam mniej lęków, jesteśmy bardziej pewni siebie, zdobyliśmy już rodzicielskie doświadczenie. Z drugiej strony nie możemy we dwoje zajmować się tylko jednym dzieckiem, bo nasz starszak wymaga w tym okresie szczególnej uwagi. Co więcej, dzieci mogą się diametralnie różnić i to, co działało przy pierwszym niekoniecznie będzie przydatne przy drugim. Nauczyłam się, że każde dziecko jest swoistym indywiduum i nie można wszystkich traktować jedną miarą, co nie oznacza, że nie można kalkować części sprawdzonych rozwiązań.

Duma i lęk

Nie wiedziałam także, że można być tak bardzo dumnym z tak prozaicznych rzeczy. Wydalenie smółki, kolor kupy, przybieranie na wadze – wcześniej brzmiało to jak bełkot nawiedzonych matek. Z drugiej strony nie sądziłam, że pojawi się taki wielki, często nieracjonalny lęk, z którym cały czas usiłuję walczyć i który zapewne nie opuści mnie do końca życia. Na początku było to zrywanie się przy każdym rzężeniu, sprawdzanie czy dziecko oddycha. Lęk o to czy dobrze je, przybiera na wadze, jak będzie znosiło szczepienia, w trakcie choroby, zabawy na placyku (czy nie spadnie, nie złamie nóg), jak się zaaklimatyzuje w żłobku, a potem w przedszkolu – można by mnożyć przykłady. Nauczyłam się jednak pozostawiać ten lęk w sobie i nie okazywać go dzieciom, żeby nie bały się odkrywania świata. Dzielę się tymi obawami tylko z mężem, a jak sobie pogadamy i się z tego pośmiejemy, to i lęki wydają się mniejsze.

Zapomnij o planowaniu

Wizyta u lekarza, obiad o 13, zakupy przez Internet o 15? Życie szybko zweryfikowało moje wszelkie próby organizacji dnia (naiwna naczytałam się o rutynie i myślałam, że będzie jak w zegarku), w szczególności w początkowym okresie. Na pytanie o której będziemy odpowiadałam po czasie z reguły godzinnym przedziałem czasowym :) Jedno dziecko w ogóle nie chciało spać za dnia – jedynie na dwugodzinnych spacerach (niestety ja wtedy spać nie mogłam), a drugie tylko u mamy na rękach lub wisząc na piersi. Na pierwszy miesiąc musiałam porzucić zatem swoją zorganizowaną naturę i iść całkowicie na żywioł uzbrojona w duuuużą dozę cierpliwości. Nauczyłam się zatem elastyczności i odejścia od perfekcjonizmu.

Uff…macierzyństwo to pouczająca przygoda :)

 

 

Z niemowlakiem…charytatywnie

Dzisiaj nasz jeszcze noworodek spełnił dobry uczynek i wybrał się z mamą na spotkanie Fundacji Mam Marzenie (FMM). Co tam robił? Co ciekawego w Fundacji i dlaczego warto wykorzystać urlop macierzyński na działalność pro bono? Przeczytajcie sami.

Rola Igorka była niezwykle odpowiedzialna. Musiał wsiąść do samochodu w foteliku, dojechać na miejsce spotkania, poczekać na mamę i wrócić do domu bez zająknięcia. Chyba świadomy był faktu, że spotkanie jest niezwykle ważne, bo zadanie wykonał na medal i przespał ponad 2,5 godziny :)
Co słychać w Fundacji Mam Marzenie? Dzieje się wiele, ale najnowsza inicjatywa jest niezwykle ciekawa. Oto filmik promujący nową akcję, której celem jest zbiórka 110 tyś. złotych dla FMM na spełnienie marzeń dzieci, które chcą pojechać do Disneylandu. W najbliższy wtorek w Pałacu Kultury i Nauki o godz. 19.30 odbędzie się premiera filmu 110% z udziałem sportowców, sponsorów i gwiazd. Sportowcy zdecydowali się przekazać FMM osobiste przedmioty. Dochód z ich licytacji zostanie przeznaczony na spełnienie marzeń dzieciaków.

 

Wejdźcie na POMAGAM.PL 110% i pomóżcie spełnić marzenia dzieci, podopiecznych fundacji Mam marzenie.

Urlop macierzyński to okres, w którym zostajemy odcięte (niekiedy z dnia na dzień :)) od swojego dotychczasowego życia. Brakuje nam spotkań z ludźmi, ekscytację zastępuje rutyna i „proza życia”. Z drugiej strony, mamy więcej czasu spojrzeń na pewne aspekty naszego życia z dystansu, odcinamy się bowiem psychicznie od codziennej gonitwy praca, rozwój, dom. Warto wykorzystać ten moment na chociażby minimalną działalność charytatywną czy społeczną. Wszystko po to, żeby uzupełnić „work-life balance” spełnieniem potrzeby bezinteresownej pomocy innym, która drzemie głęboko w nas i dopełnia sens życia. W tym okresie jesteśmy szczególnie wrażliwi na los dzieci, więc moim zdaniem warto dołożyć swoją cegiełkę.1-procent

Jeśli stwierdzicie, że nie znajdziecie chwili na pomoc, to może już teraz warto zastanowić się dla kogo prześlecie swój 1% podatku? Wystarczy wpisać nr KRS w formularz PIT – to trwa tylko kilka sekund, a może wiele zdziałać. My już mamy fundacyjny kubek wspierający kampanię 1%, a na nim w roli modelki walcząca dzielnie z chorobą 12-letnia Julia, której marzeniem było właśnie zostać modelką. Zobaczcie jak pięknie wyszła na sesji zdjęciowej.

Zachęcam wszystkich do refleksji nad tematem oraz do wspierania organizacji charytatywnych! Jeśli chcecie się wzruszyć, zobaczcie sami jak warto pomagać dla takich uśmiechów i rozdziawionych buziek dzieciaków!

 

3 tygodnie po cesarce

Tuż po powrocie z porodówki pisałam Wam jak z mojej perspektywy wyglądało cesarskie cięcie (Cesarka – nie taki diabeł straszny). Teraz, gdy minęły trzy tygodnie połogu, chciałabym się zmierzyć z tym, czego najbardziej się obawiałam przed zabiegiem – szeroko opisywanym długim powrotem do formy.

Nie mam co prawda porównania z porodem naturalnym, ale z mojej perspektywy nie jest źle. Pierwsze doby są trudniejsze, chociaż ból pozabiegowy łagodzony jest środkami przeciwbólowymi, ale dochodzi do tego stres związany z macierzyństwem (szczególnie po wypisie ze szpitala, gdy zostajemy z noworodkiem same) oraz trudy karmienia i laktacji. Środki przeciwbólowe przestałam brać w dniu wypisu (ostatnia dawkę paracetamolu wzięłam „na drogę” – jazda po polskich wyboistych drogach po cesarce jest trudna :)). Dostałam co prawda receptę na ketonal, ale jej nie zrealizowałam, nie było potrzeby.

W pierwszym tygodniu warto się oszczędzać – można zajmować się dzieckiem, ale lepiej nie dźwigać zakupów, wanienki wypełnionej wodą czy też nie spać na brzuchu. Mnie niewygodnie spało się też na boku, więc w pierwszym tygodniu pozostało znienawidzone przeze mnie spanie na wznak. Można zacząć wykonywać proste ćwiczenia, których opis dostałam w szpitalu, ale nie jest to zajęcie dla fanek fitnessu 😉 Wybawieniem były spacery, na które wybraliśmy się po 3-dniowym werandowaniu. Pozwoliły mi się rozruszać i poczuć, że powoli wracam do życia. Koniec pierwszego tygodnia to też wizyta kontrolna w szpitalu – wypadła ok, chociaż idealnie by było, gdyby zeszły wszystkie dodatkowe kilogramy…cóż, nie wiem jak to robią celebrytki, mnie pozostaje jeszcze poczekać do końca połogu i wziąć się za ćwiczenia. Miejsce wokół blizny jest jeszcze nabrzmiałe i lekko spuchnięte, ale można powoli zaczynać drugi etap pielęgnacji blizny. Szwy miałam rozpuszczalne, więc odpada mi konieczność ich zdjęcia.

Drugi tydzień to już pewna stabilizacja laktacji (na szczęście) i miru domowego. Rana się ładnie zabliźnia, schodzi opuchlizna, można zacząć stosować solcoseryl, żeby stymulować gojenie się rany i zabliźnianie. U nas przyszedł też czas na wizyty domowe najbliższych, którzy chcieli powitać i zobaczyć nasze maleństwo. To też moment kiedy powoli zaczęłam zapominać o operacji. Rana mniej dokuczała, można spać na boku i na spacerach chodzić coraz żwawszym krokiem. Można zatem zająć się papierkologią, wizytami patronażowymi itp.

Trzeci tydzień to już w zasadzie powrót do normalności. Nadal nie dźwigam sporych ciężarów (trochę dla wygody), chociaż zdarza mi się już podnosić starszą córkę. Spać mogę w jakiej pozycji chcę i w zasadzie najtrudniejsze są teraz nieprzespane noce i wieczne przystawianie małego ssaka do piersi (co sprowadza moją aktywność do siedzenia na fotelu i słuchania audiobooków). Marzę o kilkugodzinnej przerwie w karmieniu, ale przyjdzie na to poczekać. O bólu i bliźnie zapomniałam, funkcjonuję normalnie. Po tygodniu stosowania solcoserylu przeszłam na trzeci etap pielęgnacji blizny – contratubex. Wygląda teraz jak cienka kreseczka w kształcie uśmiechu :) (przynajmniej tak wolę o niej myśleć). Przy drugiej cesarce pocieszające jest to, że lekarze wycinają pierwszą bliznę, więc na koniec dnia pozostajemy z jedną.

To, co mi najbardziej przypomina o tym, że to dopiero trzy tygodnie to dodatkowe kilogramy ;)!

Czy u Was było podobnie?

 

Jaglanka – super food!

Kasza jaglana, trochę zapomniana, ale powracająca do łask królowa kasz. Idealna na śniadanie, obiad, deser a nawet przystawkę, w wersji na słodko i na wytrawnie. Łuskana z prosa, nie zawiera glutenu i doskonale zastępuje inne glutenowe dodatki skrobiowe. Co więcej, kleik jaglany nadaje się do zagęszczania potraw czy też robienia domowych kisieli. Szukacie inspiracji? Oto kilka moich ulubionych przepisów.

Śniadanie

Kasza jaglana ugotowana na mokro, z mlekiem krowim lub roślinnym lub też wersja na wodzie, z dodatkiem ulubionych owoców świeżych i suszonych, przetworów, orzechów i ziaren, z cynamonem, kardamonem, wanilią, syropem klonowym, z agawy lub kremem karobowym, a może z bananami i czekoladą lub jagodami, z mlekiem kokosowym, daktylami, granatem- wszystko zależy od Waszej fantazji.

W wersji dla leniwych lub długo śpiących – płatki jaglane, które zamiast gotowania wystarczy zalać wrzątkiem i potrzymać pod przykryciem – pożywne śniadanie gotowe w parę minut!

W wersji letniej zamiast typowej śniadaniowej jaglanki można przygotować pyszny jaglany koktajl.

Dla zwolenników kanapek – kasza jaglana może stanowić element różnorakich past do pieczywa jako ich baza i zagęstnik.

Przystawka

Tu bezkonkurencyjny przepis na tatara z kaszy jaglanej i pomidorów suszonych. Smakuje wybornie i świetnie komponuje się z innymi dodatkami – kaparami, ogórkami kiszonymi czy czymkolwiek, co macie pod ręką.

Za przystawkę mogą również posłużyć pasztety przygotowywane na bazie kaszy jaglanej lub pierożki nadziewane kaszą jaglaną i innymi dodatkami (pieczarkami, dynią).

Obiad

Niezastąpione burgery jaglane (dla niegotujących polecam jaglanexy z Krowarzyw), które można łączyć z innymi skladnikami, np. burakami czy batatami. Łatwiejsze wersje obiadowe to kasza jaglana z dodatkiem warzyw czy zapiekanki z kaszą jaglaną. W kompozycjach obiadowych kasza może zastąpić inne dodatki skrobiowe.

Desery i ciasta

Jedno z najprostszych ciast świata – jaglane Rafaello, w wersji ciasta lub słodkich kuleczek.

Warto spróbować także dwóch wersji jaglanej szarlotki (z lub bez jajek). Szarlotka z jajkami / bez jajek.

Niezłym pomysłem na deser jest też jaglany budyń lub babeczki jaglano-wiśniowe.

Smacznego!

 

Jestem w drodze – znaczek dla ciężarnych

Początek mojego 9-ego miesiąca ciąży przypadł akurat na okres przedświąteczny i przedsylwestrowy. Starałam się unikać bieganiny po sklepach, jednak zabrakło nam wcześniej weny na jeden prezent i musiałam go w końcu kupić. Jako że byłam już na zwolnieniu podeszłam do tematu pragmatycznie – pójdę w samym środku dnia, poza porą lunchową, żeby uniknąć kolejek, załatwić szybko temat i wrócić z powrotem. W końcu te kilkanaście kilogramów więcej nie motywowały mnie zbytnio do spędzania czasu w centrum handlowym. Pech chciał, że wcale tak luźno w tym centrum nie było, zrobiła się spora kolejka, jednocześnie wchodziła druga zmiana sprzedawczyń i w końcu stałam w kolejce ponad 30 minut. Przede mną mama z dwójką małych dzieci i mężczyzna w sile wieku (35+). Trudno było nie zauważyć, że jestem w końcówce ciąży, co ów pan wykorzystał na pytania typu czy chłopiec czy dziewczynka, który tydzień, które dziecko i w którym szpitalu rodzę (sic!). Jak na minutową znajomość z kolejki były to dla mnie zbyt osobiste pytania, więc spytałam się po prostu czy te pytania dążą do ustąpienia miejsca w kolejce. Tym sposobem pozbyłam się natręta i nadal w tej kolejce stałam…

Na szczęście takich zachowań jest coraz mniej i można często spotkać się z życzliwością osób z otoczenia. Również coraz więcej sklepów i miejsc publicznych wprowadza politykę ustępowania miejsc w kolejkach kobietom ciężarnym. Nie zawsze jednak życzliwi ciężarnym ludzie są pewni czy dana kobieta rzeczywiście oczekuje dziecka. A może ma lekką nadwagę? A może dopiero co urodziła? Nie chcąc jej urazić zaczynają obserwować i niekiedy wolą przemilczeć temat. Wszak ustąpienie miejsca kobiecie, która wcale w ciąży nie jest, daje efekt odwrotny od oczekiwanego. Czasami też przyszłe mamy w ogóle nie wyglądają na ciężarne lub też brzuszek zakrywa palto czy kurtka.

Rozwiązanie – znaczek JESTEM W DRODZE. Ta genialna w swej prostocie inicjatywa pozwala poinformować społeczeństwo, że jesteśmy w _logociąży i chętnie skorzystamy z ich uprzejmości i życzliwości. Podobna inicjatywa
funkcjonuje m.in. w londyńskim metrze, gdzie kobiety ciężarne mogą zamówić sobie przypinkę „Baby on board” (więcej TUTAJ).

Jak otrzymać znaczek? Wystarczy wypełnić FORMULARZ, potwierdzić swoje
dane i czekać na przesyłkę. Znaczek jest bezpłatny. Szkoda, że nie pojawił się wcześniej – chętnie zastąpiłabym nim swoją koszulkę z napisem „I am pregnant, what’s your excuse” 😉

I jeszcze jeden komentarz – pamiętajcie, że macie jak największe prawo do miejsca siedzącego w transporcie miejskim. Nie chodzi tu o to czy się dobrze czujecie i możecie postać – to kwestia bezpieczeństwa. Wyobraźcie sobie co się może stać gdy motorniczy gwałtownie zahamuje i polecicie wraz ze wszystkimi stojącymi brzuchem na podłogę, siedzenie, poręcz itp. Zachęcam zatem, żeby pozbyć się oporów i prosić o ustąpienie miejsca będąc w ciąży. W końcu nie zdarza nam się to aż tak często!

Zamierzacie nosić ten znaczek? A może zamówicie go dla Waszych ciężarnych znajomych? Podzielcie się swoimi doświadczeniami!

 

Pracodawca idealny?

Nie zdarzyło mi się chyba przeglądać artykułu, wpisu, forum na temat różnych pracodawców, pod którym nie znalazłby się komentarz typu nie cierpię mojego szefa. Nie jest też tajemnicą, że często na pracę w danej firmie decydujemy się ze względu na jej markę czy opinię, a odchodzimy najczęściej od szefa. Czy istnieje zatem pracodawca idealny?

Ostatnimi czasy głośno zrobiło się o amerykańskiej firmie Basecamp oferującej rozwiązania wsparcia IT dla zarządzania projektami. Jej obecny właściciel, Jason Fried, opublikował w internecie listę benefitów oferowanych pracownikom. Jak ona wygląda?

  1. Solidna pensja – trudno ściągnąć do firmy dobrych, zmotywowanych i zaangażowanych ludzi, jesli ten czynnik higieniczny szwankuje. Basecamp monitoruje rynek pracy i stara się utrzymać poziom wynagrodzeń dla danego stanowiska w najwyższych 5% rynku.
  2. Okres wakacyjny – to czas 32-godzinnej pracy z wolnymi piątkami w celu naładowania akumulatorów oraz zwiększenia efektywności pracy od poniedziałku do piątku.
  3. 100 USD na fitness – rozwiązanie podobne do popularnych na naszym rodzimym rynku kart fitness ofiarowanym pracownikom. W końcu gdzieś trzeba rozładować stres :)
  4. Sabbatical – czyli prawo do przerwy w pracy w wymiarze 1 miesiąca raz na 3 lata. Rozwiązanie mniej popularne, ale również dostępne na rodzimym rynku, w szczególności w konsultingu.
  5. Płatny urlop rodzicielski – to, co w Europie jest standardem, w USA zależy od uznania pracodawcy. Zatem 16-tygodniowy płatny urlop rodzicielski traktowany jest jako dodatkowe świadczenie pracownicze.
  6. Masaż – jedna z moich ulubionych pozycji na liście, czyli 100 USD na masaż raz w miesiącu. Kuszące, nieprawdaż?
  7. Budżet szkoleniowy – w zasadzie nic nowego, jest praktycznie w każdej firmie. Różnica polega na tym, że w Basecamp możesz przeznaczyć rocznie 1000 USD na cokolwiek chcesz, włącznie z kursem szydełkowania :)
  8. „Home office” – a w zasadzie pracuj skąd chcesz. Możliwe do wprowadzenia w nieograniczonym zakresie w sektorze zdalnych usług IT, trochę trudniejsze lub wręcz niewykonalne w innych zawodach (fabryka). Niemniej, dobre i elastyczne rozwiązanie dla wszystkich pracowników biurowych, chociażby w ograniczonym zakresie.
  9. 40-godzinny tydzień pracy – Basecamp określa to jako zachęcanie do utrzymania równowagi i pracę w granicach 60 godzin na tydzień jedynie w okresie jej obiektywnego natężenia.

Pełną listę znajdziecie TUTAJ.

Może powyższa lista zainspiruje Wasze środowiska pracy? Tego wszystkim życzę :)

Woombie vs. Tulik – testujemy!

Po wypróbowaniu Woombie na moim synku-noworodku (zobaczcie post Woombie – hit czy kit?) przyszedł czas na polską wersję tego wynalazku. Czy Tulik, bo o nim mowa, mocno różni się od amerykańskiego odpowiednika?

Na pierwszy rzut oka

Pierwsze co się rzuca w oczy, to rozmiar. Tulik jest ciut większy od Woombie’go i pozwala na otulenie dzieci ważących od 3,2kg do 6,5 kg. Woombie Freebird obejmuje zakres 3 – 6,5 kg.

Oba otulacze zrobione są w mieszanki bawełny (95%) i spandexu (5%) – Woombie lub elastanu (5%) – Tulik. Dzianina Tulika wydaj się bardziej rozciągliwa niż Woombie, ale to pewnie też kwestia wielkości.

Obie wersje otulacza mają również dwustronny zamek błyskawiczny. Zamek w Tuliku ma mniejsze uchwyty suwaka, przez co może być mniej poręczny np. dla męskich dłoni. Z drugiej jednak strony łatwiej się go chowa za taśmą przy zatrzasku.

Otulacze posiadają również plastikowy zatrzask, FullSizeRender_3przy czym zatrzask w Woombie ciut łatwiej się zapina. Nie jest to jednak różnica powodująca dyskomfort.

Istotną różnicą jest natomiast umiejscowienie i wielkośc metki. Woombie metkę ma wszytą na wysokości karczku dziecka, co może powodować podrażnienia. Z kolei Tulik ma dyskretną metkę wszywaną z boku, a zatem z reguły w miejscu, gdzie metka dotyka ubrań, a nie ciała noworodka, co moim zdaniem jest lepszym rozwiązaniem.

FullSizeRender_1       

No i oczywiście największa różnica – cena :) Woombie dostaniemy od kwoty 149,00 PLN, Tulik dostępny jest już za 99 PLN, czyli o 1/3 taniej.

Design 

Zarówno Woombie jak i Tulik mają podobny, gruszkowaty kształt, przy czym Tulik jest nieco większy, co ma odzwierciedlenie w proporcjach. Tulik dostępny jest chwilowo w jednej wersji kolorystycznej (popielaty) i nie ma jeszcze Tulików na sezon letni (Woombie posiada wersję Air, więcej modeli w różnych wersjach kolorystycznych).

Pranie

Zaczynamy od prania. Zalecenia są podobne – 40 st., można suszyć w suszarce bębnowej, nie prasować. Wyprałam oba jednocześnie zgodnie z zaleceniami – nie straciły na swoim kształcie, ani też na kolorze czy strukturze.

Wykończenie

Wykończenie obu produktów jest staranne. Wydaje się, że Tulik ma ciut luźniej splecione nici w okolicach zatrzasku.

Użytkowanie

Pierwsze noce za nami i przyznam szczerze, że trudno zauważyć istotną różnicę pomiędzy Tulikiem a Woombie. Wydaje mi się, że Tulik jest nieco cieplejszy niż Woombie Freebird, więc zakładam małemu cieńszy pajacyk pod spód. Widać, że Tulik jest nieco większy, więc jeśli Wasze dzieci urodziły się z masą urodzeniową poniżej 3,3-3,5kg, to w początkowym okresie (szczególnie po spadku wagi po urodzeniu), Tulik może być za duży. U nas akurat to nie problem, mały łapie się w te widełki wagowe. Z drugiej strony, w Polsce dzieci rodzą się raczej większe niż mniejsze, więc rozumiem zamysł producenta. Dla nas oznacza to też, że Tulik na dłużej wystarczy i być może unikniemy konieczności zakupu kolejnej wersji otulacza (generalnie zakłada się, że niemowlęta powinny być otulane do momentu, w którym nauczą się przekręcać na boki).

Podsumowanie

Zalety Tulika

  • niewątpliwie cena – 30% taniej niż Woombie
  • bardziej pasuje do większych dzieci
  • jest trochę cieplejszy niż Woombie, co w naszym klimacie jest zaletą
  • brak odczuwalnych różnic użytkowych w porównaniu z Woombie

Wady Tulika

  • ciut gorszy zatrzask, ale nie wpływa to na komfort użytkowania
  • nie dla dzieci o niższej masie urodzeniowej
  • nie ma jeszcze dostępnej wersji dla dużych niemowląt oraz bogatego wzornictwa – produkt dopiero wchodzi na rynek

Podczas użytkowania Tulika nie zauważyłam istotnych różnic w porównaniu z amerykańskim pierwowzorem. Wobec braku takich różnic kluczową zmienną jest cena, więc wybieramy Tulika :)

Gdzie można kupić?

Zarówno Woombie jak i Tulik dostępne są w sprzedaży wysyłkowej na stronie Otulacz – sklep.

 

Macierzyństwo w kulturach Wschodu

Zasuszona pępowina w kieszeni architekta, napój z jaskółczych gniazd czy ostry nóż pod poduszką niemowlęcia – o tych i innych zwyczajach okołomacierzyńskich możecie przeczytać w książce Ofelii Grzelińskiej „Mama dookoła świata”. Ciekawa lektura na zimowe wieczory lub długie godziny karmienia niemowlęcia :)

http://mamadookolaswiata.pl
http://mamadookolaswiata.pl

Autorka książki, dziennikarka i podróżniczka, urodziła swoją córeczkę w odległej Nowej Zelandii. To tam napotkała na matki różnych narodowości, z których każda miała własne, jakże odmienne od naszych, zwyczaje i rytuały dotyczące macierzyństwa. Książka bazuje na wyznaniach dziewięciu mam z różnych stron świata, które swoje pociechy wychowują w Polsce. Lektura pozwala nam poznać różne zwyczaje z Chin, Japonii, Indonezji, Inii, Filipin, Armenii, Litwy, Norwegii, Kuby i Nowej Zelandii. Niektóre z nich na pewno będą dla Was sporym zaskoczeniem. Nie raz zastanowicie się także czy uświęcone tradycje przekazywane w Polsce z pokolenia na pokolenie rzeczywiście są takie niepodważalne (np. osławiona czapeczka na każdą pogodę).

Jak dla mnie to doskonały prezent dla wszystkich matek-podróżniczek oraz tych ciekawych świata, nie tylko na baby shower czy w okresie wczesnego macierzyństwa, ale także przy każdej innej okazji. Polecam!

 

Tulik – testujemy!

Drogie mamy noworodków! Od blisko tygodnia testujemy i porównujemy polski otulacz Tulik z jego amerykańską wersją – Woombie. Chciałybyście również wypróbować Tulik? Wystarczy:

  1. polubić profil Magoistka na Facebook’u (https://www.facebook.com/magoistka/)
  2. w wiadomości priv podać:
    • namiary na siebie
    • wiek dziecka
    • krótki opis jego przyzwyczajeń związanych ze snem (czy go otulacie, czym, czy dużo płacze, jakie macie metody uspokajania, czy ma kolki, jak długo śpi, z wami w łóżku, w łóżeczku, kołysce)
  3. będzie nam miło jak udostępnicie ten post.

Dane zostaną przekazane do producenta Tulika, który dokona wyboru kandydatek i skontaktuje się z wybranymi osobami (liczba testerek jest ograniczona). Przekazanie danych w wiadomości jest równoznaczne ze zgodą na ich wykorzystanie dla celów marketingowych Magoistka i producenta Tulik.

Z niemowlakiem na…koncert!

Czyli coś dla malutkich i tych większych melomanów, a także sposób na spędzenie z niemowlakiem zimowych i letnich dni.

Smykofonia to cykl koncertów dla najmłodszych i ich dorosłych towarzyszy. Koncerty odbywają się w Warszawie w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki, w sali prób Orkiestry Sinfonia Varsovia. Dobra wiadomość dla osób spoza stolicy – Smykofonię można znaleźć także w Siedlcach (Miejski Ośrodek Kultury w Siedlcach), Sokołowie Podlaskim (Sokołowski Ośrodek Kultury), Węgrowie (Węgrowski Ośrodek Kultury), Otwocku (Otwockie Centrum Kultury), Radomiu (ŁAŹNIA – Radomski Klub Środowisk Twórczych i Galeria) i Górze Kalwarii (Ośrodek Kultury w Górze Kalwarii). Koncerty Smykofonii dostępne są dla dwóch grup wiekowych 0-2 lata i 2-5 lat.

Z kolei w sezonie letnim melomaluszki (w wieku 0-5 lat) mogąIMG_0505 (2) wybrać się do Łazienek na koncerty dla najmłodszych w ramach festiwalu Strefa Ciszy. Koncerty odbywają się w plenerze, w okolicach Starej Kordegardy. Dla nieco starszych melomanów (5-10 lat) przygotowano scenę dla Super Odkrywców. Dzieci mają możliwość zapoznania się z brzmieniem i nazwami różnych instrumentów, przetestowania niektórych z nich, a także zabawy w urokliwym plenerze w otoczeniu pawi i wiewiórek :)

20150718_183529Wakacje to także pora na plenerowe koncerty chopinowskie w ramach cyklu Chopin na Krakowskim Przedmieściu. Koncerty odbywają się zwykle w wakacyjne weekendowe popołudnia. Co prawda cykl nie jest adresowany typowo dla dzieci, ale połączenie spaceru, zwiedzania starówki z chwilą muzyki klasycznej w bardzo dobrym wykonaniu sprawia, że warto choć na moment przystanąć.

Jest w czym wybierać, a skorzystają z tego i dorośli i dzieci!

Z niemowlakiem do…muzeum!

Kolejna świetna inicjatywa dla rodziców na urlopach rodzicielskich. Pozwala przełamać rutynę karmienie-sen-przewijanie wizytą w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wszystko w ramach cyklu MAMY w Muzeum.

Wizyty dla rodziców z niemowlętami odbywają się w czwartki o godz. 11.00 zgodnie z harmonogramem ustalonym na dany semestr. Program spotkania to ok. 20 minut w galerii, następnie spotkanie w sali edukacyjnej, gdzie podczas rozmowy o sztuce można nakarmić i przewinąć dzieci. Do samej galerii można wjechać z wózkiem, co niezwykle ułatwia sprawę.

Zajęcia podzielone są na tematyczne wykłady – autoportrety, żywoty świętych, twórczość Olgi Boznańskiej, to tylko niektóre z nich. Jak dla mnie doskonały pomysł urozmaicenia „urlopu” macierzyńskiego a także okazja porozmawiania z innymi rodzicami nie tylko o problemach pielęgnacyjno-wychowawczych, ale i o sztuce!

Mamy w muzeum

Woombie® – hit czy kit?

Otulacz, który babcie porównują do kaftanu bezpieczeństwa, reklamowany jako panaceum na bezsenne noce. Działa czy nie działa? – pierwsze wrażenia po dwutygodniowym testowaniu.

Pierwszy raz o Woombie® usłyszałam na zajęciach gimnastycznych dla ciężarnych – dziewczyny kupowały go do wyprawek jako hit sezonu. Jako że unikanie bezsennych nocy to hasło, które sprzeda wszystko oraz pomna doświadczeń ze starszą córą, stwierdziłam, że warto spróbować.

IMG_2183Otulacza użyłam już na porodówce. Poprosiłam położne o owinięcie noworodka na noc. Ku mojemu zdziwieniu nie były w ogóle zaskoczone, okazało się, że akurat w tym szpitalu sporo mam tego używało. Na początku miałam pewne opory, dziecko wyglądało na skrępowane, a w dodatku sam otulacz wydawał się jakby za mały. Jednak po jego zapięciu i porozciąganiu tkaniny zrozumiałam, że pewna swoboda ruchów jest zachowana. W dodatku w każdej szkole rodzenia opowiadali o zasadzie 3x C dla noworodków – ciemno, ciasno, cicho i to mnie przekonało.

W domu postanowiliśmy używać otulacza na noc. Przez ostatnie kilka dni mały spał po 4-5h ciągiem! Po naszych doświadczeniach ze starszą pociechą myśleliśmy, że synek jest chory lub coś z nim nie tak! Czy to zasługa Woombie®? Na jedną noc zrezygnowaliśmy z otulacza i nasz bobasek rzeczywiście częściej się  wybudzał i krócej spał. Nadal w 100% nie wiemy czy to Woombie® czy on tak ma, ale przez najbliższy czas nie zamierzamy rezygnować z Woombie® :). Mały przesypia noc z przerwami na karmienie.

Wady otulacza? Raczej niewiele. Jedna z nich to metka wszyta na wysokości karku dziecka, co może podrażniać jego skórę. Druga – cena. Za naszą wersję otulacza Freebird zapłaciliśmy 149,00 PLN plus koszty przesyłki.

Istotne, aby przed skorzystaniem z otulacza zapoznać się z zasadami jego użytkowania, sposobem zakładania i prania.