Z maluchami w długą podróż autem

Czterolatka zadająca mnóstwo pytań i półtoraroczny bąbel – idealni kompani do długiej podróży autem – jak sobie z nimi radzimy?

Oczywiście każde z naszych dzieci ma zupełnie inny temperament, więc niczym managerowie do każdego dziecka mamy trochę inne podejście. Pamiętam pierwszą podróż z trzymiesięczną wówczas córką, gdy siedziałam razem z nią z tyłu i prawie całą pięciogodzinną trasę śpiewałam jej piosenki świąteczne Michaela Buble… Od tamtego momentu nabrałam już doświadczenia i teraz podróże wyglądają inaczej. Nasz dekalog udanego (czytaj: w miarę do zniesienia) podróżowania autem z dzieciakami.

  1. Pora wyjazdu

To kluczowe zadanie na dobry start. Nie mam pojęcia jaka to jest dobra pora – trzeba ją sobie wypracować. Niektórzy nasi znajomi podróżują nocą, inni – w porze drzemki poobiedniej. My nie chcieliśmy tracić pół dnia na wyruszenie w trasę. Z drugiej strony – nie lubimy prowadzić nocą. Zatem najczęściej wyruszamy około godziny 09.00, tuż po drugim śniadaniu (a przynajmniej jego pożywniejszej części, bo w samochodzie dzieciaki zaraz znowu będą krzyczeć: jeść! lub am! am!). Czasami wyruszamy tuż po pracy – około 17-18. A jeżeli już musimy urwać dzień, to próbujemy wyjechać ok. 15.00 – tak, aby postój kolacyjny wypadł na 18.00.

2. Nowe zabawki

gustavo-belemmi-67037Zawsze działa w samolocie, więc może i też w aucie. Ale nie zawsze chodzi o zupełnie nową zabawkę ze sklepu. Wystarczy zabawka zapomniana, wyciągnięta z szafy, odziedziczona po rodzinie, albo coś małego kupionego na stacji benzynowej – przyciąga uwagę dzieci na dłużej niż ulubione, wypróbowane zabawki. Najlepiej, gdy coś się otwiera, zamyka, naciska, przesuwa itp. I nie zawsze musi być to zabawka – ostatnio np. przetrwaliśmy kawałek trasy dzięki etui do okularów i słomce do napojów. Czasami sprawdza się też pusty kubek po kawie.

3. Przekąski
alex-munsell-18754Nigdy chyba nie zrozumiem tego fenomenu – można to w zasadzie porównać do popcornu w kinie. Niezależnie od tego ile i co zjedzą moje dzieci tuż przed wyjazdem, mogę być pewna, że do 5 minut po wyruszeniu będą chcieli coś zjeść. Obowiązkowo więc mam pod nogami plecak z przekąskami. Staram się, żeby były w miarę możliwości zdrowe (no i bez alergenów). Mam więc kilka rzeczy z poniżej listy: banany, jabłka, inne owoce sezonowe, owoce suszone i rodzynki, liofilizowane truskawki, ekologiczne grube paluszki bez cukru i soli (wypiekane a nie zalewane ługiem), chrupki kukurydziane lub kukurydziane trójkąty, musy w tubce, kanapki z pasztetem wegańskim (najczęściej na chlebie jaglanym z ziarnami chia). Sama czasem się dziwię ile dzieci mogą wsunąć podczas podróży. Moje dzieciaki jedzą (szczególnie młodszy) samodzielnie i dość dobrze dają sobie radę z gryzieniem i połykaniem – zatem nie zawsze się zatrzymujemy, żeby coś podjadły.

4. Niestety iPad

Jak już się najedzą, pobawią i pora spać, ale przecież wcale im się do tego nie spieszy – wspomagamy się iPadem. Swego czasu zastanawialiśmy się jak go przymocować tak, aby jedno i drugie widziało wyświetlane bajki. Rozwiązaniem okazał się podnoszony przedni podłokietnik, do którego przymocowujemy etui z iPadem i napawamy się ciszą, jaka na początku zapada :)

W zupełnej ostateczności, np. w sytuacji, gdy jesteśmy w centrum miasta w korku i mamy 20 minut do celu, a dzieciaki mają już naprawdę dość – wspomagamy się telefonami i aplikacjami dla dzieciaków (o których pewnie kiedyś jeszcze napiszę). Najmłodszemu frajdę sprawia oglądanie zdjęć lub robienie własnych filmów.

5. Audiobooki

Najlepiej atrakcyjne dla dzieciaków. U nas na chwilę obecną wzięcie ma książka o Pupach, którą czyta Wiktor Zborowski. Mała ma ubaw po pachy, a mały chyba jeszcze nie wie o co chodzi, ale śmieje się ze starszą siostrą.

6. Postoje

Postoje staramy się zsynchronizować z porami na posiłek, wyprostowanie kości i wizytę w toalecie. Z reguły postój zaczynamy od posiłku, potem zabawa, a na końcu toaleta – inaczej wiecie jak to mogłoby się skończyć… Na tym etapie postoje robimy co ok. 3 godziny i trwają u nas ok. 30 minut.

Dla dzieciaków niezwykle ważne jest to, żeby sobie pobiegały, wyszalały się, zmęczyły, a dla nas – no cóż, wiemy, że taki układ pozwoli nam lepiej znieść podróż.

Oczywiście zdarzają się również postoje nieplanowane (przynajmniej przez nas), ale takie skracamy do minimum – robimy co trzeba i ładujemy się z powrotem do auta.

7. Pory drzemek

laura-lee-moreau-72069Te z reguły następują po postojach, choć starsza córka nie zawsze zasypia. Dzieci najedzone, wybiegane, toaleta odhaczona. Zachęcamy ich do patrzenia w okno i czekamy czy przewijające się obrazy je znużą, aż usną. Jeśli nie, czasem działa cicho włączone radio, a czasem dajemy dzieciakom trochę pomarudzić. Jak już nic nie działa lub jedno nie daje spać drugiemu – posiłkujemy się iPadem (patrz punkt 4.)

8. Dużo cierpliwości

Oj tak, nowość w rodzicielstwie…najtrudniejsze bywa jednak wyczucie pomiędzy cierpliwością a konsekwencją. Staramy się dzieciakom odpowiadać na zadawane z prędkością kałasznikowa pytania „z tyłu”, ale w pewnym momencie następuje przeciążenie i mówimy, że teraz czas dla nas. Z drugiej strony – kiedy jak nie w podróży wytłumaczyć dzieciom dokąd jedziemy, jakie to miejsce i co tam spodziewamy się znaleźć.

9. Gry podróżne

Śpiewanie, opowiadanie co za oknem, zgadywanki, kto pierwszy zobaczy…? – można na różne sposoby. Mały uwielbia się nakrywać bluzą i bawimy się w A kuku!, udając, że nie ma go w samochodzie. Dla starszej córki zabieramy czasem Zagadki Czu Czu, ale w samochodzie nie bardzo wychodzi jej kolorowanie, więc rzadko z nich korzysta. Oczywiście jest też mnóstwo gier magnetycznych, ale nasze dzieciaki muszą jeszcze poczekać.

10. Konsekwencja

Jak już przychodzi pora na wyciszenie – warto konsekwentnie jej przestrzegać, mimo protestów z tylnego siedzenia. Na początku jest trudno, bo dzieciaki mogą dać popalić, ale z każdą podróżą jest coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza.  Dzieciaki też się „docierają” same ze sobą w podróży i z trasy na trasę jest coraz lepiej. Po kilku podróżach w te wakacje ostatnio udało mi się nawet przeczytać ebooka :) także jest o co walczyć :-D.

Wpis ten dotyczy podróży z dziećmi we dwoje. W pojedynkę jest dużo trudniej, ale mam już i takie za sobą w różnych konfiguracjach.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych punktów Wam pomoże – no i chętnie czekam na Wasze sposoby.

Krótki wypad do Poznania – Błogostan!

W Poznaniu bywamy w miarę regularnie, a jego położenie sprawia, że często przejeżdżamy przez Poznań przy okazji podróży do innych zakątków Europy. A skoro z reguły jeździmy z dwoma brzdącami, poszukujemy miejsc, żeby maluchy się wyszalały, rozprostowały kości, a my – żebyśmy mogli odpocząć i ponapawać się chwilą. Nie inaczej było tym razem, w drodze z Kopenhagi, więc  dzielę się naszym sposobem na kilkugodzinny postój w Poznaniu.

09.30 Śniadanie przy Starym Rynku – Lavenda Cafe

Dość oblegana kawiarnia mieszcząca się przy ul. Wodnej w Poznaniu, prawie przy samym Starym Rynku. Popularność zawdzięcza m.in. serwowanym od rana śniadaniom, podczas gdy inne lokale jeszcze odpoczywają w godzinach porannych. Nie jest to miejsce typowo dla dzieci, ale na śniadanie i kawę dzieciakom cierpliwości wystarczyło. No i serwują kakao na mleku roślinnym :)

IMG_1200

10.30 Plac Zabaw za Nową Gazownią

Nowo wybudowany plac zabaw, którego próżno szykać w googlowskim Street View. Mieści się na Chwaliszewie, zaraz za budynkiem Nowej Gazowni i zna go chyba każdy młody rodzic z okolicy. Przy placu zabaw znajdziecie najczęściej kawę w stylu bike cafe, a sam plac zabaw sprawi, że i Wy się z chęcią pobawicie. Piaskownice, zjeżdżalnie, labirynty, gongi, huśtawki i wiele innych atrakcji raczej w nowatorskim stylu. W weekendy tętni wręcz życiem, a dzieciaki stracą tutaj nadmiar śniadaniowej energii i uspokoją się do pory lunchowej.

IMG_1204

12.00 Koziołki – obowiązkowy punkt programu

Skoro jesteśmy tak blisko Starego Rynku, aż żal tracić tę atrakcję. Trykające się, czy jak kto woli – bodące się koziołki, to niewątpliwie symbol Poznania i wielka radość dla dzieci.

Według legendy „kiedy po wielkim pożarze Poznania odbudowywano ratusz to zegar na ratuszową wieżę zamówiono u mistrza Bartłomieja z Gubina. Rada miejska postanowiła to ważne wydarzenie hucznie uczcić. Zaplanowano wielką ucztę, na którą zaproszono do Poznania znakomite osobistości. Ponieważ pracy było co nie miara, kucharz do obracania głównego dania pieczeni z sarniego udźca na rożnie, wyznaczył młodego kuchcika Pietrka. Sarni udziec piekł się powoli a Pietrek był ciekawy jak wygląda mechanizm zegara. Młody kuchcik nie mogąc się doczekać końca pieczenia postanowił na chwilę zostawić pieczeń i tylko raz spojrzeć na zegar[1].

Jednak pod jego nieobecność pieczeń spadła do ognia i spaliła się na węgiel. Przerażony chłopiec pobiegł na pobliską łąkę, na której mieszkańcy miasta wypasali swoje zwierzęta. Porwał stamtąd dwa koziołki i zabrał je do ratuszowej kuchni. Koziołki jednak wyrwały się chłopcu i uciekły na gzyms ratuszowej wieży. Tam na oczach zgromadzonych mieszczan przestraszone dwa małe, białe koziołki zaczęły się bóść rogami. Widok ten tak rozbawił wojewodę i zaproszonych gości, że burmistrz darował Pietrkowi jego winę, a zegarmistrzowi polecił wykonać mechanizm, który każdego dnia będzie uruchamiał zegarowe koziołki. Od tego czasu każdego dnia gdy trębacz w samo południe gra hejnał z ratuszowej wieży zgromadzonej gawiedzi pokazują się dwa trykające się koziołki. A prawdziwe koziołki nie trafiły na stoły rajców miejskich i mieszczan lecz ściągnięto je z wieży i zwrócono ubogiej wdowie, ich prawdziwej właścicielce[1].”

12.30 Błogostan i Mały Błogostan

Lunch w Małym Błogostanie wprawia w błogostan nie tylko rodziców, ale też dzieci. Mały Błogostan to specjalnie wydzielona część restauracji Błogostan, znajdującej się na poznańskich Jeżycach. Przewijak, toaleta rodzinna oraz przestrzeń na dziecięce fantazje – piaskownica z piaskiem kinetycznym, tablica z kredą, rury do wrzucania piłeczek, tablica do wtykania kolorowych korków, a także kojec dla najmłodszych. Istny raj, w końcu można zjeść gorący posiłek (gdy nadal jest gorący).

Z jedzenia polecam kaszotta i wytrawne gofry.

O innych miejscach w Poznaniu, w tym tych dla alergików możecie przeczytać tutaj: http://www.magoistka.pl/w-poznaniu-z-alergikiem-lunche-kawa-i-lody

Hamburg na weekend z dzieciakami

Czy rzeczywiście to hanzeatyckie miasto portowe, w którym niemal ciągle pada lub wieje ma w sobie coś interesującego dla dzieci? I owszem – zobaczcie sami.

Termin na wizytę w Hamburgu wybraliśmy dość kiepski – tuż przed planowanym szczytem G20, ale na szczęście udało nam się uniknąć protestów i zamieszek, w zasadzie widzieliśmy jedynie wzmożoną aktywność policji. Córka oczywiście zadowolona z tego faktu, bo policjanci cieszą się wśród przedszkolaków wielką estymą. IMG_0675

Pogoda jak to w Hamburgu – pada, wieje, więc jesteśmy zaopatrzeni w kalosze, folię przeciwdeszczową i cienkie kurtki przeciwdeszczowe. Poza tym dość przyjemnie, a deszczyk w zasadzie ciepły.

Piątek

 

Dojeżdżamy dość późno, więc robimy głównie rekonesans. Koniecznie przejażdżka metrem, S-bahnem, autobusem i czym tylko się da. U nas opcja 3-dniowego biletu grupowego okazała się najkorzystniejsza. Bilety dzienne na 9 godzin jazdy były mniej opłacalne, bo z reguły spędzaliśmy poza hotelem więcej czasu. Co więcej, w ramach tego biletu można również popływać!

IMG_0770

Jeśli macie naprawdę mało czasu lub nie chce Wam się chodzić – polecamy linię autobusową nr 111, która objeżdża w zasadzie wszystkie główne atrakcje miasta. Można sobie z niej zrobić „hop on hop off” w cenie miejskiego biletu.

Sobota

Być w Hamburgu i nie widzieć St. Pauli – nie da się. Nie jest to może dzielnica dla dzieci, w szczególności gdy budzi się (lub w zasadzie próbuje wyjść) z maligny wczorajszego dnia, ale zawsze można popatrzeć jak imprezuje młodzież lub single 😉

IMG_0690

Warto oczywiście podjechać do centrum i starego miasta (Altstadt), zobaczyć Ratusz (Rathaus), pobiegać na placu pod ratuszem, w uliczkach pomiędzy kanałami i nad Alsterem, pooglądać fontanny, napić się dobrej kawy. Polecamy wjazd windą umieszczoną w wieży Kościoła Świętego Mikołaja – po nalotach dywanowych aliantów z kościoła została w zasadzie sama wieża. Niesamowite widoki na miasto cieszą oczy, nawet w deszczowy dzień, a dzieciaki mają frajdę.

IMG_0680

Jeśli znajdziecie chwilę czasu, można zjechać piętro w dół do podziemi – znajduje się tam muzeum, które ukazuje historię wojny, zniszczeń Hamburga i wspomnianych już nalotów dywanowych. Jest również ekspozycja zdjęć Warszawy – sprzed wojny, po zniszczeniach i obecnie. To zestawienie robi spore wrażenie.

IMG_0681

Po południu zwiedzamy spacerowo Hafen City, czyli portową część miasta ze spichlerzami (Speicherstadt) oraz wspaniałym budynkiem hamburskiej Filharmonii. Zresztą cały krajobraz tego urokliwego „fyrtla” to dobry przykład rewitalizacji tkanki miejskiej. Zupełnie nie odstrasza, wręcz zachęca i nie przywodzi na myśl starych dzielnicy portowych. Jest postindustrialnie, ale z akcentem na „post”.

IMG_0705 Sam gmach filharmonii jest wart spaceru. Niestety z dziećmi trudno byłoby nam się wybrać na wieczorny koncert, a grają tam najznakomitsze orkiestry i bilety trzeba podobno nabyć z dużym wyprzedzeniem. Jeśli Wam się uda – koniecznie dajcie znać.

 

 

Niedziela

Wczesna pobudka – udajemy się do Altony na Fischmarkt, który otwierają o 5, a zamykają o 9. Obowiązkowy punkt programu – Fischbroetchen, czyli bułka z rybą. U nas w wersji śledzia w occie oraz smażonej makreli – dzieciaki zajadają ze smakiem, my zresztą również. Na targowisku znajdziecie również kosze z owocami (10 EUR każdy), aukcje ryb (największe wzięcie miały wędzone węgorze) oraz wszelkie inne różności, napoje czy rękodzieła.

IMG_0734        IMG_0746

Po małej przechadzce dzielnicą portową (jeszcze do niej wrócimy) i parkami, popołudniem udajemy się do najdłużej oczekiwanej przez córkę atrakcji – Miniatur Wunderland. To jedno z największych w Europie (o ile nie największe) miejsc z miniaturowymi makietami kolejowymi. Nie wiem kto miał większą frajdę – dorośli, czy dzieci. Miejsce robi wrażenie, co 15 minut zapada zmrok i makiety przechodzą w tryb nocny. Dodatkowo niektóre atrakcje są interaktywne – za pomocą przycisków można wprawiać w ruch lub podświetlać niektóre elementy (to było ulubione zajęcie naszej czterolatki).IMG_0779

Jeśli zarezerwujecie wejście przez stronę internetową, nie przychodźcie przed umówioną godziną. Porządek musi być i rezerwacje wpuszczane są w określonych wcześniej przedziałach czasowych. Jeśli natomiast będziecie trochę wcześniej, możecie napić się kawy lub coś przekąsić w bufecie – poczekalni, gdzie znajdziecie też kącik dla dzieci.

 

A tak wyglądają cuda modelarstwa:

I jeszcze kilka zdań o tym czy Hamburg jest przyjazny dzieciom. Na pewno bardziej niż Budapeszt pod kątem infrastruktury – w większości miejsc są windy i podjazdy. Stacje metra obsługujące niepełnosprawnych, a zatem również z infrastrukturą dla „wózkowiczów” oznaczone są znakiem wózka dla niepełnosprawnych – można zatem poplanować sobie podróż. W Hafen City bywają miejsca czy przejścia, w których jest trudniej, ale nie jest najgorzej. Natomiast do restauracji dzieci mogą jak najbardziej wchodzić (a wózki wjeżdżać), przy czym w tych wytworniejszych obsługa patrzy czasem z dość surowym dystansem na dzieci – ale to może tylko lokalny styl bycia :)

 

Budapeszt z dziećmi

Kolejny pomysł na wakacyjny rodzinny wypad, choć w lipcu i sierpniu bywa tam dość ciepło. Budapeszt – pewnie życie nocne Was ominie, ale za to znajdziecie kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia z dzieciakami.

Trasę Warszawa-Budapeszt tym razem pokonaliśmy autem, z noclegiem w Krakowie. Korzystając z Airbnb znaleźliśmy lokum w samym centrum Budapesztu (ul. Rakoczi), co stanowiło wspaniałą bazę wypadową i umożliwiało zwiedzanie z dwójką dzieciaków z wykorzystaniem komunikacji miejskiej.

Transport

W zasadzie dojazd do wszystkich istotniejszych atrakcji możliwy jest komunikacją publiczną. Metro, autobusy, tramwaje – dotrzecie nimi wszędzie tam, gdzie trzeba, nawet pomimo kilku remontów. Budapeszt nie jest jednak bardzo przyjazny wózkom, trzeba się czasem natrudzić, żeby znaleźć działającą windę, tramwaje nie są niskopodłogowe, a z autobusami różnie bywa. U nas często wygrywała opcja podnoszenia wózkowych ciężarów…

Zwiedzanie

Budapeszteńska ulica godzi ze sobą trochę sprzeczności. Z jednej strony ma się wrażenie, jakby było się w Polsce tak z 10 lat temu. W modzie dominują raczej „bezpieczne” kolory, a niektóre trendy zdają się omijać węgierską stolicę (wyobrażacie sobie stolicę europejską bez drwaloseksulanych mężczyzn?).  Z drugiej strony architektura przywodzi na myśl obrazy z Wiednia i kipi wręcz 1_IMG_2533bogactwem habsburskich fasad (naprawdę możemy jej Węgrom pozazdrościć). Piękne mosty, zabytkowe metro – tego też próżno szukać w Warszawie.

1_IMG_2507Nasze dzieciaki swoimi kolorowymi strojami dodawały barw ulicznej modzie.

Typowe atrakcje turystyczne są niejednokrotnie doskonałymi miejscami dla dzieci, które mogą wybiegać się w otwartej przestrzeni. I to bez względu na pogodę, gdyż nasza majówka była dość dżdżysta, jednak temperatury były przyjemne.

Parlament – z małymi dziećmi trudno go zwiedzić, ale na pewno warto zobaczyć, a i kamyki do zabawy się znajdą. Parlament widoczny jest zresztą z wielu miejsc w Budapeszcie i jest niewątpliwie znakiem rozpoznawczym węgierskiej stolicy. Spróbujcie też przepłynąć się chociażby godzinnym rejsem po Dunaju, skąd bryła Parlamentu wygląda jeszcze bardziej urokliwie.

1_IMG_2561

Wyspa Św. Małgorzaty – no cóż, imię zobowiązuje, a i wspomnienia z moich dziecięcych eskapad do Budapesztu z tego miejsca miałam miłe, więc wybraliśmy się i na wyspę (również można dojechać komunikacją miejską). Problem w tym, że w maju 2017 praktycznie wszystkie atrakcje i pół wyspy były remontowane, knajpy zamknięte, pozostał więc spacer, ew. jogging, mini zoo oraz plac zabaw. Dzieciom się podobało, my mieliśmy niedosyt.

1_IMG_4398       1_IMG_4415

Wzgórze Gellerta – warto się trochę wysilić, żeby podziwiać widoki na miasto. Na wzgórze można dojechać komunikacją miejską, jednak ostatni kilkusetmetrowy odcinek musicie pokonać pieszo. Nie jest to zbyt wymagające. Widoki zapierają dech w piersiach, w szczególności przy ładnej pogodzie.

1_IMG_4344

Zamek – kolejny punkt warty zwiedzenia. Udało nam się nawet znaleźć boczne wejście dla niepełnosprawnych i wózków, więc mogliśmy windą podjechać do góry (usługa niestety płatna) i znowu wystarczył tylko transport publiczny. Trudno powiedzieć, żebyśmy zamek zwiedzili, bardziej się po nim pokręciliśmy, ale w deszczu dzieciaki miały tylko na tyle cierpliwości. 1_IMG_4335

ZOO i okolice (Állatkerti krt. 6-12) – tu już na pewno dzieciom powinno się spodobać. Nie jest to może ZOO wrocławskie, ale zwierzątka to zawsze zwierzątka. W szczególności okazałe niedźwiedzie polarne.

1_IMG_2569

Oprócz zwiedzanie są też miejsca interaktywne – jak chociażby wydzielone place zabaw czy też wystawy edukacyjne, gdzie dzieciaki mogą się czegoś dowiedzieć.

1_IMG_2568

W parku przy ZOO znajdziecie wiele atrakcji dla dzieci. Trochę punktów gastronomicznych, fontannę, place zabaw, trampoliny, piaskownice – jest z czego wybierać. W efekcie spędziliśmy tam całe popołudnie.

1_IMG_2578

Plac Bohaterów (Délibáb u. 30)  – miejsce z kategorii ‚must see’ i jeszcze możecie dojechać tam zabytkowym metrem. Urokliwe małe wagoniki, no i ten dzwonek przy zamykaniu drzwi. Na placu wiele się dzieje – my przykładowo trafiliśmy na jakieś wydarzenie promujące sport i nawet jakaś lokalna gwiazda sportu (chyba siatkarka) próbowała nas do czegoś namówić, ale bariera językowa okazała się nie do pokonania :)

1_IMG_4520

Opróczy typowych miejsc w przewodnika Budapeszt można odkrywać po swojemum, snując się pomiędzy uliczkami. Ciekawe kawiarnie, pomniki, miejsca odpoczynku – nasz mały znalazł przykładowo coś takiego. Mnie z kolei bardzo urzekła instalacja na jednym z balkonów, zresztą zobaczcie sami.

1_IMG_4489       1_IMG_2678

Gastro-miejsca

Vega City (Múzeum krt. 23) – nasz wyjazdowy hit. Wszystko, co może zjeść alergik i to w mega przystępnych cenach. Warszawa przyzwyczaiła nas do tego, że dobre miejsca wegańskie są dość kosztowne, przynajmniej porównywalne do dań mięsnych. Tymczasem w Budapeszcie ceny były zbliżone do biurowych stołówek czy lepszych barów mlecznych – polecamy.

1_IMG_4491

1_IMG_4492

Zdecydowanie warto wybrać się również na poszukiwania knajpek do dzielnicy żydowskiej. Jedno z nich to Borsz Gastrobar (Kazinczy u. 10). Miejsce założone przez uznanych szefów kuchni, zawsze pełne ludzi i idealne na lunch lub na kolację na wynos.

1_IMG_4436Niedaleko od Borsz Gastrobar, po drugiej stronie ulicy znajdziecie też dość przyjemne miejsce serwujące ramen. Może nie jest to pięciagwiazdkowy lokal, ale jedzenie naprawdę przywoite – no i 1_IMG_4440równiez alergicy znajdą coś dla siebie. To miejsce to Ramenka (Kazinczy u. 9). Mojej córce podpasował ramen z owocami morza, a syn jak zwykle zajadał się makaronem.

W okolicy jest tez kilka ciekawych cukierni.

Jedna z nich wyróżnia się przede wszystkim kącikiem zabaw. Serwowane 1_IMG_4395w niej makaroniki idealnie dopełnią popołudniową kawę dla dorosłych, a kącik zabaw pozwoli dzieciom odpocząć od trudów zwiedzania, a dorosłym da chwilę wytchnienia (i czasu na próbę wypicia kawy w spokoju).

Miejsce nazywa się Desszert.Neked (Paulay Ede u. 17)

Miłośnikom kulinariów i produktów regionalnych nie powinien też umknąć lokalny targ centralny Nagy Vásárcsarnok (Vámház krt. 1-3). Możecie zaopatrzyć się w nim w węgierskie wina oraz różnego rodzaju papryki (my oczywiście nabyliśmy paprykę wędzoną – główny składnik wegańskich przepisów :)).

1_IMG_2532

Miłej podróży!

 

 

Magiczne Ogrody na weekendowy wypad

Ostatni tydzień roku szkolnego kończy się. Ostatni dzwonek mają rodzice na zastanowienie się w jaki sposób umilić dzieciom wakacyjny czas. Nie macie możliwości dłuższego wyjazdu? To może wypróbujecie coś blisko Warszawy?

Magiczne Ogrody to jedno z tych miejsc, które znajdują się w niepozornej okolicy, najczęściej na uboczach lokalnych dróg. Dopóki do nich nie traficie, dopóty nie uwierzycie co można w nich znaleźć.

Lokalizacyjnie zaledwie 2h autem od Warszawy, więc idealnie na wypad w trakcie weekendu. Co znajdziecie w Ogrodach?

Mnóstwo osobliwości: Mordole, Bulwiaki, skrzat ukryty w drzewie, kuźnię krasnoludów, zamek wróżek i wiele innych atrakcji, ale po kolei.

Lokalizacja – okolice Janowca, niedaleko Kazimierza Dolnego (dokładnie: Trzcianki). U nas na trasie Sandomierz – Warszawa, ostatnia z atrakcji długiego czerwcowego weekendu.

Cennik – można nabyć bilety online (wówczas omijamy kolejkę przy kasie, w wakacje może się zdarzyć). Dzieci poniżej 100cm wzrostu (jest miarka przy wejściu) wchodzą gratis. Rodziny 3-osobowe 77 PLN, 4-osobowe 99 PLN.

Atrakcje – cała masa. Plan parku znajdziecie TUTAJ. Nam wybitnie do gustu przypadła kolejka, którą zwiedza się wioskę bulwiaków (zerknijcie na galerię zdjęć), wysoka zjeżdżalnia, drzewo z gadającym skrzatem, przewracające oczami drzewa, a także krasnoludzki gród.  A, nie zapominam o nieśmiertelnych dmuchanych zamkach i trampolinach – zawsze stają na wysokości zadania.

Wydarzenia – oczywiście zależy, na jakie wydarzenie traficie. Można robić wiele – od lepienia babek, po walkę z krasnoludzkim wojownikiem, pływaniem na tratwie, zbieraniem pieczątek, na obcowaniu z końmi i pieczeniu kiełbasek na ognisku skończywszy.

Udogodnienia – w parku znajdziecie punkty gastronomiczne (grill, kawa, herbata, lody, gofry), główny z nich znajduje się tuż za wejściem, ale na obiad polecamy miejsce z grillem – nam udało się upolować pieczonego na grillu pstrąga, więc smacznie i zdrowo zarazem (i bez alergenów!). W innych punktach już bardziej klasycznie -kiełbaski, karkówka, frytki, ale w końcu to wyjazd wakacyjny. Toalet jest też kilka, spokojnie zdążycie z każdej atrakcji. Na uwagę zasługuje sklepik pamiątkowy – można znaleźć zarówno stroje, które przydadzą się na karnawał, pamiątki dla miłośników sztuk pięknych, jak i tematycznie związane z parkiem (maskotki maści wszelakiej przedstawiające mordole i bulwiaki).

To jak? Zabieracie pociechy na wypad za miasto?

I jeszcze kilka ujęć z opcją „live”

 

Regeneracja jednego dnia – miejskie SPA

Znacie to? Zmęczenie, zasypianie w ubraniach razem z dziećmi, klejące się powieki, ziewanie od południa, niemożność założenia soczewek kontaktowych, apatia. Przesilenie? Może. U mnie to raczej syndrom chronicznego zmęczenia, organizm się zbuntował. Remedium? SPA w centrum miasta.

Studio Sante, Uzdrowisko Miejskie to nierzucający się w oczy kompleks na warszawkiej Pradze Północ, sąsiadujący z siedzibą najbardziej znanego chyba polskiego producenta gier – CD Projekt. Na Jagiellońską 55a niby daleko, ale w zasadzie i z centrum blisko, ode mnie rzut beretem, jest parking, są tramwaje, autobusy pewnie też. A w tak piękną pogodę można połączyć regenerację z przejażdżką rowerową.

SPA posiada gabinety zabiegowe i różnego rodzaju rytuały w ofercie, ale moim zdaniem perełką tego miejsca przywracającą biowitalność jest strefa mokra. A, i jeszcze bardzo, ale to bardzo istotny aspekt – wstęp do SPA tylko od 16 lat!!! Zapomnijcie zatem o rozwrzeszczanych dzieciach, które ze SPA robią aquapark. NO KIDS ZONE – to jest to, co zmęczeni rodzice dwójki maluchów lubią najbardziej 😀 (chociażby po to, żeby się bardziej za swoimi stęsknić, no i spędzić w ciszy czas we dwoje).

Spędziliśmy w strefie mokrej blisko 4 godziny i spokojnie moglibyśmy pozostać tam jeszcze drugie tyle. Co zawiera strefa mokra?

  1. basen – jak to basen, nic w zasadzie specjalnego, ale obstawiony aqua-rowerami, więc może się tam dziać :)
  2. strefa jacuzzi – a w niej jacuzzi z solą himalajską i magnezem
  3. lampy – do wyboru słoneczna łąka (znam ją pod nazwą oślej łączki) oraz lampy kolagenowe
  4. strefa saun – a tam istny raj :) i) klasyczna sauna fińska, ii) sauna japońska – ganbanyoku, iii) łaźnia parowa, iv) goldarium, czyli złota wypoczywalnia, v) biosauna
  5. strefa schładzania- również z miską lodową
  6. grota solna

Na samym początku byliśmy trochę zdezorientowani – z czego skorzystać na początku i w jakiej kolejności? Czy ze wszystkich rodzajów saun czy tylko z wybranych? Na szczęście w sukurs przychodzą plansze wywieszone w pomieszczeniach oraz strona internetowa Sante.

Zalecana kolejność to cykle nagrzewanie -> schładzanie -> odpoczynek. W Studio Sante do poszczególnych etapów można wykorzystać:

  • nagrzewanie ciała (sauny: fińska, biosauna, skalna japońska Ganbanyoku, łaźnia parowa),
  •  schładzanie ciała (baseny schładzające: wewnętrzny i zewnętrzny, wężyki Kneippa, prysznice, prysznic wrażeń, misa lodowa),
  • odpoczynek (złota wypoczywalnia Goldarium, tepidarium solne, słoneczna łąka) .

Przykładowa kolejność saunowania może wyglądać następująco: 1) sauna fińska, 2) strefa schładzania, 3) grota solna, 4) łaźnia parowa, 5) strefa schładzania, 6) goldarium, 7) biosauna, 8) strefa schładzania, 9) łączka, 10) ganbanyoku (po saunie japońskiej nie schładzamy się).

Więcej informacji znajdziecie TUTAJ, a my gorąco i „parująco” polecamy i może do zobaczenia w saunie!

Dziki Zachód w Żorach

Zaczął się sezon wyjazdowy, a wraz z nim przemodelowanie naszych nawyków podróżniczych „sprzed dzieci”. Trasa dość długa Budapeszt – Warszawa, więc postanowiliśmy zrobić sobie w drodze powrotnej przystanek z niespodzianką i zamieniliśmy się w kowbojów i kowbojki. A wszystko to w podkatowickich Żorach.

IMG_4634_1W niepozornej okolicy po długiej podróży weszliśmy do Hotelu Texas, a następnie na dziedziniec parku, gdzie zostaliśmy przeniesieni w czasy Dzikiego Zachodu. Ulica rzeczywiście wyglądała tak, jakby zaraz z jednego domku miała wyskoczyć Dr Quinn :)

Jako że podróżujemy z przedszkolaczką i żłobkowiczem, dużo atrakcji było nie dla nas, co bynajmniej nie oznacza, że nie mieliśmy co robić, wręcz przeciwnie.

Na samym początku trzeba było się wyhasać po podróży. Dmuchana zjeżdżalnia, wulkan do wspinania się, piaskownica, automaty, plac zabaw, a nawet dojenie krowy.

IMG_4560_1    IMG_4570_1  IMG_4586_1

Do tego świetna strefa zabaw wodnych – wodne armatki, przekładnie, łowienie rybek, śruba Archimedesa czy tworzenie wiru wodnego – zabawne z elementami edukacyjnymi.

IMG_4588_1  IMG_4579_1  IMG_4572_1

Warto oczywiście się zaopatrzyć w odpowiednie atrybuty kowboja – u nas nie obyło się bez kowbojskiego kapelusza oraz rewolweru. Bardzo się przydały, gdyż zaraz potem porwały nas pokazy kowbojskiej sztuki. Wystartowałyśmy w konkursie uciekania przed lassem – i o ile córci udało się czmychnąć, o tyle mama, no cóż, została złapana na lasso.

Przy niesprzyjającej aurze również nie można było się nudzić. Park wyposażony jest w wesołu zakątek Lucky Luke’a, a tam pokaźny basen z piłkami, dwie sale dla najmłodszych, kącik do malowania, malowanie buziek, a na dolnym piętrze atrakcje związane z iluzją oraz sala luster. Uwaga – w niektóre młodzi adepci sztuki iluzji mogą chcieć wejść, a nawet wbiec… Na dole funkcjonuje również kawiarenka, a kawę spokojnie można wnieść na piętro i wypoczywać przy małej czarnej obserwując bawiące się dzieciaki.

IMG_4697_1 IMG_4696_1

Atrakcji zewnętrznych jest cała masa. Koniecznie odwiedźcie studio fotograficzne, gdzie zrobicie sobie uroczą rodzinną sesję w stylu dzikiego zachodu – świetna pamiątka i frajda przy rodzinnych przebierankach.

Bardzo ciekawe są okolice parku linowego, gdzie znajdziecie różnego rodzaju gry rodzinne w plenerze. Nas wyjątkowo urzekła drewniana katapulta.

IMG_4643_1         IMG_4635_1

Amatorzy atrakcji jeżdżących też nie będą się nudzić. Podobnie jak miłośnicy kina czy komnaty strachów. A dla najmłodszych – jest nawet mały zwierzyniec i kucyki. Nowe atrakcje wciąż powstają, więc park się rozrośnie, a my na pewno jeszcze w nim zawitamy. Wraz z wiekiem przybędzie nam spektrum atrakcji do odwiedzenia.

IMG_4642_1 IMG_4636_1

Zresztą zerknijcie sami na mapę atrakcji.

Sam hotel również bardzo przyjemny, a przede wszystkim czysty i bardzo wygodne łóżka (a do tego świeżutka pościel). Może nieprzesadnie na bogato, ale nie o to chodzi w tym parku. Minusem jest brak windy, co jest utrudnieniem przy wózkach, ale można je zostawić przy recepcji i poruszać się pieszo. W końcu to Dziki Zachód!

Zdecydowanie na TAK! a uśmiech dzieci oraz rozpamiętywanie pobytu długo po powrocie – bezcenne.

Dzięcięce tradycje wielkanocne ze świata

 

Stoły udekorowane (minimalizm, klasyka czy shabby chik?), żurek w garnku, jajka w lodówce czekają na przybranie, ale co w tym czasie robią wasze dzieciaki? Zapewne malują jaja i przygotowują się na Śmigus Dyngus, ćwicząc zawzięcie celność i dobierając odpowiednią broń. A jakie dziecięce tradycje wielkanocne panują na świecie?

Czeskie pomlazki i szmigrus

Wielkanocne smaganie (czes. pomlázka, słow. šibačka, węg. sibala niem. schmackostern) wywodzi się z obrzędów i praktyk pogańskich, obecnie związanym z Poniedziałkiem Wielkanocnym. Zwyczaj był jedną z wielu słowiańskich praktyk obchodzonych przy nadejściu wiosny. Smaganie miało uzdrawiać, dostarczać siły witalne i wypędzać złe moce (duchy). W folklorze słowiańskim smaganie było często zbieżne z oblewaniem i wraz z nim było szczególnie ważne dla panien i dziewcząt, bo miało sprzyjać płodności. Zwyczaj ten był często praktykowany przy kolędowaniu wielkanocnym. Współcześnie zaadaptowały się także pojęcia takie jak np. śmiguśny poniedziałek (w Polsce), Sibati Utorok (na Słowacji), Mrskany Poniedieli (na Morawach). Chrześcijaństwo przyjmując ten pogański zwyczaj, powiązało go z cierpieniem Jezusa Chrystusa.

W Czechach znany jest także szmigrus, czyli spacer z koszyczkiem po domach sąsiadów i zbieranie łakoci w zamian za śpiew i życzenia.

Brytyjskie turlanie jaj

Zagościło również na południowym trwaniku Białego Domu w Waszyngtonie, gdzie odbywa się już od 130 lat. Główna atrakcja polega na toczeniu kolorowego jajka ugotowanego na twardo dużą łyżką, ale teraz impreza rozrosła się i ma wiele innych rozrywek towarzyszących, takich jak grupy muzyczne, polowanie na jaja, sport i rzemiosło.

Poszukiwania na trawnikach – Niemcy

Klasyczna zabawa w poszukiwanie skarbów. Rodzice umieszczają różnego rodzaju łakocie (często kolorowe czekoladowe jaja czy zajączki) w różnych miejscach w domu lub ogrodzie, a dzieci biegają z koszyczkiem i starają się znaleźć jak najwięcej skarbów. W końcu kto pierwszy, ten lepszy.

Amerykański Easter Bonnet

Kapelusz Wielkanocny to nowy lub fantazyjny kapelusz noszony w Wielkanoc, zwyczaj rozpowszechniony w Nowym Jorku. Związany z brytyjską tradycją noszenia nowych ubrań w Wielkanoc, jako obietnicy odnowy duchowej i odkupienia.

Szwedzkie wielkanocne wiedźmy (Påskkäringar)

Tradycyjnie dzieci przebierają się za te czarownice, Påskharar (wielkanocne króliki), a nawet czarne koty. Zarówno chłopcy, jak i dziewczęta ubierają się, wychodząc z domu i chodząc od drzwi do drzwi, prosząc o cukierki, zupełnie jak w Halloween.

Dzieci natomiast mają okazję do radości, ponieważ w ten właśnie dzień zajączek wielkanocny (påskhare) przynosi im wielkie wielkanocne jajko, w którym znajduje się ogromna ilość cukierków.

Finlandia

Dzieci w tym skandynawskim kraju biegają ulicami z zamaskowanymi twarzami i chustami wokół głowy, niosąc miotły, kozła i bukiety wierzbowych gałązek. W niektórych częściach Finlandii Zachodniej ludzie rozpalają ogniska w niedzielę wielkanocną, zgodnie z tradycją nordycką, wywodzącą się z przekonania, że płomienie odstraszają czarownice, którzy latają na miotłach pomiędzy Wielkim Piątkiem a Wielkanocną Niedzielą.

Norwegia – Wielkanoc z kryminałem

Wielkanoc jest dla Norwegów czasem na czytanie powieści kryminalnych, które wydawcy wydają specjalnie w Paaskekrimmen. Tradycja ta ma sięgać 1923 r., gdy wydawca książek promował nową powieść kryminalną na pierwszych stronach gazet.

Hiszpański Verges  – taniec śmierci

W Wielki Czwartek w średniowiecznym mieście Verges w Hiszpanii odbywa się tradycyjny „dansa de la mort” lub „taniec śmierci”. Aby rekonstruować sceny z „Pasji”, każdy ubrany jest w kostiumy szkieletów i paraduje po ulicach. Taniec śmierci zaczyna się o północy i trwa około trzech godzin do rana.

Żródła:

http://www.womansday.com/life/travel-tips/g2175/easter-traditions/

wikipedia. org

Påskkärringar in Sweden

Jak przygotować dziecko do wyjazdu?

Wkrótce Wielkanoc, a zaraz po niej majówka i pewnie wiele z Was uda się z rodzinami na zasłużony i wyczekiwany odpoczynek. Jak przygotować dzieci do wyjazdu w określone miejsce? Czy w ogóle trzeba?

Podróże są naszym hobby i stąd chciałabym, żeby nasze dzieci wynosiły z nich nie tylko wspomnienia o morzu i plaży, ale choć krztę o kulturze, zwyczajach, cechach charakterystycznych, kuchni, a przede wszystkim mieszkańcach danego kraju. Jak jednak wyjaśnić przedszkolakom kontekst różnych zachowań i kultury?

Mapy

Zaczęłam od tego. U naszej 3,5-latki w pokoju jedna ściana zajęta jest przez fizyczną mapę świata w europejskim układzie (czyli my na środku). Za każdym razem, gdy wyjeżdżam w delegację lub gdy mamy zaplanowany wyjazd – pokazuję je to miejsce na mapie. Po powrocie z wyjazdu wspólnie naklejamy kropkę w miejscu, gdzie wspólnie byliśmy. Nie katuję jej oczywiście pamięciówką ze stolic i nazw, ale sam fakt pokazywania różnych miejsc na mapie sprawia, że dziecięca ciekawość zwycięża i wie przynajmniej czy dane miejsce jest dalej czy bliżej Warszawy, czy do góry czy na dół, czy w prawo lub w lewo.

Kolejną sprawą są fantastyczne moim zdaniem pozycje książkowe wydawnictwmapy-obrazkowa-podroz-po-ladach-morzach-i-kulturach-swiata-u-iext44043020a Dwie Siostry autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich, „Mapy”. Na konturowej mapie poszczególnych (wybranych przez autorów państw) znajdziemy graficzne przedstawienie charakterystycznych dla danego miejsca symboli, zabytków, postaci (historycznych czy fikcyjnych) czy w końcu narodowych potrwa. Prawdziwe miejsce podróży palcem po mapie!

Przed wyjazdem do danego kraju już z pewnym wyprzedzeniem staram się co jakiś czas zajrzeć do tego mapownika i obejrzeć choć kilka obrazków z danego kraju.

Flagi

Po mapach przyszła pora na flagi. Nie jest to może najważniejsze w podróżowaniu, jednak jak tylko znalazłam kolorowankę z naklejkami dotyczącą flag państw Europy, od razu trafiła do mojego koszyka. Wychodzi różnie z ich znajomością i prawidłowością barw, ale przynajmniej córka wie, że każde państwo ma swoje własne barwy narodowe, a to już coś.

Książki dla dzieci

Nic tak nie przybliża dziecku kultury danego kraju jak jego baśnie, legendy i bajki. Stąd przed wyjazdem staram się kupić choć jedną pozycję narodowych bajek dla dzieci. O ile z Danią jest bardzo łatwo (wiadomo – Hans Christian Andersen), o tyle z Węgrami może być trudniej, ale okazuje się, że znajdziemy w księgarniach i węgierskie baśnie dla dzieci.

Poza książkami warto pamiętać też o powszechnie znanych bohaterach dziecięcych, typu czeski krecik. Trudno opuścić lotnisko w Pradze bez chociaż jednej pamiątki z krecikiem :-).

Albumy i pamiątki z podróży

A na koniec, w celu utrwalenia pobytu, wybieramy wspólnie zdjęcia, które trafią do kolejnego albumu rodzinnego lub co jakiś czas wracamy do zbioru wspomnień i ponownie tłumaczymy dzieciom gdzie byliśmy, co robilismy i odpowiadamy na milion pytań „dlaczego?” 😉

***

Nie mam pojęcia czy powyższe się sprawdza, jednak wierzę, że tak przygotowane podróże pozwalają dzieciom trochę inaczej patrzeć na nową rzeczywistość, którą napotykają przy wyjazdach zagranicznych.

Macie jakieś inne patenty?

Wiosenne odkrycia kosmetyczne

Astronomiczna wiosna już wkrótce, warto odświeżyć więc półkę z kosmetykami. Moje odkrycia tego sezonu są następujące.

44879_A1.psd

Tonizacja – długo szukałam odpowiadającego mojej cerze toniku bez zawartości alkoholu. Trafiłam na niego przypadkiem, kupując mój ulubiony krem do rąk w rozmiarze „torebkowym”. Firma L’OCCITANE oferuje bezalkoholowy tonik, wzbogacony zmiękczającym masłem shea i wodami kwiatowymi. Dla mnie ekstra.

Serum

 

Witamina C i redukcja zmarszczek – czyli idealne połączenie dla skóry naczynkowej. Za namową siostry odwiedziłam salon Kiehl’s w warszawskiej Arkadii, a profesjonalizm sprzedawczyni sprawił, że nie dość, że wyszłam z serum i kremem pod oczy, to jeszcze o męską pielęgnację wzbogacił się mój mąż. Formuła koncentratu zawiera formuła przeciwzmarszczkowa zawierająca 10,5% czystej Witaminy C. Stosuje się ją po oczyszczeniu twarzy. Przy pielęgnacji azjatyckiej, produkt można nakładać po zastosowaniu emulsji/serum.

Mgiełka do włosów Waterclouds – zrobiona z naturalnych 41994bfd117d2d59af35adbaf2256a90składników, bez parabenów. Odżywka w postaci mgiełki, nie wymaga spłukiwania, a do tego zawiera filtr UV, idealnie na sezon. Mnie pomaga w ujarzmieniu puszącego i lokującego się tyłu (co podobno jest częste po ciążach) i zdecydowanie zmiękcza włosy.

UWAGA! PROMOCJA NA POWITANIE PO PODANIU W KOMENTARZACH / WIADOMOŚCIACH NA FACEBOOK’U ADRESU MAILOWEGO!

full-root-lift-pdp-top_1_1Jak już jesteśmy przy fryzurze, jednym z nielicznych produktów, który jest w ogóle w stanie podnieść moje włosy u nasady jest spray Living Proof, którego działanie uaktywnia się pod wpływem ciepła suszarki. Formuła bez silikonów. Ma dość przyjemny zapach i nie skleja włosów, umożliwia ich rozczesanie nawet tuż po nałożeniu produktu.

Kolejne odkrycie (dzięki przecenionym o kilkadziesiąt procent zakupom na limango :)) to legendarna już marka Ingrid Millet. Przy okazji szukania produktu do uzupełnienia pielęgnacji Hydro-–-Soothing-Aroma-Concentrateazjatyckiej trafiłam na świetną promocję i koncentrat nawilżający pozostał już ze mną (jest niesamowicie wydajny). Chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami , redukuje zaczerwienienia i podrażnienia. Wyposażony w pipetę,  dzięki której można precyzyjnie go dozować (używam ok. 3 kropli na twarz, szyję i dekolt na dzień i  5 na noc). Zawiera w sobie olejki: makadamia, z pestek moreli i słodkich migdałów, a także masło shea i wosk kandelila.

Skin79-Maseczki-_Animal_Mask_For_Dry_MonkeyNo i na koniec niesamowita maseczka w płachcie wyszperana w perfumeriach Douglas, oczywiście azjatycka (bodajże koreańska). Nazwa Animal Mask for Dry Monkey zobowiązuje i po jej nałożeniu możecie przez 15 minut straszyć domowników lub bawić się z dzieciakami w dżunglę (obie opcje polecam :-)). Zawiera  kwas hialuronowy i ekstrakt z kwiatu lotosu, bez parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów. Mój absolutny numer jeden wśród masek i towarzyszka piątkowych wieczorów :)

***

Wszystkie powyższe kosmetyki zostały wynalezione przeze mnie lub polecone przez znajomych, kupione z własnych środków oraz przetestowane własno – ręcznie (?), także rekomendacje są „od serca” oraz od zadowolonej skóry, która podziękowała przemęczonej matce za te chwile atencji.

***

Klocki, klocuchy i klocuszki czyli rodziną do Klockowni!

Za oknem powoli zaczyna się wiosna, nie zawsze jednak w dżdżyste dni wybierzemy się z maluchami na wielogodzinny spacer. Dokąd wyskoczyć, żeby dzieci się wyhasały, a i dorośli znaleźli coś dla siebie? Dzisiaj proponuję wam Klockownię.

Klockowy plac zabaw znajdziecie na warszawskim Targówku w Galerii Renova (niegdyś Rembielińskiej), na pierwszym piętrze. W środku raj dla zwolenników klocków małych i dużych. IMG_1604[1]

Przy wejściu zamykane na klucze szafki, w których możecie poupychać wszystkie rzeczy, zzuć buty i w skarpetkach wejść do królestwa klockowych form. Jeśli spodziewacie się tylko lego w wersji dla starszych i duplo dla młodszych – miło się zaskoczycie.

IMG_1600[1]Dla najmłodszych pociech w pierwszej części sali są klocki duże, miękkie, plastyczne i magnetyczne. Jest to tzw. Strefa Małe Paluszki. Możecie w niej zostawić (pod nadzorem oczywiście) nawet raczkujące malce, które na miękkim dywanie będą próbowały sił w spinaczce i podnoszeniu się na klockach.

 

Kolejna część placu zabaw to Strefa Na 4 Ręceklockownia_340_261116idealna dla rodzeństwa, które może razem budować różne konstrukcje z dużych niebieskich klocków (u nas w konfiguracji jedna buduje, drugi psuje :)). Przednia zabawa! W dodatku tuż obok znajduje się tor, po którym można spuszczać w dół przeróżne pojazdy kołowe, kulki, klocki czy co tylko wpadnie dzieciakom w ręce. Ważne tylko, żeby same na nim nie zjeżdżały, gdyż konstrukcja toru nie przewiduje utrzymania większych ciężarów (a był to jeden z pierwszych pomysłów Olgi).

Jak już IMG_1602[1]znudzi się wszystkim współpraca, czas na pracę prawie indywidualną w Strefie Hocki Klocki. Wiele szuflad i komór, w których znajdziemy dużo różnych odmian klocków, ale uwaga – też z małymi elementami. Nasz Igor najbardziej upodobał sobie klocki magnetyczne i nie mogliśmy go nawet na chwilę zostawić, żeby kulki-łączniki nie trafiły przez przypadek do gardła lub nosa. Ale odciągnąć od strefy magicznych szuflad się nie dał. Wcale to mi nie IMG_1601[1]przeszkadzało, gdyż przy okazji mogłam budować swoje własne konstrukcje.

Kolejna strefa to Majster w Akcji i przeznaczona jest dla poważnych konstruktorów i budowniczych. Dzieciaki budują w niej prawie prawdziwe domy, budy, pojazdy czy co tylko wyobraźnia im podpowie. Dla rodziców to też niezły azyl, gdy chcą na chwilę zaszyć się pod klockowym dachem zostawiając swą drugą klockownia_306_261116połówkę z mozolną opieką nad dwójką dzieci (ale ciiii…to taki mój mały sekret ;)).

20161203_165135_004Jaka by to była zabawa, gdyby po trudach budowania nie wypróbować mocy buldożeru. Dla fanów (i oczywiście fanek) demolki przeznaczona została ostatnia strefa o tej, jakże wymownej, nazwie. Miękkie klocko-bloki układają się w całą kolorową ścianę by zaraz wylądować z powrotem na podłodze wraz z dzieckiem-buldożerem. Ubaw dla małych i dużych. Dodatkowo po bloczkach można się wspaniale wspinać i ćwiczyć umiejętność stania. A nawet jak spadną na głowę – oprócz małego strachu nic się nie stanie.

Co do ceny – niemowlęta do 9 miesiąca wchodzą za darmo. Weekendowe godzinne wejście rodziny 2+2 przy niezbyt dużym obciążeniu sali to wydatek rzędu 45 PLN. Przy dużym obciążeniu jeden opiekun w cenie, drugi musi kupić bilet o wartości 50% opłaty regularnej.

Osobiście uwielbiam klocki, a w dzieciństwie moim pierwszym zagranicznym wyjazdem był wyjazd do duńskiego Legolandu (to dopiero było dziecięce Hygge ;))! Może i stąd ten sentyment. Niewątpliwie jednak klocki pomagają w rozwoju małej motoryki u dzieci, umiejętności myślenia przestrzennego, rozpoznawaniu kształtów, faktur, kolorów. Pozwalają koncentrować uwagę, a także tworzyć wspólne konstrukcje i rozwijać wyobraźnię podczas zabaw z wykorzystaniem tych tworów. Przyjemne z pożytecznym – POLECAM!

Więcej informacji znajdziecie na stronie: https://www.klockownia.com

 

Wszystkie podwórka Burakowskiej

W powietrzu czuć już wiosnę, więc szkoda siedzieć w domu. Z drugiej strony nie jest aż tak ciepło, żeby z ciągle przeziębionymi maluchami spędzać całe dnie na dworze. Złotym środkiem może okazać się ekslorowanie okolicy. U nas padło na Burakowską.

Trochę zapomniana uliczka na uboczu głównych tras, z rozbudowywaną częścią mieszkaniową, niegdyś znana z fabryki koronek. Dzisiaj wyglądem jeszcze nie porywa, ale można znaleźć tam bardzo ciekawe lokalizacje. O ile oczywiście nie wybierzecie rozrywki w pobliskiej Arkadii..

Naszym stałym punktem na mapie ul. Burakowskiej jest Maluj, maluj – idealny sposób na spędzenie chwil z córką gdy wybieracie się do manikiurzystki, w szczególności w towarzystwie koleżanek (lub też kolegów) i ich dzieci. Bardzo rodzinny salon przyciąga wręcz panie i panów z pociechami. Starsi mogą porozmawiać i napić się kawy, młodsi zaś doskonale bawią się udając starszych i wcinając lizaki z ksylitolem.

IMG_2020[1]Z wypielęgnowanymi dłońmi czas na podbój „miasta” i ucztę dla żołądka. Tuż za rogiem, na Burakowskiej 14, znajdziecie Targ Kulinarny i Targ Rolny. Dość kameralne miejsce jak na targ, w starych postindustrialnych halach, ale idealne na lunch z dzieciakami. Można znaleźć i coś dla mięsożerców, i dla wegan, a nawet dla alergików. Stanowiska w stylu street food oferują m.in. przysmaki kuchni gruzińskiej, uzbeckiej (pyszne pierogi na parze), węgierskiej, greckiej czy tradycyjną pizzę. IMG_2018[1]Do tego stoiska z napojami (piwa, kawa, non-alco) istoły w przeróżnych kształtach (m.in. beczek). Hipsterzy powinni być zadowoleni 😉 Nie ma problemu z wjazdem z wózkiem. Fotelika dla dzieci może tu nie znajdziecie, ale większe pociechy dadzą radę na róznego rodzaju siedziskach, a mniejsze zapewne zadowolą się posiłkiem z poziomu spacerówki. Nie jest to jeszcze Soho Factory, ale zaczyna się dziać.

A po lunchu – Targ Rolny na szybkie zakupy na kolację i nie tylko (w ofercie wędzone ryby, przetwory, zioła, owoce i warzywa, miody, jaja, pieczywo). Z reguły od rolników lub małych producentów.

Za rogiem przy bramie wejściowej znajdziecie showroom Goshico – dla bywalców Maluj, maluj – ze zniżką :) Niezłe torebki na prezent dla ukochanej lub dla zrobienia sobie przyjemności.

IMG_1074Alternatywa lunchowa – pobliski Maghreb. Podwórko niezbyt reprezentacyjne, ale lokal w środku już przyjemny. I to nie tylko wizualnie. Pyszny hummus na przystawkę i marokański tabouleh oraz mięsa podawane w tadżinie. Do deseru nigdy nie doszliśmy, ale dzieciom wszystko smakowało – w szczególności mięso w wersji na słodko podawane z kus kusem.

A jak już macie starsze pociechy i możecie wpaść na dłuższy lunch z lampką wina – koniecznie odwiedźcie lokal Mielżyński, prowadzony przez Roberta Mielżyńskiego. Dobrze dobrane przez somelierów wina do posiłków (w opcjach mniej lub bardziej przystępnych – możecie wybrać), a i właściciel niekiedy się pojawia osobiście. A że od czasu do czasu na różnych galach można go spotkań w roli wspierającego charytatywnie różne fundacje – bardzo polecam.

Burakowska zaskakuje też w innej dziedzinie. Na styku Burakowskiej i Piaskowej, na parterze budynku mieszkalnego znajdziecie familijny sklep CSK Podłogi, w którym dobierzecie idealne panele i deski do swojego mieszkania. Tradycyjny, familijny klimat, podejście pro-klientowskie i możliwość zasięgnięcia porady. Może trochę w staroświeckim stylu, ale produkty nowoczesne, ceny racjonalne, a kontakt z właścicielami -świetny.

To nie wszystkie atrakcje Burakowskiej, jakie są Wasze ulubione miejsca w tej okolicy?

Teatrzyki dla maluszków

Znalezienie atrakcji dla dzieci 3+ w Warszawie nie stanowi większego problemu. A już dla dzieci w wieku 5+ zajęcia organizuje prawie każdy dzielnicowy dom kultury. Gorzej, gdy chcecie się wybrać dokądś z roczniakiem…dzisiaj więc o teatrzykach dla najmłodszych.

Teatr Niewielki w SOHO Factory

To jeden z naszych pierwszych wyborów, głównie przez lokalizację. Za czasów jednego dziecka miło było pójść z dzieckiem do teatru, podczas gdy drugi rodzic delektował się kawą (w moim przypadku i bezą) w restauracji Dworzec Wschodni. Bardzo szybko obejrzeliśmy wszystkie przedstawienia i z niecierpliwością czekaliśmy na kolejne. Teatr przeznaczony dla widzów w wieku 1-7 lat i dolna granica wieku wcale nie jest przesadą. DIMG_1952[1]zisiaj właśnie wybrałam się z 13-miesięcznym Igorkiem na sztukę „A co to?” i Igor bawił się wybornie, z rozdziawioną buzią śledząc poczynania aktora na scenia, a po czasie dołączając interaktywnie do zabawy (zresztą śladem innych dzieci).

Formuła sztuk (a może ‚sztuczek’) zaplanowana jest w ten sposób, że pierwsze 30 minut do występ aktora (w przypadku najmłodszych interaktywny, inaczej się chyba nie da :) ), a kolejne 15 minut to zabawa na scenie z wykorzystaniem rekwizytów z danego przedstawienia. Sztuki dla najmłodszych operują prostym słownictwem (Halo? A co to? Pa, pa! Dasz? A kuku! itp.), dźwiękami i onomatopejami, powtórzeniami fraz, a przede wszystkim mimiką. Można się zdziwić jak takie maluchy trafnie odczytują sceniczny humor i bywają momenty, że słychać rechot małych buziek.

Sala teatru też jest dość niewielka, mieści się w niej ok 40-50 osób, co akurat sprzyja dobrej zabawie ledwo chodzących maluchów. Przed przedstawieniem dzieci i rodzice mogą pobawić się we „foyer”, a na samą salę należy wybrać się w ochraniaczach na obuwie (dostępne przed wejściem) lub skarpetkach, dzieciom natomiast zabrać obuwie na zmianę.

Z innych dostępnych tytułów dla najmłodszych polecamy też Kółko i Kwadrat.

Moim zdaniem spektakle oznaczone cezurą wieku 1-4 czy 1-6 lat są raczej dla tych młodszych widzów, stąd po 3 roku życia córki przerzuciliśmy się na inne spektakle.

Teatr Młodego Widza – ul. Jezuicka

IMG_0871 Uwielbiam jeździć do tego miejsca o każdej porze roku. Okolice Starego Miasta zawsze są dobre na spacer z dziećmi. A to koniki i powozy, a to lodowisko i choinka, a to kiermasze i kramy, no i zawsze Warszawska Syrenka. Jest o czym dzieciom opowiadać.

Sam teatr też trzyma poziom, nie zdarzyło nam się trafić na nieudane przedstawienie. Część z tytułów jest już bardziej przeznaczona dla przedszkolaków, więc Teatr Młodego Widza w naturalny sposób uzupełnił nam ofertę teatru niewielkiego. O jego popularności niech świadczy chociaż fakt, że na niektóre spektakle już dawno nie ma biletów na najbliższe dwa miesiące…

Formuła spotkań jest podobna. Miejsce do zabawy przed spektaklami, zmiana obuwia, kameralne sale i interaktywność. Niektóre spektakle sa krótsze, niektóre dłuższe, ale zawsze jest czas na zabawę pod koniec przedstawienia.

Z ostatnich tytułów polecam Super Luper – dla fanów zabaw muzycznych :)

Przyznam, że na początku naszej przygody z teatrem dla najmłodszych zastanawiałam się czy to nie fanaberia. Roczniak w teatrze?! Jednak po kilkunastu już przygodach w tych dwóch miejscach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie. Nie wspominając już o tym, że spektakle te są świetnym urozmaiceniem zimowych weekedów.

Znacie inne teatrzyki dla żłobkowiczów? Polecajcie -wypróbujemy!

 

Weekend bez dzieci – Hotel Narvil

Może i temat prozaiczny, ale jak nie ma się pod ręką niepracującej i mega sprawnej fizycznie babci lub dziadka, którzy podołają wyczerpującemu zadaniu ogarnięcia dwójki małych szkrabów przez 24h na dobę, urasta do rangi dużego problemu…. tak też było i u nas, ale wreszcie UDAŁO SIĘ!

Oj tak, po ponad trzyipółrocznym oczekiwaniu udało się nam wybyć na cudowne dwa dni tylko we dwoje do położonego na zaciszu (żeby nie napisać, że w głuszy) hotelu Narvil w Serocku? Dlaczego akurat tam? Bo miało być ładnie, miło, rozpieszczająco, niedaleko od Warszawy a do tego wszystkiego cicho…bez tabunów dzieci biegających wszędzie. I tak też było… dzieci co prawda się zdarzały, ale poza kilkoma spotkaniami podczas śniadania i omijaniem przez nas strefy basenowej – udało się praktycznie ich nie słyszeć.

IMG_1812       IMG_1813

Oj tak, zrozumiałam też to, co zawsze mnie zastanawiało. Hotele, gdzie dzieci są niemile widziane, oblegane przez rodziców małych szkrabów. Po 3,5 latach podróżowania tylko z dziećmi już to rozumiem. Czasem każdy z nas potrzebuje odpocząć od nadmiernej ilości bodźców, wyciszyć się, wyłączyć mózg, wsłuchać się w siebie, w potrzeby własnego ciała. I konia z rzędem temu, kto potrafi to zrobić gdzieś w drodze pomiędzy pracą, domem a milionem innych zajęć. My nie potrafimy.

Postanowiliśmy zatem udać się na urlop już w połowie piątku. Miły lunch we dwoje, kategoryczny ZAKAZ postawiony babciom – zero, ale to absolutnie zero telefonów. No chyba, że zaraz po wezwaniu pogotowia czy innych służb ratunkowych. NIe chcemy słyszeć jak jest miło, co powiedziała córka, czy małego swędziały ząbki. Przez te dwa dni w roku (a w zasadzie raz na trzy lata), chcemy być z dala od codzienności.

Narvil powitał nas miło. Estetyczne wnętrza, miła i profesjonalna obsługa, przygotowany pakiet powitalny (o taki mały poczęstunek) i wygodne małżeńskie łoże. Jak tylko je zobaczyliśmy, od razu postanowiliśmy spróbować, wskoczyliśmy do łóżka i…udaliśmy się na godzinną drzemkę. Wyobrażacie to sobie? DRZEMKA W TRAKCIE DNIA??? No właśnie, piękny początek weekendu. Potem zabiegi na zmianę z pysznie serwowaną kolacją spod ręki szefa Witka Iwańskiego, dobrym winem i drinkami oraz nieprzerwanym kilkugodzinnym snem.

IMG_1823

Podobnie też było drugiego dnia. Zwolniliśmy tak bardzo, że harmonogram zajęć wydał się nam aż zbyt napięty. Najchętniej leżelibyśmy w hotelowym caldarium na przemian z pobytem w strefie relaksacyjnej, popijając w szlafrokach zieloną herbatkę i wpatrując się w cichy zimowy pejzaż. Aż można było poczuć  hygge. Kocyk, herbatka, relaks, cisza, zieleń, a za oknem mróz i śnieg…

Ostatniego dnia stwierdziliśmy, że aż żal wyjeżdżać i w sumie przydałby się jeszcze jeden dzień odpoczynku po odpoczynku :) Definitywnie polecam to miejsce na oderwanie się od codzienności.

Minusy? Pewnie cena, bo do najtańszych nie należy. Stołom bilardowym też przydałoby się odświeżenie, bo zaplamione sukno w takim hotelu trochę słabo wygląda.

Z rozrzewnieniem natomiast będziemy wspominać wylegiwanie się w strefie termalnej…relaks w czystej postaci.

No a na koniec, no cóż, stęsknieni do naszych pociech gnaliśmy do domu…no może z małą przerwą na kino i teatr, bo w końcu doba hotelowa kończy się w południe, a babcie zakontraktowane na cały weekend :)

Pamiętacie Wasz pierwszy wspólny wypad bez dzieci / dziecka?

WOŚP – jak pomóc i zyskać?

Już dzisiaj po raz kolejny gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. To wielka lekcja dla nas wszystkich – pomocy, organizacji, życzliwości, lecz także krytycznego myślenia i wyciągania niepochopnych wniosków. O ile te ostatnie lekcje dotyczą bardziej rozliczeń finansowych fundacji i całego szumu wokół tego tematu, o tyle pierwsze aspekty są szlachetne. Co jeszcze oprócz szlachetności możemy zyskać?

WOŚP porywa mnie już od lat dziecięcych. Najpierw jako jedna z atrakcji i sposób na spędzenie czasu z innymi dziećmi i ich rodzinami, później w charakterze wolontariatu, następnie poprzez współorganizację całego sztabu, uczestnictwo finansowe, a ostatnio także jako sposób na przekazanie pewnych wartości dzieciom.

Z serduszkami spotkałam się nie tylko na kwestach i finałach WOŚP, ale też podczas dwóch ciąż i porodów. Jednym z pierwszych badań wykonywanych noworodkom jest badanie przesiewowe słuchu. Nie znam nikogo, kto widziałby sprzęt bez serduszka. Może jest, może nie, nie wiem. Ale pamiętam jak dziś, że pełna poporodowych emocji aż wzruszyłam się dostając certyfikat z dobrym wynikiem testu moich dzieci i wielkim nadrukowanym serduszkiem WOŚP. Miałam poczucie dobrze spełnionego obowiązku, wpierając WOŚP przez te wszystkie lata.

Ale nie każdy musi podzielać tę opinię. Co nie oznacza, że nie może pomóc. Dla przyziemnych pragmatyków niewyczerpująca lista korzyści, które odnosimy udzielając się charytatywnie (niekoniecznie przy pomocy WOŚP). I jeszcze jedno – sam fakt, że ktoś pomaga z pobudek mniej szlachetnych (sława, blichtr, CSR, wizerunek) moim zdaniem zupełnie nie przeszkadza, ważny jest cel.

Do czego może darczyńcy przydać się charytatywność?

  • wizerunek – zarówno osób indywidualnych, celebrytów, jak i firm (działania CSR);
  • odpis podatkowy – przy wpłatach na konto zarówno osoby fizyczne jak i firmy mogą dokonać odpisu darowizny na rzecz OPP (organizacji pożytku publicznego) od dochodu w ramach przysługujących limitów. W tym aspekcie przelew jest zdecydowanie lepszy niż wrzutka do puszki.
  • lekcja dla dzieci
  • zdolności organizacyjne – angażując się w organizację sztabu macie pełen wachlarz – od fund raisingu, pozyskiwania sponsorów, motywowania wolontariuszy (pozapłacowego oczywiście), poprzez sprzedaż (zbieranie datków) aż do PR i marketingu (przekonywanie do akcji), nauka bezcenna;
  • potrzebę bycia potrzebnym -bardzo ważne w przypadku osób starszych lub samotnych, lecz także np. dla osób które są nowe w danym środowisku;
  • nowe znajomości i przyjaźni – i to często z bardzo wartościowymi osobami,
  • integrację lokalną – przy akcjach lokalnych przynajmniej będziecie wiedzieć kto jest waszym sąsiadem 😉
  • dostęp do rzeczy / osób/ zdarzeń niedostępnych na co dzień – pozyskiwanie sponsorów i darów podczas WOŚP, ale nie tylko, daje możliwość rozmów z kluczowymi osobami w różnych firmach, celebrytami, politykami, działaczami społecznymi, organizacjami pozarządowymi itp.
  • wewnętrzne spełnienie – zarówno przy zaangażowaniu czasowym, jak i dla tych zabieganych – finansowym. Zaspokaja wewnętrzne poczucie winy wynikające z braku zaangażowania, stania obok.

Jak widzicie, moim zdaniem przy zaangażowaniu w WOŚP nie tylko się daje, ale dużo zyskuje.

Więcej o działalności charytatywnej znajdziecie tu:

Z niemowlakiem…charytatywnie

Charytatywność małymi krokami